THOMAS PAINE, COMMON SENSE | ZDROWY ROZSĄDEK

TOMASZ PAINE, ZDROWY ROZSĄDEK, adresowany do mieszkańców Ameryki, na następujące interesujące tematy:

I. Początek i zamysł rządu ogółem, ze zwięzłymi uwagami o angielskiej konstytucji

II. Monarchia i sukcesja dziedziczna

III. Myśli o obecnym stanie amerykańskich spraw

IV. Obecna sprawność Ameryki, z kilkoma rozmaitymi refleksjami

WYDANIE TRZECIE
Z aneksem i odezwą do ludzi zwanych kwakrami.
*****

ANEKS

*****

Zwierzchnika nie zna Człowiek prócz twórczego Nieba
Bądź tych, co elekcja czy wspólne dobro wybiera.
THOMSON

Darmowy format elektroniczny

WSTĘP

MOŻLIWE JEST, że wyrażane na następujących stronicach odczucia jeszcze nie dosyć słyną, aby dla nich było sprzyjanie ogólne; utrwalony nawyk niemyślenia o jakiejś rzeczy jako złej, może jej dawać powierzchowność dobrej, a pobudzać do krzyku straszliwego w obronie obyczaju. Tumult taki jednak cichnie szybko, a czas dokonuje więcej duchowych przemian niż rozum.

 

Jako że długo i przemocą nadużywanie władzy to ogółem powód, aby kwestionować do owej władzy prawo (także w materiach, o jakich może i nigdy nie myślano, o ile pokrzywdzonych do ich badania nie przyparto), a król Anglii dopuścił się niegodziwości z własnego umocowania, aby wspierać parlament w tym, co zwie ich sprawą, natomiast dobrych ludzi tego kraju ciężko owa kombinacja uciska, mają oni niewątpliwe pierwszeństwo do badania pretensji obydwu, równie jak odrzucenia uzurpacji którejkolwiek ze stron.

 

Na następujących kartach, autor starannie unika wszystkiego, co między nami osobiste. Nie przynależą tu ni komplementy, ni przygana poszczególnym osobom. Owe mądre i wartościowe nie potrzebują triumfu na stronicach pamfletu; te o skłonnościach nieroztropnych czy nieprzyjaznych, same się pomiarkują, o ile nie przysparzać za dużo przykrości ich przemianie.

 

Sprawa Ameryki jest w wielkiej mierze sprawą całej ludzkości. Wiele uwarunkowań już powstało, a zaistnieją dalsze, które nie są miejscowe, lecz są uniwersalne, a dotyczą zasad wszystkich miłośników ludzkości i pobudzają ich uczucia swym występowaniem. Kraju pustoszenie ogniem i mieczem, wydawanie wojny wszelkim naturalnym ludzkim prawom, a ich obrońców pozbywanie się z oblicza Ziemi, jest zmartwieniem dla każdego człowieka obdarzonego przez naturę zdolnością odczuwania, którego to rodzaju, bez względu na osądy stronnictw, jest

AUTOR.

 

Dopisek do wstępu dla wydania trzeciego.
Publikacja tego nowego wydania została opóźniona wedle poglądu, iż odnotowywać należy (w miarę potrzeby) jakiekolwiek próby odrzucenia Nauki Niepodległości. Jako że odpowiedź żadna się nie pojawiła, przyjmuje się teraz, że nikt nie spróbuje, gdyż czas potrzebny na takie publiczne oświadczenie jest już znacznie przeszły.

 

Kim jest autor tego utworu, niepotrzebnym jest publice wiedzieć, jako że obiektem dla zainteresowania jest sama owa nauka, a nie ów człowiek. Może nie być zbędnym orzeczenie, iż nie jest on związany z żadną partią, ani nie jest pod żadnym wpływem, publicznym czy prywatnym, jedynie rozumu i zasady.
Filadelfia, 14 lutego 1776.

*****

“The more simple any thing is, the less liable it is to be disordered”, Thomas Paine.
SEE TRAVEL IN GRAMMAR.

*****

I. O POCZĄTKU I ZAMYŚLE RZĄDU OGÓŁEM, ZE ZWIĘZŁYMI UWAGAMI O ANGIELSKIEJ KONSTYTUCJI

 

NIEKTÓRZY PISARZE społeczność tak z rządem pomylili, że niewiele albo żadnego odróżnienia między nimi nie zostawiają. Nie tylko się różnią, ale mają też różne początki. Pobudką dla tworzenia społeczności są nasze chęci, a rządu — nasze hultajstwo. Owa pozytywnie promuje nasze szczęście, łącząc nasze starania; ów negatywnie, ograniczając nasze przywary. Społeczność zachęca do interakcji, rząd kreuje dystynkcje. Pierwsze naszym patronem, drugie pokaraniem.

 

Społeczność jest w każdym państwie dobrodziejstwem, lecz rząd, nawet w swym stanie najlepszym, niczym więcej niż złem koniecznym, a w najgorszym, nieznośnym: gdyż cierpiąc, przez rząd jesteśmy wystawieni na takie same biedy, jakich w jakiejś krainie bez rządu byśmy się mogli spodziewać, a naszą niedolę potęguje refleksja, że sami dostarczamy środków na swoje cierpienie. Rząd, jak strój, jest oznaką utraconej niewinności; pałace królów pobudowane są na ruinach rajskiego zamieszkania. Byłyżby jasnymi impulsy sumienia, a przestrzeganymi jednakowo i bez wyjątku, nie potrzebowałby człowiek praw dawcy; ale że nie taką jest okoliczność, uznaje potrzebę poddania części swej własności dla ochrony jej reszty, do czego skłania go ta sama roztropność, która w każdym przypadku doradza mu wybrać zło najmniejsze. Jako że bezpieczeństwo jest rządu prawdziwym zamysłem i celem, bez zastrzeżenia wynika, iż forma jawiąca się najlepszą dla jego zapewniania, przy najmniejszym wydatku, a z największą korzyścią, będzie naszą preferencją nad innymi.

*****

IBUK, POEZJA EMILII DICKINSON

Ibuk, $ 1.99

*****

Ażeby na cel i zamysł rządu wyrobić sobie pogląd jasny i uczciwy, przypuśćmy, że jakaś mała liczba ludzi osiedla się na jakiejś odosobnionej części Ziemi, bez kontaktu z resztą. Przedstawialiby oni pierwsze zaludnienie jakiegoś kraju albo i świata. W owym stanie naturalnej wolności, społeczność będzie ich myślą pierwszą. Pobudzą ich do tego tysiące motywów, tak nierówne chęciom jednego człowieka są jego siły, a umysł do trwałej samotności tak niezdatny, że wkrótce szuka człowiek pomocy i ulgi u innego, któremu wzajem tego samego potrzeba. Czterech czy pięciu, wspólnie byłoby w stanie wznieść wśród dziczy znośne zamieszkanie, ale jeden mógłby żywot przepracować, jak średnio trwa cały, nie osiągając niczego. Jak by powalił drzewo, nie mógłby go ruszyć, czy po przeniesieniu ustawić; głód by go w międzyczasie od pracy odganiał, a każda różna chęć wołała w różną stronę. Schorzenie, ba, czy nawet tylko niepowodzenie, jemu już by mogły być śmiercią, bo choć ani jedno, ani drugie śmiertelnym być nie musi, każde pozbawiałoby go zdolności do życia, a umniejszało do stanu, w którym rzekłoby się raczej, że ginie, niż że umiera.

 

Tak oto potrzeba, jak siła grawitacyjna, wnet by naszych nowoprzybyłych emigrantów połączyła w społeczność, czego wzajemne dobrodziejstwa zastąpiłyby i niepotrzebnymi uczyniły obligację prawem i rządem, póki by tak pozostawali, siebie się wzajem trzymając. Na przywary jednak jedynie Niebo ma odporność i na pewno tak by się stało, że w miarę jak by przezwyciężali pierwsze trudności emigracji, co ich powiązały wspólnymi sprawami, poluźniać by się zaczęło ich wzajemne zobowiązanie i jednego z drugim więź. Ta właśnie rozłączność wskazałaby na potrzebę, ażeby ustanowić jakąś formę rządu i uzupełniać niedobory moralnej cnoty.

 

Drzewo jakieś dogodne nastarczy im stanowego schronienia, gdzie pod gałęziami cała kolonia zbierać się będzie mogła, aby deliberować o publicznych sprawach. Bardziej niż możliwie, ich pierwsze prawa będą mieć tytuł tylko regulacji, a zaprowadzane będą jedynie za karą publicznego niepoważania. Prawem naturalnym, będzie w tym pierwszym parlamencie miejsce dla każdego człowieka.

 

Jednak w miarę wzrostu kolonii rosnąć będą publiczne troski, a odległość między miejscami zamieszkania członków uczyni zbyt niewygodnym spotykanie się przy każdej okazji wszystkich, jak na początku, kiedy ich liczba była mała, zamieszkanie bliskie, a troski publiczne nieliczne i niewielkie. Wskaże to na przydatność ugody, aby ich część legislatywną pozostawić w zarządzaniu przez wyznaczoną liczbę osób, z ogółu ludzi wybranych, które miałyby na uwadze względy takie same jak ci, którzy ich ustanowili, oraz które działałyby na taki sam sposób, na jaki ogół by działał, gdyby był obecny. Jeżeli kolonia nadal będzie się powiększać, będzie trzeba powiększyć liczbę owych reprezentantów; natomiast aby dało się troszczyć o interes każdej z części kolonii, najlepszym się okaże podzielić jej całość na dogodne obszary, z których każdy przysyłałby właściwą liczbę. Ażeby osoby wybrane nie mogły uformować sobie interesu odrębnego od tego, który ich wyborcy mają, roztropność wskaże, iż stosownym jest zwoływać wybory często, ponieważ tym sposobem wybrani mogą powracać co jakąś liczbę miesięcy i ponownie obracać się wśród ogółu wyborców, a ich wierność publicznej sprawie jest zabezpieczona roztropną refleksją, aby bicza na siebie nie kręcić. Taka częsta wymiana ustanowi wspólny interes dla każdej części wspólnoty; wzajemnie i naturalnie będą się one wspierać, a to od tego (a bynajmniej nie od królewskiego nieznaczącego imienia) zależy sprawność rządu, oraz szczęście rządzonych.

 

Tutaj jest początek i powstawanie rządu, czyli modus, którego potrzeba wynika z niemożności zarządu w świecie samą cnotą moralną; tutaj także zasadza się rządu zamysł i cel, czyli wolność i bezpieczeństwo. A jakkolwiek nasz wzrok może być przyćmiony pokazem, a uszy oszukane dźwiękiem, jakkolwiek przesąd może giąć naszą wolę, a interes omraczać pojmowanie, prosty głos natury i rozumu powie, że to racja.

*****

“The more simple any thing is, the less liable it is to be disordered”, Thomas Paine.
SEE TRAVEL IN GRAMMAR.

*****

Czerpię moje pojęcie formy rządu z zasady natury, której sztuka żadna obalić nie może, a mianowicie, iż im coś jest prostsze, tym mniej podatne to jest na zaburzenie, a jeżeli zaburzone, tym łatwiej to naprawić. Z tą maksymą na uwadze, oferuję parę obserwacji o tej tak bardzo chwalonej konstytucji Anglii. Da się zgodzić, iż była szlachetna, jak na czasy ciemnoty i niewolnictwa, w których powstawała — kiedy światem rządziła tyrania, od której ulga najmniejsza była chwalebnym wybawieniem. A że jest niedoskonała, podatna na wstrząsy i niezdolna przynosić to, co obiecywać się zdaje, łatwo wykazać.

 

Rządy absolutne (choć pohańbienie ludzkiej natury) mają tę zaletę, iż są proste. Jeżeli naród cierpi, zna głowę będącą owego cierpienia źródłem; ludzie wiedzą jak swemu cierpieniu zaradzić, a nie są skonsternowani mnóstwem jakimś pobudek oraz lekarstw. Jednakowoż konstytucja Anglii jest tak przesadnie skomplikowana, że naród może cierpieć całymi latami, nie mając możności odkryć, w którym czynniku leży wada. Jedni powiedzą, że w jednym, drudzy, że w innym, a każdy z doktorów polityki doradzi inne lekarstwo.

 

Wiem, iż trudno jest pokonać lokalne czy długo podtrzymywane przesądy, ale jeżeli podejmiemy się ścierpieć i przebadamy czynniki składowe angielskiej konstytucji, zobaczymy, iż to podłe pozostałości dwóch starożytnych tyranii, złożone z jakimiś nowymi czynnikami republikańskimi.

Pierwszy. — Pozostałość monarchicznej tyranii w osobie Króla.
Drugi. — Pozostałość arystokratycznej tyranii w osobach Parów.
Trzeci. — Nowe republikańskie czynniki w osobach Izby Gmin, od których cnoty zależy wolność Anglii.

Dwa pierwsze, będąc dziedzicznymi, są niezależne od narodu; takoż w sensie konstytucyjnym nie przyczyniają się do wolności państwa.

 

Twierdzić, że konstytucja Anglii jest umową trzech sił, które wzajem mają na siebie baczenie, jest farsą; albo te słowa nie mają znaczenia, albo są frazesem zbudowanym na sprzeczności.

 

Twierdzić, że Gminy pilnują Króla, to zakładać z góry dwie rzeczy:
Po pierwsze — iż Królowi nie da się ufać, o ile nikt go nie dogląda, bądź innymi słowy, że łaknienie władzy absolutnej jest naturalną chorobą monarchii.
Po drugie — iż Gminy, jeżeli po to są wyznaczane, albo są mądrzejsze, albo zaufania więcej warte niż korona.

 

Jako że ta sama konstytucja, która daje Izbie Gmin kontrolę nad Królem poprzez moc wycofania środków, daje potem Królowi moc kontrolowania Izby Gmin, umocowując go do odrzucania ich innych ustaw, znów, zakłada ona, że Król jest mądrzejszy niż ci, po których już się mądrości większej niż jego spodziewała. Pospolity absurd!

 

Jest w kompozycji monarchii coś śmiesznego niezmiernie; wpierw dzieli ona człowieka od środków informacji, ale daje mu moc działania w przypadkach, gdzie najwyższego osądu potrzeba. Stan królewski odgradza króla od świata, jednak jego biznes wymaga, aby znał świat gruntownie; a takoż rozmaite czynniki monarchii, nienaturalnie się sobie wzajem przeciwstawiając i wzajemnie się niszcząc, dowodzą, że charakter całości jest absurdalny i nieużyteczny.

 

Niektórzy pisarze tak angielską konstytucję wyjaśniają: Król, mówią, to jedno, a ludzie to drugie; Parowie to izba na rzecz króla, a Gminy to izba na rzecz ludzi. Ma to jednak wszelkie znamiona gospodarstwa przeciw sobie samemu podzielonego; a chociaż wyrażenia wdzięcznie są ułożone, jak się im przyjrzeć bliżej, okazują się próżne i wieloznaczne. Zawsze tak będzie, że najmilsza nawet konstrukcja ze słów możliwa, jak ją zastosować dla opisu czegoś, co albo nie ma jak istnieć, albo jest zbyt niezrozumiałe też w opisie, jest tylko słów wybrzmiewaniem, co nawet jeżeli ucho umie zabawić, umysłu poinformować nie potrafi. A z tym tutaj objaśnieniem uprzednia kwestia przynależy, mianowicie: jakżeż to król nabył taką siłę, że naród boi się jej ufać i zawsze jest obowiązany mieć na nią baczenie? Taka władza nie ma jak być darem od mądrego narodu, a żadna siła wymagająca kontroli nie ma jak pochodzić od Boga. Konstytucja ma jednak założenie, że taka siła istnieć może.

 

Założenie to nie nastarcza zadaniu; środki czy nie mają jak, czy nie będą prowadzić do celu, a cała sprawa przeciwko sobie się obraca: bo tak, jak większa waga zawsze poniesie za sobą mniejszą, a koła maszyny w ruch wprawia jedno, pozostaje teraz tylko wiedzieć, który czynnik w konstytucji ma wagę największą, bo ten rządzić będzie. A chociaż reszta, cała czy po części, zacinać się może, bądź jak brzmi sformułowanie, hamować ruchu prędkość, jak długo ruchu wstrzymać nie umie, jest próbą bez skutku. Pierwsza siła napędowa znajdzie w końcu drogę, a czego chce, czas szybko przyniesie.

 

Iż to korona jest owym przeważającym czynnikiem w konstytucji, nie trzeba długo mówić, a że czerpie ona całe swe znaczenie zwyczajnie z rozdawnictwa miejsc i wynagrodzeń, jest samo przez się oczywiste. A my, jakkolwiek byliśmy dość mądrzy, aby drzwi zamknąć przeciw absolutnej monarchii na zamek, jednocześnie byliśmy głupcami na tyle, aby dać koronie w posiadanie klucz.

 

Uprzedzenie Anglików, faworyzujących ich rząd przez Króla, Lordów i Gminy, wywodzi się mniej lub bardziej z ich narodowej pychy, a nie rozumu. Pojedyncze osoby są niewątpliwie bardziej bezpieczne w Anglii niż w niektórych innych krajach, lecz wola króla jest prawem państwowym w Brytanii jak we Francji, z tą różnicą, że zamiast pochodzić z ust króla bezpośrednio, jest dostarczana ludziom w postaci groźniejszej, parlamentarnego aktu. Co do losu Karola Pierwszego, uczynił on królów jedynie mniej uchwytnymi — ale nie bardziej prawymi.

 

Oddalając wszelką narodową pychę na rzecz modusów oraz form, sama prosta prawda jest taka, że zupełnie od konstytucji narodu to zależy, a nie jest to dzięki konstytucji rządu, że korona nie jest tak przygnębiająca w Anglii, jak jest w Turcji.

 

Wysoce potrzebnym staje się teraz dochodzenie konstytucyjnych błędów w angielskiej formie rządu, bo tak samo, jak nie jesteśmy w stanie oddać innym sprawiedliwości, jak długo sami podążamy za wpływem jakiegoś stronniczego względu, tak nie potrafimy oddać sprawiedliwości sobie, pozostając w okowach uporczywego uprzedzenia. A tak jak człowiek co ma więź z prostytutką, decydować czy sądzić o żonie się nie nadaje, tak owładnięcie przez zgniłą konstytucję rządu uniemożliwi nam rozpoznanie dobrej.

 

II. O MONARCHII I SUKCESJI DZIEDZICZNEJ

 

LUDZKOŚĆ POCZĄTKOWO była równa wedle ładu stworzenia, a równość ową zniszczyć mogły tylko późniejsze okoliczności. Rozróżnienie na bogatych i biednych da się w znacznej mierze wyłożyć, a to bez uciekania się do pojęć brzmiących szorstko jak „opresja”, czy „chciwość”. Opresja bywa często konsekwencją, ale rzadziej bądź też nigdy drogą do trwałego bogactwa; a chociaż chciwość może człowieka w znacznej mierze uchować od bycia spotrzebowanym biedakiem, czyni go zbyt płochliwym, aby był bogaty.

 

Jest jednak inne i wielkie rozróżnienie, któremu żadnego naturalnego czy religijnego wyjaśnienia udzielić się nie da, a jest to dzielenie ludzi na KRÓLÓW i PODDANYCH. Płeć męska i żeńska to rozróżnienia natury; dobro i zło to rozróżnienia z Niebios. Warto jednak dociec, jak jeden rodzaj ludzi stał się nad resztą tak wywyższony, a wyróżniony jak jakiś nowy gatunek, oraz czy przyczyniają się oni do szczęścia, czy też niedoli ludzkości.

 

We wczesnych latach świata, wedle chronologii Pisma, nie było królów. Konsekwencją tego, nie było wtedy wojen; wojny to pysznienie się królów, które wtrąca ludzi w zamącenie umysłów. W tym ostatnim stuleciu Holandia bez króla zaznała więcej pokoju niż którykolwiek z monarchicznych rządów w Europie. Starożytność pochwali taką samą obserwację, jako że spokojne i sielskie żywota pierwszych patriarchów mają w sobie coś szczęśliwego, a co znika, kiedy dochodzimy do historii żydowskich królestw.

 

Rządy królewskie zostały wpierw zaprowadzone na świecie przez pogan, za którymi dzieci Izraela naśladowały zwyczaj. Rządy te były najlepiej prosperującym z wszystkich wynalazków przez diabła powziętych, aby promować bałwochwalstwo. Poganie boską cześć oddawali swoim zmarłym królom, a chrześcijański świat usprawnił ów zamysł, czyniąc to samo dla żyjących. Jakże niepobożny jest tytuł uświęconego majestatu nadany robakowi, co pośród swojego splendoru kruszeje w proch!

 

Jak tego wielce chwalenia jednego człowieka ponad resztę usprawiedliwić się nie da równymi prawami natury, tak nie da się go bronić autorytetem Pisma; bo wola Najwyższego, jak deklarowana przez Gideona i proroka Samuela, otwarcie zabrania rządów królewskich. Wszelkie antymonarchiczne części Pisma zostały przez monarchistyczne rządy jedwabnie wygładzone, ale niewątpliwie zyskują one sobie uwagę w tych krajach, gdzie własnego rządu jeszcze nie uformowano. „Oddaj Cezarowi, co do Cezara należy”, jest nauczaniem Pisma o sądach, co jednakowoż nie jest żadnym poparciem dla rządów monarchicznych, albowiem Żydzi byli w owym czasie bez króla, a w stanie wasalskim względem Rzymian.

 

Prawie trzy tysiące lat upłynęło od stworzenia świata wedle Mojżeszowego opisu, nim Żydzi pod wpływem narodowego złudzenia zachcieli króla. Do owej pory, ich formą rządu (z wyjątkiem szczególnych wypadków, kiedy Wszechmogący interweniował) był rodzaj republiki pod zarządem sędziego i starszyzny plemion. Królów nie mieli, a uważano za grzech uznawanie kogoś pod owym tytułem, chyba że Pana Zastępów. A jak się człowiek poważnie reflektuje nad hołdami bałwochwalczymi, które się osobom królów składa, nie dziwi się, że Wszechmogący zastrzegał zawsze swój honor i nie uznawał formy rządu tak niepobożnie naruszającej prerogatywę Nieba.

 

Monarchia jest Pismem zaliczana pomiędzy grzechy Żydów, za który to grzech jest przeciwko nim wieszczona warunkowa klątwa. Historia owej transakcji warta jest uwagi.

 

Dzieci Izraela były gnębione przez Midianitów; Gideon wyruszył przeciw nim z małą armią, a za boską interwencją zwycięstwo zdecydowało na jego korzyść. Żydzi, uniesieni sukcesem, a przypisując je generalstwu Gideona, oferowali mu tytuł królewski, mówiąc, Panuj nad nami, ty i twój syn, i syn twojego syna. Tu pokuszenie było w całej swej pełni; nie tylko królestwo, ale i dziedziczne. Jednakowoż Gideon, z pobożności swej duszy, odpowiedział: Nie będę nad wami panował, ani mój syn nie będzie nad wami panował. PAN WASZ BĘDZIE NAD WAMI PANOWAŁ. Słowa nie potrzebują być wyraźniejsze: Gideon nie odrzuca honoru, ale ich prawo by go nadać; nie komplementuje ich też wynalezionymi deklaracjami swej wdzięczności, lecz w afirmatywnym stylu proroka przywołuje ich niewzruszenie do ich prawego suzerena, Króla Niebios.

 

Około stu i trzydziestu lat po tym, popadli oni znów w ten sam błąd. Wzdychanie Żydów do bałwochwalczych zwyczajów pogan jest czymś niezwykle niewytłumaczalnym. Stało się tak jednak, że sprawiając się z niepoprawnym zachowaniem dwóch synów Samuela, którym powierzono jakieś świeckie troski, przyszli nagle i głośno do Samuela, mówiąc, Patrz, jesteś stary, a twoi synowie twoimi ścieżkami nie chodzą; ustanów nam teraz króla, abyśmy byli jak wszystkie inne narody sądzeni. Tu nie umkniemy obserwacji, że ich motywy były złe, to znaczy, aby mogli być jak inne narody, czyli jak poganie, podczas gdy ich prawdziwą chwałą było do owych bycie niepodobnymi jak tylko możliwe. A rzecz ta sprawiła przykrość Samuelowi, kiedy powiedzieli, Daj nam króla, abyśmy byli jak wszystkie inne narody sądzeni. Modlił się Samuel do Pana i Pan powiedział Samuelowi, Słuchaj głosu narodu we wszystkim, co tobie oni powiedzą, ponieważ oni ciebie nie odrzucili, ale odrzucili oni mnie, AŻEBYM JA NAD NIMI NIE PANOWAŁ. Wedle wszelkich prac, jakie wykonali od dnia, w którym ich ja wywiodłem z Egiptu, do dnia nawet dzisiejszego, w tym zaniechali oni mnie, a usłużyli innym bogom, i dlatego tak ciebie traktują. Teraz wysłuchaj więc ich głosu, jednakowo i jakim jest, a zaprotestuj wobec nich uroczyście i ukaż im sposób, na jaki by nad nimi zapanował król, mianowicie, nie jakiś poszczególny król, ale ogólnie sposób królów ziemskich, który Izrael był tak chętny naśladować. A bez względu na wielką odległość czasu oraz na różnice w sposobach, maniera ta nadal jest uprawiana. Wypowiedział Samuel wszystkie słowa Pana owym ludziom, którzy prosili go o króla. Powiedział też, Oto będzie sposób, na jaki będzie panował nad wami król; zabierze on waszych synów i sobie wyznaczy, dla jego rydwanów, i żeby byli jego jeźdźcami, a niektórych, żeby przed jego rydwanami biegali (opis ten zgadza się z obecnym modusem wywierania na ludziach wrażenia), a wyznaczy sobie rządców nad tysiącami, oraz rządców nad pięćdziesiątkami ludzi, do orania ziemi i zbierania żniwa; zada im budowę instrumentów jego wojny, oraz elementów jego wozów; zabierze wasze córki do swoich cukierni, piekarni i kuchni (co opisuje kosztowność i luksusy królów, zarówno jak przez nich opresję), a zabierze on też wasze winnice i pola, wasze oliwne ogrody, nawet te najlepsze, i odda je swoim służącym. Zabierze jedną dziesiątą z waszego ziarna i z waszych winnic, żeby dać swoim służącym i oficerom (przez co widać, że przekupstwo, korupcja, oraz faworytyzm są trwałymi przywarami królów); weźmie jedną dziesiątą waszych służących kobiet i służących mężczyzn, oraz najlepszych z waszych młodych, oraz osły, do swoich prac; weźmie jedną dziesiątą waszych owiec, i będziecie jego służącymi, i będziecie płakali pewnego dnia, z powodu tego waszego króla, co go sobie żeście wybrali: A PAN WAS TEGO DNIA SŁUCHAĆ NIE BĘDZIE. Powyższe opisuje, jak monarchia jest kontynuowana. Charaktery tych niewielu dobrych królów, którzy od owej pory żyli, ani tego tytułu nie uświęcają, ani grzeszności początków nie wymazują; wysoka chwała Dawidowi nadana nie notuje go oficjalnie jako króla, ale jedynie jako mężczyznę o sercu jak boże. Bez względu na to, naród odmówił posłuchu głosowi Samuela, i powiedzieli, Ale będziemy mieć nad nami króla, żebyśmy byli jak inne narody, żeby nasz król mógł nas sądzić, przed nami kroczyć, i walczyć w naszych bitwach. Samuel dalej ich przekonywał, ale bez skutku; dał im obraz ich niewdzięczności, ale nie przyniosło to pożytku; a widząc, że się już zupełnie dla swojego kaprysu ugięli, wykrzyknął, Zawołam Pana, a on ześle burzę i deszcz (co wtedy było pokaraniem, jako że czas w zbożowe żniwa przypadał), abyście dostrzegli, jak wielkiej niegodziwości żeście się dopuścili w oczach Pana, CHCĄC DLA SIEBIE KRÓLA. Wezwał takoż Samuel Pana, a Pan zesłał owego dnia burzę i deszcz, i wszyscy ludzie wielce się Pana i Samuela przestraszyli. A powiedzieli owi wszyscy ludzie Samuelowi, Módl się za sługi twoje do Pana Boga twojego, abyśmy nie poumierali, bo DODALIŚMY DO NASZYCH GRZECHÓW TO OTO ZŁO, PROŚBĘ O KRÓLA. Te części Pisma są bezpośrednie i afirmatywne. Nie dozwalają wieloznacznej konstrukcji. Iż Wszechmogący wniósł sprzeciw wobec rządu monarchistycznego, jest prawdą, albo Pismo jest fałszywe. A ma człowiek dobry powód wierzyć, że jest tyle sztuk monarszych ile księżych, w chowaniu Pisma przed publiką, w krajach papieskich. Bo monarchia to pod każdym względem papizm rządu.

 

Dołożyliśmy do zła monarchii zło sukcesji dziedzicznej. A jak to pierwsze jest degradacją i umniejszeniem nas samych, tak drugie, roszczone sobie jako materia prawna, jest obelgą oraz narządzeniem na potomstwie. Jako że z początku wszyscy byli równi, nikt nie może mieć racji urodzenia by swoją rodzinę na zawsze i trwałą preferencją czynić nad wszystkimi innymi; a choć sam może zasługiwać na jakiś uczciwy stopień współczesnego uhonorowania, potomstwo może być dalece niewarte owe nagrody dziedziczyć. Jednym z najsilniejszych dowodów naturalnych na błazenadę dziedzicznych praw królów jest to, iż nie uznaje ich natura; inaczej nie tak często obracałaby je w pośmiewisko, dając ludzkości osła zamiast lwa.

 

Po drugie, na początku nikt nie miał publicznych godności innych niż nadane, a dawcy owych godności nie mieli skąd czerpać umocowania ponad prawami potomnych. Chociaż mogli rzec, „Wybieramy cię na naszą głowę”, nie mieli jak powiedzieć, bez jawnej niesprawiedliwości wobec swoich dzieci, „aby twoje dzieci i dzieci twoich dzieci panowały nad naszymi na zawsze”. A to dlatego, że taki niemądry, niesprawiedliwy, nienaturalny pakt mógłby (a nuż) przy następnej sukcesji nałożyć na nich rząd niecnoty albo głupca. Większość mądrych ludzi, w swych prywatnych odczuciach, traktuje sukcesję dziedziczną zawsze ze wzgardą. Jest to jednak takie zło, które raz ustanowione, niełatwo usunąć; wielu ulega ze strachu, inni z przesądu, a silniejsza część społeczności obdziela się z królem plądrowaniem reszty.

 

Założeniem po temu jest, że obecny sort królów w świecie ma honorowe pochodzenie, podczas gdy jest bardziej niż możliwym, iż jak byśmy mogli zdjąć ciemną zasłonę starożytności, a odszukać ich początek, znaleźlibyśmy pierwszego w jakimś krewkim gangu, nie lepszym od głównego rzezimieszka, któremu dzikie maniery i przewaga w oszukaństwie dają tytuł wodza wśród rabusiów, a który zwiększając swoje władztwo i poszerzając swoje rabunki, zastraszył ludzi cichych i bezbronnych do kupowania sobie bezpieczeństwa częstymi płatnościami. Tym, co go na przywódcę wybrali, jednak nie przyszłoby na myśl dać jego potomkom sukcesję dziedziczną, bo takie trwałe wykluczenie siebie samych nie zgadzałoby się z owymi wolnymi i nieskrępowanymi zasadami, jakie uprawiali w życiu. Tak oto sukcesja dziedziczna, we wczesnych latach monarchii, mogła nie mieć miejsca jako roszczenie, ale jako coś przygodnego, albo komplement. Ponieważ niewiele albo i żadne zapiski wtedy nie zostawały, a tradycyjna historia była napchana bajkami, było bardzo łatwo, po paru pokoleniach, sfingować jakąś przesądną historyjkę, aby w dogodnej porze, prawie po mahometańsku, wcisnąć dziedziczność w gardła pospólstwa. Być może niepokoje, jakie groziły lub zdawały się grozić po śmierci lidera, względem wyboru nowego (a wybory między rzezimieszkami nie miały jak być zbyt spokojne), z początku skłoniły wielu na rzecz dziedzicznych pretensji. Takim sposobem stało się, a dzieje dalej od owej pory, że coś, czemu się podporządkowano jako udogodnieniu, obróciło się później w roszczenie praw.

 

Anglia, od czasu podboju, zaznała paru dobrych monarchów; stękała jednak pod większą liczbą złych, a nikt przy zdrowych zmysłach nie może powiedzieć, że ich roszczenie tytułem Wilhelma Zdobywcy jest bardzo honorowe. Francuski bastard lądujący z uzbrojonymi bandytami i ustanawiający się królem Anglii wbrew ugodzie tubylców — to w prostych pojęciach kiepski, łajdacki oryginał. Na pewno nie ma w sobie żadnej boskości. Nie ma jednak potrzeby spędzać dużo czasu nad wykazywaniem błazeństwa sukcesji dziedzicznej. Jeżeli są takowi słabujący, żeby jej ufać, niechże wielbią rozwiąźle, i osła, i lwa: na zdrowie. Ja ani naśladować ich uniżoności nie będę, ani zakłócać oddania.

 

Rad bym jednak zapytał, jak mniemają, że królowie wpierw przyszli? Pytanie wyklucza trzy odpowiedzi, to jest, w losowaniu, wyborach, albo przez uzurpację. Jeśli pierwszego króla wylosowano, tworzy to precedens następnemu, a oddala sukcesję dziedziczną. Saula wylosowano, sukcesja nie była dziedziczna, ani po owej transakcji nie wygląda na intencję, że kiedykolwiek powinna. Jeżeli jakiegoś kraju pierwszy król wygrał wybory, to też stanowi precedens dla następnego, bo twierdzić, iż prawo przyszłych pokoleń przepada przez działanie pierwszych wyborców, w ich wyborze nie tylko króla, ale rodziny królewskiej na zawsze, nie ma w naszym Piśmie czy poza nim paraleli innej niż nauka o pierworodnym grzechu, która przyjmuje, że wolną wolę ludzie stracili z Adamem. Z takiego porównania, a nie da się innego przyjąć, sukcesja dziedziczna nie ma jak czerpać żadnej chwały. Jak w Adamie wszyscy zostali splamieni — pierwsi wyborcy byli posłuszni; w jednym cała ludzkość została poddana szatanowi, w drugim — suzerenowi. Jako że przy pierwszym utracona została nasza niewinność, przy drugim autorytet, a obydwa nam nie dają wrócić do jakiegoś uprzedniego stanu oraz pierwszeństwa, niewątpliwie grzech pierworodny i sukcesja dziedziczna to paralele. Haniebna klasa! Niecna koneksja! A mędrzec najbardziej wyrafinowany nie utworzy słuszniejszej podobizny.

 

Co do uzurpacji, nikt nie byłby taki zatwardziały, żeby jej bronić; a że Wilhelm Zdobywca był uzurpatorem, jest faktem niezaprzeczalnym. Prosta prawda jest taka, że praczasy angielskiej monarchii nie zniosłyby wglądu.

 

Troską ludzkości nie jest jednak tak bardzo absurd, jak zło sukcesji dziedzicznej. Gdyby zapewniała ona jakiś sort dobrych i mądrych ludzi, nosiłaby pieczęć boskiego autorytetu, ale jako że otwiera drzwi głupcom, bezecnikom, oraz nieudacznikom, ma w sobie naturę opresji. Ludzie widzący siebie jako urodzonych do rządzenia, a innych do posłuszeństwa, szybko stają się zuchwali. Dobrani spośród reszty ludzi, wcześnie mają umysły zatrute ważkością; ich świat różni się materialnie od szerokiego tak, że niewiele mają okazji poznać owego prawdziwe interesy, a kiedy obejmują rząd, często są najbardziej nieuczonymi i niestosownymi spośród wszystkich osób w dominiach.

 

Kolejnym złem co sukcesji dziedzicznej asystuje, jest to, że tron może objąć osoba niepełnoletnia, dowolnego wieku; wtedy regenci, działając pod królewskim pozorem, mają każdą okazję oraz namowę, aby zaufanie zawieść. To samo nieszczęście narodowe przychodzi z królem zmęczonym wiekiem i niemocą, który wchodzi w ostatni etap ludzkiej słabości. W obydwu przypadkach publika pada łupem każdej kreatury zdolnej skutecznie manipulować kaprysami wieku lub niedojrzałości.

 

Przesłanką najlepszą, dotąd na rzecz sukcesji dziedzicznej oferowaną byłoby, iż chroni naród od wojen domowych. Byłożby to prawdą, miałaby ona wagę. Jest to jednak najbardziej otwarty fałsz, ludzkości kiedykolwiek narzucany. Cała historia Anglii nie daje takiemu twierdzeniu materii. Trzydziestu królów oraz dwoje niepełnoletnich rządziło owym strapionym królestwem od podboju, w którym to czasie było (włącznie z Rewolucją) nie mniej niż osiem wojen domowych i dziewiętnaście rebelii. Nie na rzecz, a przeciwko pokojowi działa sukcesja rodowa, niszcząc podstawy, na których zdaje się stać.

 

Współzawodnictwo o monarchię i sukcesję, między domami York oraz Lancaster, uczyniło z Anglii krwawą scenerię na wiele lat. Dwanaście wyznaczonych bitew stoczyli Henryk i Edward, oprócz walk w potyczkach i oblężeniach. Dwukrotnie stał się Henryk więźniem Edwarda, który z kolei bywał więźniem Henryka. A tak niepewnym jest los wojny i narodu temperament, kiedy nic tylko osobiste jest podłoże sporu, że Henryk triumfalnie z więzienia był do pałacu wzięty, natomiast Edward z pałacu do ziem obcych musiał uciekać. Nagłe zmiany temperamentu jednak rzadko kiedy długo trwają; Henryk został z kolei przegnany z tronu, a Edward przywołany, aby po Henryku objąć sukcesję. Parlament zawsze kierował się do tego stroną silniejszą.

 

Współzawodnictwo zaczęło się za panowania Henryka Szóstego, a nie całkiem się zakończyło do Henryka Siódmego, przy którym rodziny się połączyły. Razem był to okres 67 lat, to jest od roku 1422 do 1489.

 

Pokrótce, monarchia i sukcesja (nie jedynie owego królestwa) pokładły świat prawie cały, we krwi i popiołach. Jest to forma rządu, przeciw której świadczy Słowo Boże, a zawsze towarzyszy jej krew.

 

Jak byśmy się wywiedzieli o króla biznesie, odkrylibyśmy, że w niektórych krajach nie mają oni żadnego; a po spędzeniu żywota powolnym krokiem, bez przyjemności dla siebie czy zysku dla narodu, wycofują się ze sceny, zostawiając następcom tę samą leniwą rundkę. W absolutnych monarchiach cała powaga biznesu, cywilnego i wojskowego, zasadza się na królu. Dzieci Izraela nalegały w swojej prośbie o króla, aby „mógł nas sądzić, przed nami kroczyć, i walczyć w naszych bitwach”. Jednak w krajach gdzie nie jest on ani sędzią, ani generałem, jak w Anglii, człowiek by się dziwił, jaki jest jego biznes.

 

Im bliższy jest jakiś rząd republice, tym mniej jest tam biznesu dla króla. Jest nieco trudno znaleźć dla rządu Anglii właściwą nazwę. Sir William Meredith nazywa go republiką, ale w swojej obecnej kondycji nie zasługuje on na to nazwanie, a to z powodu korumpującego wpływu Korony; przez to, że dysponuje ona wszystkimi stanowiskami, połknąwszy tak skutecznie całą władzę, a pożywiwszy się cnotą Izby Gmin (owego republikańskiego czynnika w konstytucji), że rząd Anglii jest niemalże tak monarchistyczny, jak ten we Francji czy Hiszpanii. Ludziom zdarza się występować z nazwami bez ich rozumienia. To z republikańskiego, a nie z monarchistycznego czynnika konstytucji Anglii czerpią Anglicy chwałę, to jest ze swobody wybierania izby gmin spośród własnej społeczności — a łatwo zobaczyć, iż kiedy cnota republikańska zawodzi, wywiązuje się niewolnictwo. Dlaczegóż jest konstytucja Anglii słabowita, jeżeli nie dlatego, że monarchia zatruła republikę, a Korona pochłonęła Gminy?

 

W Anglii król ma niewiele więcej do roboty niż urządzać wojny i rozdawać pozycje; w prostych słowach, zubażać naród, a trzymać go razem za uszy. Całkiem sobie interes dla kogoś, komu się przyznaje osiemset tysięcy szterlingów na rok, a dorzuca do targu uwielbienie! Więcej ma wartości jeden uczciwy człowiek, dla społeczności i w oczach Boga, niż wszystkie koronowane łobuzy, jakie kiedykolwiek żyły.

OKŁADKA MIĘKKA
$ 13.87

III. MYŚLI O OBECNYM STANIE SPRAW AMERYKAŃSKICH

 

NA NASTĘPUJĄCYCH STRONACH nie oferuję nic więcej niż proste fakty, niewymyślne argumenty, oraz zdrowy rozsądek; a z czytelnikiem chcę się tylko na wstępie ugodzić, ażeby się pozbył uprzedzeń oraz przesądów, a ścierpiał i dał rozumowi wraz z uczuciami jedynie określić, czy przyjmie, czy też raczej, że nie odrzuci szczerego ludzkiego usposobienia, i wielkodusznie obejmie swym poglądem dni poza dzisiejszym.

 

Tomy już zapisano w przedmiocie zmagań między Anglią a Ameryką. Ludzie wszelkich stanowisk weszli w tę kontrowersję, z przeróżnych motywacji i z odmiennymi zamysłami. Wszyscy jednak okazali się nieskuteczni, a czas na debatę się skończył. Broń, jako środek ostateczny, rozstrzyga konkurencję; odwołanie się doń było wyborem Króla, a Kontynent przyjmuje wyzwanie.

 

Mamy relację o nieobecnym już panie Pelham (który, choć uzdolniony jako mandatariusz, miał też swoje wady), iż gdy zaatakowany w Izbie Gmin, pod względem jego środków jako tylko doraźnych, odpowiedział „wystarczą na mój czas”. Jeżeli myśl tak fatalna i człowiekowi obca miałaby opanować kolonie podczas obecnej rywalizacji, przyszłe pokolenia wspominać będą imiona przodków z odrazą.

 

Tu słońce nigdy nie przyświecało sprawie większej wartości. Nie jest to sprawa jednego miasta, regionu, czy królestwa, ale kontynentu — przynajmniej jednej ósmej mieszkalnego globu. Nie jest to sprawa jednego dnia, roku, czy stulecia. Rywalizacja po części tyczy potomnych, a mniej czy bardziej, skutki obecnych działań zaznawane będą nawet do końca świata. Teraz jest czas siać ziarno Kontynentalnej jedności, wiary i honoru. Teraz najmniejszy wyłom będzie jak imię wyryte szpilą w miękkiej korze młodego dębu: rana poszerzy się z drzewem, a potomni będą je czytać dużymi literami.

 

Wraz ze zwrotem od polemiki do broni, nastała w polityce nowa era; powstał nowy sposób myślenia. Wszelkie plany, propozycje i tym podobne, sprzed dziewiętnastego kwietnia, to jest początku wrogich działań, są jak almanachy z ubiegłego roku: choć były wtedy poprawne, teraz są już zastąpione i bezużyteczne. Cokolwiek wtedy wysuwali zwolennicy którejkolwiek ze stron kwestii, jest skończone względem jednego i tego samego punktu, to jest unii z Wielką Brytanią; jedyną różnicą między stronami była metoda jej zaprowadzenia: gdzie jedni proponowali siłę, drudzy przyjaźń. Tak się już dotąd potoczyło, że pierwsi odnieśli porażkę, a drudzy wycofali swoje wpływy.

 

Tyle już powiedziano o zaletach pojednania, co jak w miarę znośny sen, przeminęło i nas zostawiło tam, gdzie przedtem byliśmy, że jest jedynie słusznym rozważyć przeciwną stronę dysputy i przebadać niektóre pośród wielu tych materialnych urazów, które te kolonie ponoszą i będą ponosić zawsze, poprzez powiązanie z Wielką Brytanią i od niej zależność; aby przebadać to powiązanie i zależność względem zasad natury oraz zdrowego rozsądku; aby zobaczyć, czemu nam przyjdzie ufać, jeżeli oddzieleni, a czego oczekiwać, jeżeli podporządkowani.

 

Słyszałem zapewnienia, iż jako Ameryka kwitła pod poprzednią koneksją z Wielką Brytanią, dla przyszłego powodzenia też jest potrzebna jakaś koneksja, bo zawsze będzie mieć taki skutek. Nie ma fałszu większego niż ten argument. Równie dobrze można by zapewniać, że dziecko nie powinno jeść mięsa, ponieważ dobrze się rozwijało na mleku, bądź że pierwszych dwadzieścia lat życia ma być precedensem dla dwudziestu następnych. Nawet taka mowa byłaby jednak ustępstwem bardziej niż szczerością, bo mogę ogółem powiedzieć, że Ameryka kwitnęłaby tak samo, a bodaj znacznie lepiej, gdyby jej żadna europejska siła nie miała na oku. Wzbogaca się obrotem towarowym, a to potrzebne do życia artykuły i zawsze będą mieć rynek, póki jedzenie jest zwyczajem w Europie.

 

Przecież Anglia nas chroniła, powiedzą niektórzy. Jest prawdą, że nas pochłonęła; że broniła Kontynentu na koszt nasz, zarówno jak jej własny, to też jest przyznawane; ale broniłaby dla tego samego motywu i Turcji, to jest, ze względu na handel oraz dominium.

 

Niestety, długo nas zwodzono antycznymi uprzedzeniami, a ponieśliśmy na rzecz przesądu duże ofiary. Chwaliliśmy sobie protekcję Wielkiej Brytanii bez refleksji, że jej motywacją był zysk, a nie przychylność; że nie chroniła nas od wrogów ze względu na nas, ale od tych wrogów, których sama uznawała, którzy to ludzie sporu z nami na żadnym innym podłożu nie mieli, a na tym samym podłożu zawsze naszymi wrogami będą. Byle Wielka Brytania odwołała pretensje do Kontynentu bądź Kontynent zależność zrzucił, powinniśmy zachować pokój z Francją i Hiszpanią, jeżeli pójdą przeciw Brytanii na wojnę. Niedole ostatniej wojny Hanowera powinny nas ostrzegać przed koneksjami.

 

Zapewniano ostatnio w parlamencie, że kolonie same nie mają wzajemnych relacji, tylko poprzez kraj macierzysty, to znaczy Pensylwania i Jerseye, a tak samo dla całej reszty, są siostrzanymi koloniami względem Anglii. Jest to z pewnością droga bardzo okrężna, gdyby dowodzić związku, ale najkrótsza i jedynie prawdziwa, żeby dowodzić komuś wrogiej bandery, jeśli mogę tak powiedzieć. Francja i Hiszpania nigdy nie były, a być może nigdy nie będą naszymi wrogami jako Amerykan, ale jako poddanych Wielkiej Brytanii.

 

Przecież Brytania jest krajem macierzystym, mówią niektórzy. Tym większym wstydem jest jej sprawowanie. Nawet barbarzyńcy nie pożerają swojego potomstwa; dzicy nie wojują wbrew swoim rodzinom. Prawdziwe, twierdzenie to jest naganą; ale prawdziwym nie jest, albo tylko po części, a frazę kraj ojczysty czy macierzysty, po jezuicku adoptowali królowie i ich pasożyty, z papistów godnym zamysłem, aby zyskać nieuczciwą przewagę na jakiejś naiwnej słabości w naszych umysłach. Europa, a nie Anglia, jest macierzą Ameryki. Ten Nowy Świat jest azylem prześladowanych miłośników wolności obywatelskiej i religijnej z każdej części Europy. Tutaj oni uciekli, nie z czułych objęć matki, ale od okrucieństwa potwora; co się już prawdą o Anglii okazało, że ta sama tyrania, która doprowadziła pierwszych emigrantów do opuszczenia domu, dalej ściga ich potomnych.

 

My w tym obszernym zakątku globu, zapominamy o wąskich limitach trzystu sześćdziesięciu mil (długości Anglii), i niesiemy naszą przyjaźń na szerszą skalę; opowiadamy się za braterstwem z każdym europejskim chrześcijaninem, a zwyciężamy wspaniałomyślnością.

 

Przyjemnie jest obserwować, jak regularnym krokiem pokonujemy siłę lokalnego uprzedzenia, powiększając naszą znajomość ze światem. Człowiek urodzony w jakimś mieście w Anglii, podzielonym na parafie, naturalnie widzi się przeważnie ze swymi parafianami (bo będą mieć w wielu sprawach wspólne interesy), a spotykając któregoś, nazwie go sąsiadem. Jeżeli jednak spotka go jakieś parę mil z dala od domu, porzuci wąskie pojęcie ulicy i powita, nazywając mieszczaninem; a jeżeli wyjedzie z powiatu, a spotka w jakimś innym, zapomni o pomniejszych podziałach ulic i miast, i nazwie krajanem, czyli z kraju i powiatu osobą; ale jeżeli na zagranicznej wycieczce mieliby się widzieć we Francji czy innej części Europy, ich miejscowe wspomnienie powiększy się do owego dla Anglików. Tym to parytetem rozumowania, wszyscy Europejczycy spotykający się w Ameryce, czy innym kącie globu, są krajanami; bo jak popatrzeć na cały glob, podziały na ulice, miasta, oraz powiaty są na skalę mniejszą takie, jak Anglia, Holandia, Niemcy, czy Szwecja na większą, wyróżnienia nadal zbyt miejscowe dla umysłów kontynentalnych. Nie jedna trzecia mieszkańców, nawet w tym regionie, jest angielskiego pochodzenia. Ganię więc frazę „rodzimy”, czy „macierzysty kraj”, gdy stosowana jedynie do Anglii, jako fałszywą, egoistyczną, wąską i niewielkoduszną.

 

A uznawanie, że wszyscy jesteśmy angielskiego pochodzenia, do czego by urastało? Niczego, choć Brytania, teraz otwarcie nasz wróg, wymazuje każde inne imię czy tytuł. A twierdzić, że teraz mamy obowiązek negocjować, to prawdziwie farsa. Pierwszy król Anglii, linii obecnej (Wilhelm Zdobywca), był Francuzem, a połowa parów Anglii jest potomkami tego samego kraju. Taką samą metodą rozumowania, Anglia powinna być rządzona przez Francję.

 

Wiele powiedziano o zjednoczonej sile Brytanii i kolonii, jakoby w połączeniu mogły rzucić światu wyzwanie. To tylko czcze spekulacje. Los wojenny jest niepewny, a takie wypowiedzi nie mają sensu, bo ten Kontynent nie ścierpiałby nigdy drenowania go z mieszkańców dla wspierania brytyjskich wojsk, czy w Azji, czy w Afryce, czy w Europie.

 

Poza tym, co mielibyśmy do roboty z rzucaniem światu wyzwania? Naszym planem jest działalność gospodarcza, a ta, doglądana dobrze, zabezpieczy nam pokój i przyjaźń z całą Europą; bo żeby mieć Amerykę za wolny port, jest Europy interesem. Handel Ameryki będzie zawsze jej ochroną, a nieurodzaj złota i srebra zabezpieczy ją od najeźdźców.

 

Wyzwanie to ja rzucam najgorętszemu ze zwolenników mediacji, aby wskazał chociaż jeden zysk, jaki ten kontynent może mieć z więzi z Wielką Brytanią. Powtarzam wyzwanie: żadnego zysku nie ma. Nasze zboża przyniosą swoją cenę na każdym rynku w Europie, a importowane towary co przychodzi płacić, kupimy, gdzie chcemy.

 

Natomiast urazów i szkód, jakie ponosimy poprzez tę więź, zliczyć się nie da; a nasz obowiązek wobec ludzkości ogółem, zarówno jak nas samych, nakazuje wyrzeczenie się tego związku: jako że poddaństwo wobec Wielkiej Brytanii, czy od niej zależność, mają tendencję ten kontynent bezpośrednio mieszać w europejskie wojny i spory, różnić nas z narodami w innych okolicznościach przyjaznymi, na które nie mamy ni złości, ni zażalenia. A że Europa jest naszym rynkiem handlowym, nie powinniśmy mieć z żadną jej częścią koneksji stronniczej. Prawdziwym interesem Ameryki jest wypłynąć na wody wolne od europejskiej niezgody, czego nie ma jak zrobić, póki zależność od Brytanii czyni ją języczkiem u wagi Brytyjskiej polityki.

 

Jak na to, aby długo pokój zachować, w Europie jest za wiele królestw, a kiedykolwiek wybucha wojna między Anglią a siłą zagraniczną, handel Ameryki obraca się w ruinę, z powodu koneksji z Brytanią. Kolejna wojna może się nie okazać taka, jak poprzednia, a jeżeli się nie okaże, zwolennicy mediacji obecnie, sami będą chcieć separacji potem, bo neutralność jest w takim wypadku konwojem lepszym niż wojenny statek. Każda kwestia prawa i natury przemawia za separacją. Krew pomordowanych, w natury głosie łkanie, wołają, CZAS SIĘ ROZSTAĆ. Nawet odległość, na którą Wszechmogący Anglię i Amerykę rozmieścił, jest silnym oraz naturalnym dowodem, że autorytet jednej nad drugą nie przynależał nigdy z projektem Niebios. Podobnie czas, w którym kontynent został odkryty, dodaje temu argumentowi wagi; a to, jak się te ziemie zaludniły, zwiększa tego argumentu siłę. Odkrycie Ameryki poprzedziło Reformację, jak gdyby Wszechmogący łaskawie chciał otworzyć dla prześladowanych sanktuarium, na lata przyszłe, kiedy domu nie stać już ani na przyjaźń, ani na bezpieczeństwo.

 

Autorytet Wielkiej Brytanii nad tym kontynentem jest taką formą rządu, że się musi prędzej czy później skończyć. A umysł poważny nie znajdzie prawdziwej przyjemności w spoglądaniu w przyszłość z tym dojmującym i pewnym poglądem, iż jego „obecna konstytucja” jest nią doraźnie. Jako rodzice, nie mamy jak się cieszyć wiedzą, że ten rząd nie ma jak wytrwać i zabezpieczać cokolwiek, co byśmy mogli dać w spadku potomności. A drogą prostego argumentu, jako że wpędzamy przyszłe pokolenie w dług, powinniśmy sami pracę nad rządem wykonać, inaczej używamy tylko naszych dzieci, podle i nędznie. Aby ujrzeć linię obowiązku właściwie, weźmy z jednej strony na rozum nasze dzieci, a wyznaczmy sobie odniesienie w życiu na parę lat w przód; oddalenie to przedstawi prospekt, który przed nami kryją obecne lęki i uprzedzenia.

 

Z własnej staranności, nie chcę nikogo zbędnie atakować; jestem jednak skłonny wierzyć, że wszyscy ci, co ślubowali dewizie pojednania, mogą przynależeć z tutaj następującymi określeniami. Ludzie interesowni, którym się nie da ufać; ludzie słabi, którzy nie umieją dostrzec; ludzie przesądni, a którzy dostrzec nie chcą; oraz pewna liczba umiarkowanych, którzy lepiej myślą o europejskim świecie niż zasługuje. Ta ostatnia kategoria, przez błędne rozmyślanie, przyniesie więcej klęsk temu kontynentowi niż owe trzy inne.

 

Jest to szczęściem wielu ludzi, że mogą żyć z dala od tutejszej scenerii smutku, że nie przynosi się do ich drzwi na tyle zła, aby im dać odczuć niestabilność, z jaką człowiek trzyma własność amerykańską. Pozwólmy jednak wyobraźni zabrać nas na parę chwil do Bostonu; ta siedziba zubożenia będzie nas uczyć mądrości, a nakaże wyrzec się na zawsze siły niegodnej zaufania. Mieszkańcy tego niefortunnego miasta, którzy jeszcze parę miesięcy temu żyli swobodnie i zamożnie, nie mają teraz innego wyboru niż trwać w głodzie, albo wychodzić i żebrać. Zagrożeni ostrzałem przyjaciół, jeżeli dalej będą pozostawać w mieście, a rabowani przez żołdactwo, jeżeli je opuszczą. Są w ich obecnej sytuacji jak więźniowie bez nadziei na wybawienie, a ogólny atak ku ich odsieczy wystawiłby ich na zażartość obydwu armii.

 

Ludzie o pasywnych temperamentach nieco lekceważą brytyjskie występki, a życząc sobie dalej najlepszego, są skłonni wołać, „Chodźcie, znów będziemy przyjaciółmi, warto”. Jednak gdyby zbadać pasje i odczucia ludzkości, poddać dewizę pojednania probierzowi natury, powiedzcie mi, czy będziecie w przyszłości potrafili kochać, honorować i wiernie służyć owej sile, co przyniosła ogień i miecz na wasze ziemie? Jeżeli nie będziecie tego wszystkiego potrafili, oszukujecie się jedynie, natomiast swoim zwlekaniem przynosicie ruinę swojemu potomstwu. Wasza przyszła koneksja z Brytanią, której ani kochać, ani honorować nie będziecie w stanie, będzie wymuszona i nienaturalna, a że utworzona tylko dla bieżącej wygody, szybko popadnie w regres jeszcze nędzniejszy niż ta pierwsza. Jeżeli jednak mówicie, że dalej możecie przejść nad nadużyciami do porządku, pytam, czy spalono wasz dom? Czy zniszczono waszą własność na waszych oczach? Czy wasza żona i dzieci są bez łóżka bądź chleba? Czy straciliście rodzica albo dziecko z owych rąk, a sami jesteście zrujnowanymi i nędznymi niedobitkami? Jeżeli nie, nie sądźcie tych, którzy to przeżyli. A jeżeli wasza odpowiedź jest twierdząca i dalej podalibyście mordercom rękę, nie jesteście warci miana męża, ojca, przyjaciela, miłośnika, czy jaka może być w waszym życiu rola bądź tytuł; macie serce tchórza, a ducha pochlebcy.

 

Nie jest to podsycanie czy przesadzanie spraw, a tylko poddawanie ich próbie odczuć i emocji usprawiedliwianych przez naturę, bez których bylibyśmy niezdolni do realizacji społecznych zobowiązań, czy radości życia. Nie jest moim celem eksponować horror i prowokować zemstę, ale zbudzić nas z naszej fatalnej i nieludzkiej senności, abyśmy się mogli zdecydowanie trzymać jakiegoś trwałego obiektu. Podbój Ameryki nie jest w mocy Brytanii lub Europy, o ile Ameryka sama siebie nie podbije, zwłoką i bojaźnią. Tegoroczna zima jest warta stu lat, jak ją dobrze wykorzystać; ale jak ją stracić czy zaniedbać, całego Kontynentu dotknie niedola. Każde pokaranie się należy każdemu, jakiegokolwiek zawodu, gdziekolwiek by był, kto by się przyczynił do straty sezonu tak drogiego i użytecznego.

 

Wedle uniwersalnego ładu spraw i przykładów wieków poprzednich, obrzydliwe jest rozumowi mniemanie, iż ten kontynent może długo trwać w poddaństwie sile zewnętrznej. W Brytanii nie myśli tak jej człowiek krwi najpełniejszej. A nawet skrajny wysiłek ludzkiej mądrości nie umie, obecnie, zrobić planu bez separacji, a ta obiecywałaby Kontynentowi nawet rok bezpieczeństwa. Pojednanie to teraz zwodnicza mrzonka. Natura opuściła tę koneksję, a sztuka nie wypełni miejsca natury. Jak Milton mądrze wykłada, „nie ma jak rosnąć prawdziwa zgoda tam, gdzie rany nienawiści śmiertelnej głęboko dojęły”.

 

Każda pojednawcza metoda na rzecz pokoju okazała się nieskuteczna. Nasze prośby odrzucono ze wzgardą, a posłużyły tylko przekonaniu nas, iż nic jak powtarzane petycje próżności królów nie schlebia, czy ich uporczywości nie utwierdza — a nic bardziej niż ta właśnie miara nie czyniło królów Europy absolutnymi: świadkami Dania i Szwecja. Jako że nic, tylko ciosy nastarczą, na Boga, niechże dojdzie do separacji, aby nie zostawiać następnego pokolenia podrzynaniu gardeł, pod zbezczeszczonymi i pustymi nazwaniami rodzica i dziecka.

 

Twierdzić, iż nigdy tego znów nie spróbują, jest próżne i wizjonerskie; myśleliśmy tak przy uchylaniu skarbowej opłaty, lecz rok czy dwa nas ocuciły. Można by się równie dobrze spodziewać, że jak raz zostaną pokonane, narody nigdy nie ponowią sporu.

 

Co do rządowych spraw, nie jest w mocy Brytanii oddawać temu Kontynentowi sprawiedliwość: wkrótce biznes stanie się tu zbyt ważki i zawiły, aby z jakimś znośnym stopniem wygody zarządzała nim siła tak od nas daleka i tak w naszych sprawach nierozeznana; tak więc, jeżeli nas nie podbiją, nie będą nami zarządzać. Ażeby zawsze trzy czy cztery tysiące mil biegać z podliczeniem lub petycją, cztery czy pięć miesięcy czekać na odpowiedź, a po jej otrzymaniu pięć do sześciu dalszych miesięcy musieć interpretować, będzie za parę lat wyglądać na błazeństwo i dziecinadę. — Był czas, gdy to było właściwe; a jest też czas właściwy, by z tym skończyć.

 

Małe wyspy niezdolne siebie chronić są właściwymi obiektami dla rządów, by się nimi zajmowały; jest jednak coś bardzo absurdalnego w oczekiwaniu, że kontynent będzie trwale zarządzany przez wyspę. Natura nie uczyniła nigdy, w żadnym wypadku, satelity większym niż planeta prymarna, a tak jak Anglia i Ameryka odwracają jedna względem drugiej powszechny porządek natury, jest jasne, iż przynależą do różnych systemów: Anglia do Europy, a Ameryka do siebie.

 

W moim ślubowaniu nauce separacji i niezależności nie powodują mną motywy pychy, stronnictwa, czy pretensji. Mam jasne, zupełne i gruntowne przekonanie, że to jest prawdziwy interes tego kontynentu, a cokolwiek mniej niż to, byłoby mierną łataniną, niezdolną uczynić zadość wymogom: zostawiałaby miecz w rękach naszych dzieci, a cofała nas do czasu, kiedy troszeczkę więcej, troszeczkę dalej, uczyniłoby z tego kontynentu chwałę tej Ziemi.

 

Jako że Brytania nie przejawiła najmniejszej skłonności do kompromisu, możemy być pewni, że nie uzyskamy dla Kontynentu żadnych godnych przyjęcia warunków ugody, ani postępowania zdolnego wynagrodzić koszt we krwi i dobrach, który już na nas nałożono.

 

Obiekt współzawodnictwa zawsze powinien mieć w sobie jakąś słuszną proporcję do kosztu. Usunięcie Northa, czy też całej tej obmierzłej junty, to sprawa niegodna już wydanych milionów. Czasowe zatrzymanie handlu, choć było niedogodnością, skutecznie równoważyłoby uchylenie wszystkich owych uchwał, na które się uskarżano, gdyby zostały one uchylone; lecz jeżeli cały Kontynent musi chwytać za broń i wszyscy muszą być żołnierzami, trudno uznać za godną naszej obecnej chwili walkę tylko przeciw nikczemnemu mandatariuszowi. Drogo, drogo płacimy za uchylenie tych uchwał, jeżeli to wszystko, o co walczymy. Szacunkowo jedynie, to wielka heca, płacić cenę jak Bunker Hill, za przepis jak za ziemię. Zawsze uważałem niezależność tego Kontynentu za wydarzenie prędzej czy później konieczne, a wedle ostatniego prędkiego postępu tego Kontynentu do dojrzałości, wydarzenie to nie może być odległe. Kiedy wywiązały się niesnaski, nie było czasu mówić o niepodległości, bo na to przyszłaby pora i tak, chyba że byśmy chcieli zaliczkować; byłoby to jak marnować domostwo na proces, żeby zasądzić przekroczenia lokatorowi o kończącym się najmie. Nikt nie był gorętszym zwolennikiem pojednania niż ja sam, przed owym fatalnym dziewiętnastym kwietnia 1775, ale dokładnie w momencie, kiedy wydarzenie owego dnia obwieszczono, odepchnąłem zatwardziałego, ponurego Faraona Anglii na zawsze; a dalej pogardzam łajdakiem, co z pretensją tytułu OJCA NARODU, bez serca słuchać potrafił o rzezi ludzi, i bez niepokoju spać, z ich krwią na duszy.

 

A gdyby się teraz ugodzić, że sprawy naprawione, co by nastąpiło? Odpowiadam, ruina Kontynentu. A to z paru powodów.

 

Po pierwsze. Pozostawienie rządowego umocowania w rękach Króla da mu negatywę nad legislacją całego Kontynentu. Okazał się on takim zapamiętałym wrogiem wolności i znalazł w sobie takie łaknienie arbitralnej władzy: jest on, czy też nie jest on tym właśnie człowiekiem, który by powiedział tym koloniom, Nie będziecie ustanawiać praw, tylko jakie ja chcę!? A czy jest jakiś mieszkaniec w Ameryce tak niedouczony, żeby nie wiedzieć, iż wedle tego, co się zowie obecną konstytucją, ten Kontynent nie może ustanawiać praw, chyba że Król pozwala; a czy jest człowiek tak niemądry, żeby nie widzieć (zważywszy, co się już stało), że Król tu nie ścierpi żadnego prawa, chyba że jego celowi służące. Możemy być tak samo skutecznie zniewoleni brakiem przepisów w Ameryce, jak poddaństwem wobec tych układanych dla nas w Anglii. A jeżeli się z Anglią pogodzimy (jak to się mówi), czy da się wątpić, że korona wytęży całą swoją moc, żeby ten Kontynent trzymać tak nisko i skromnie, jak możliwe? Zamiast iść w przód, będziemy się cofać, albo wiecznie kłócić, czy składać petycje. Już jesteśmy więksi, niż Król sobie życzy: czyż nie podejmie się on potem nas umniejszyć? Przywodząc argument do celu: czy siła nieufna i podejrzliwa względem naszego dobrobytu, może być siłą właściwą, aby nami rządzić? Kto mówi Nie w odpowiedzi, jest independentem, bo niepodległość znaczy nie więcej niż wybór, czy sami będziemy układać swoje prawa, czy Król, największy wróg, jakiego ten Kontynent ma bądź mieć może, powie nam, Nie będzie praw innych, niż ja lubię.

 

Król, powiecie, ma przecież w Anglii negatywę; ludzie tam nie mogą ustanawiać praw bez jego zgody. Względem praw i dobrego porządku, jest w tym coś bardzo śmiesznego, że młodzik dwudziestojednoletni (do czego często już dochodziło) mówiłby kilku milionom ludzi, starszych a mądrzejszych od niego, „Zabraniam wam uczynić tę czy tę waszą uchwałę prawem”. Jednak oddalę tutaj taki rodzaj odpowiedzi, choć nigdy eksponowania tego absurdu nie porzucę, a powiem tylko, że Anglia jest miejscem pobytu Króla, a Ameryka nie, co robi zeń inny przypadek. Negatywa Króla tutaj jest dziesięć razy bardziej niebezpieczna i fatalna niż w Anglii być nawet może, bo tam zgody raczej nie odmówi na ustawę stawiającą Anglię w tak mocny stan obronny, jak możliwe, a w Ameryce nigdy by on nie ścierpiał przyjęcia takiej ustawy.

 

Ameryka to obiekt drugorzędny w systemie brytyjskiej polityki. Anglia zasięga porady względem dobra tego kraju, tylko o ile odpowiada to jej własnemu celowi. Ponadto, jej interes wiedzie ją do supresji wzrostu naszego biznesu zawsze, kiedy nie promuje on jej zysku, bądź się z owym w najmniejszym stopniu kłóci. W ładnym będziemy niedługo stanie, pod takim rządem z drugiej ręki — jak rozważyć, co już się stało! Ludzie nie zmieniają się z wrogów w przyjaciół przez zmianę imienia. Aby przestrzec, że pojednanie to obecnie nauka niebezpieczna, stwierdzam, iż taka będzie wtedy polityka króla: odrzucanie uchwał, aby siebie ponownie ustanowić w rządzie tych ziem; w celu DOPEŁNIENIA CHYTROŚCIĄ I PRZEBIEGŁOŚCIĄ, NA TERMIN DŁUGI, CZEGO NIE MOŻE SIŁĄ I PRZEMOCĄ UZYSKAĆ W CZASIE KRÓTKIM. Pojednanie i ruina są blisko powiązane.

 

Po drugie. Nawet jeżeli byśmy się spodziewali uzyskać najlepsze warunki, nie będą one niczym więcej niż czasowym wybiegiem, albo rodzajem rządowej kurateli, a ta może nie trwać dłużej, niż póki kolonie osiągną dojrzałość; więc ogólny zarys i stan spraw, w międzyczasie, będzie nierozstrzygnięty i nieobiecujący. Zamożni emigranci nie zdecydują się przybyć do kraju, gdzie forma rządu wisi jak na włosku, a który codziennie chwieje się na granicy zamieszek i niepokojów; natomiast wielu obecnych mieszkańców tak by zaczęło w owym międzyczasie działać, aby rozdysponować wyrobkiem i opuścić Kontynent.

 

Najsilniejszym argumentem jest jednak to, że nic prócz niezależności, to jest Kontynentalnej formy rządu, nie utrzyma na Kontynencie spokoju, zachowa go od domowych wojen. Boję się możliwości pojednania z Brytanią teraz, jako że jest bardziej niż prawdopodobne, iż nastąpi po nim gdzieś rewolta albo coś innego, czego konsekwencje mogą być bardziej fatalne niż cała Brytanii złośliwość.

 

Brytyjskie barbarzyństwo już zrujnowało tysiące ludzi (a pewnie tysiące więcej będą cierpieć ten sam los). Ludzie owi mają inne odczucia niż my, co nie cierpieliśmy. Wolność jest teraz wszystkim, co mają; czym się przedtem cieszyli, ofiarowali służbie wolności; a nie mając nic więcej do stracenia, gardzą poddaństwem. Poza tym, ogólne nastawienie tych kolonii wobec brytyjskiego rządu będzie jak młodzieży, kiedy czas się kończy: niewiele będą o taki rząd dbać. A rząd niezdolny utrzymać pokój, nie jest rządem wcale; za nic więc płacilibyśmy w takim wypadku nasze pieniądze. A jak by rzec, co Brytania mogłaby nawet zrobić, z jej siłą tylko na papierze, w razie obywatelskich zamieszek, zaraz w dzień po pojednaniu? Słyszałem niektórych, wierzę, wielu mówiło bez zastanowienia, że się niezależności bali, a tym strachem były domowe wojny. Rzadko się zdarza, że nasze pierwsze myśli są prawdziwie poprawne, i jest to ten przypadek, bo jest dziesięć razy więcej powodów się bać połatanej koneksji, niż niepodległości. Sprawę cierpiących traktuję jak własną i protestuję, bo jak by mnie z domu i gospodarstwa przepędzić, własność zniszczyć, a zrujnować sytuację, jako człowiek świadom urazów nigdy bym w idei ugody nie smakował, czy nawet jej uznawał.

 

Kolonie przejawiły dość ducha dobrego porządku a posłuchania wobec rządu Kontynentalnego, żeby uspokoić i zadowolić pod tym względem każdą rozsądną osobę. Nie ma jak nadać lękom nawet pozoru usprawiedliwienia na gruncie innym niż tak dziecinny i śmieszny, jak że jedna kolonia będzie walczyć o dominację nad drugą.

 

Gdzie nie ma dostojeństw, także nie może być suprematyzmu, a równość doskonała radzi sobie bez pokus. Republiki w Europie są wszystkie (a powiedzmy też, zawsze) w stanie pokoju. Holandia i Szwajcaria nie mają wojen, obcych ni domowych. Monarchistyczne rządy, tak naprawdę, nigdy nie są długo spokojne; korona kusi przedsiębiorczych łobuzów w kraju, a owa miara pychy i zuchwalstwa co zawsze królewskiej władzy towarzyszy, pęcznieje wobec obcych sił aż do erupcji w przypadkach, gdzie rząd republikański, jako uformowany na zasadach bardziej naturalnych, negocjowałby omyłkę.

 

Jeżeli lęk względem niezależności ma prawdziwą przyczynę, to tylko dlatego, że nie ułożono jeszcze planu. Ludzie nie widzą drogi. — Oferuję więc jako wprowadzenie do tego biznesu następujące sugestie, jednocześnie skromnie zapewniając, że nie mniemam o nich inaczej niż jako możliwie środku do zapoczątkowania czegoś lepszego. Gdyby zebrać te myśli, co się za pojedynczymi osobami wałęsają, często byłyby z nich materiały dla mądrych i zdolnych ludzi, aby je usprawnić w materię pożyteczną.

 

Niechby zgromadzenia, z przewodniczącym tylko, doroczne były; reprezentacja wyrównana; ich biznes w zupełności domowy, a podległy autorytetowi Kongresu Kontynentalnego.

 

Niechby każda kolonia była podzielona na sześć, osiem, czy dziesięć dogodnych dystryktów, a każdy wysyłał właściwą liczbę delegatów do Kongresu tak, żeby z każdej kolonii było przynajmniej trzydziestu. Całkowita liczba w Kongresie byłaby przynajmniej 390. Każdy Kongres zasiadałby i tak wybierał przewodniczącego: po spotkaniu delegatów, niech losowo jedna kolonia będzie wybrana z wszystkich trzynastu, po czym cały Kongres niech wybierze (balotem) przewodniczącego, spośród delegatów z owego regionu. Na następnym Kongresie, niech kolonia będzie wybrana spośród jedynie dwunastu, pomijając tą, której delegat przewodził poprzedniemu Kongresowi, a dalej tak postępując, póki wszystkich trzynaście nie weźmie udziału w rotacji. Ażeby nie mogło się stać prawem nic, co nie wystarczająco uzasadnione, niech nie mniej niż trzy piąte Kongresu nazywane będzie większością. — Jak by ktoś promował niezgodę pod rządem tak zrównoważenie uformowanym, z Lucyferem by się łączył w jego rewolcie.

 

A że jest tu szczególna subtelność, z kim, albo na jaki sposób ten biznes by miał po raz pierwszy mieć miejsce, a wygląda na możliwe do przyjęcia i spójne, żeby pochodził od jakiegoś zbiorowego ciała pośredniego między rządzonymi a rządzącymi, to jest, pomiędzy Kongresem a narodem, niechże zwołana będzie KONTYNENTALNA KONFERENCJA, na następujący sposób oraz w następującym celu.

 

Komisja dwudziestu sześciu członków Kongresu, po dwóch dla każdej kolonii. Dwóch członków z każdej Izby Zgromadzeń bądź Konwencji Regionalnej; oraz pięciu reprezentantów ludności ogółem, wybranych w stolicy każdego regionu, na rzecz całego regionu, przez tylu ludzi o zdolności wyborczej, ilu uzna za stosowne przybyć dla tego celu z jego wszystkich części; albo, jeżeli to byłoby wygodniejsze, reprezentanci mogą być wybierani w dwóch lub trzech regionu częściach najludniejszych. Na owej konferencji, tym samym zebrane oraz zjednoczone byłyby dwie naczelne zasady biznesu, wiedza i zdolność. Członkowie Kongresu, Zgromadzeń czy Konwencji, mając doświadczenie w sprawach narodowych, będą sprawnymi i użytecznymi doradcami, a całość, jako upoważniona przez naród, będzie mieć autorytet prawdziwie prawny.

 

Na spotkaniu, konferujący członkowie niech mają za swój biznes uformowanie KARTY KONTYNENTALNEJ, albo Karty Zjednoczonych Kolonii (odpowiadając na to, co jest nazywane Wielką Kartą Anglii); niech ustalą liczbę oraz sposób wybierania członków Kongresu, członków Zgromadzenia, z datą posiedzenia, a nakreślą między nimi linię, w biznesie i jurysdykcji (pamiętając zawsze, że naszą siłą jest Kontynent, nie region); niech dadzą zabezpieczenie ludzkiej wolności i własności, a nade wszystko, swobodzie praktyki religijnej, zgodnie z nakazami sumienia; a to za załączeniem innych spraw przynależnych z taką kartą. Zaraz po tym, niech się owa Konferencja rozwiąże, a niech zostaną wybrane ciała zbiorowe, w zgodzie z omawianą tu kartą, aby były legislatorami oraz zarządcami tego Kontynentu na dany czas; a ich spokój i szczęście niech Bóg zachowa, Amen.

 

Jak by jeszcze jacyś ludzie później byli delegowani dla tego albo podobnego celu, oferuję im te fragmenty z mądrego obserwatora rządów, Dragonettiego. Mówi on, „Nauka polityka zasadza się na utrwaleniu prawdziwej istoty szczęścia i wolności. Owi ludzie zasłużą sobie na wdzięczność wieków, którym się uda znaleźć taki modus rządu, aby dawał miejsce jak największej sumie szczęścia osobistego, za jak najniższym narodowym kosztem.

Dragonetti, o cnocie i nagrodach“.

 

Ktoś zapyta, a gdzie jest król Ameryki? Powiem ci, Przyjacielu, ten w Niebiesiech panuje, a nie dewastuje ludzkości jak Królewski Barbarzyńca Brytanii. Abyśmy jednak nie wyglądali na ułomnych w ziemskich honorach, niech zostanie uroczyście wyznaczony dzień dla proklamacji karty; a połóżmy tę kartę na prawie boskim, słowie Boga; na tym niech spocznie korona, przez co świat mógłby wiedzieć, że tylko tak dalece monarchię aprobujemy, że w Ameryce KRÓLEM JEST PRAWO. Gdyż jak w ustrojach absolutnych król jest prawem, tak w krajach wolnych prawo powinno być królem, a to jedynym. A gdyby się to miało stać przyczyną niezdrowego użycia, pozwólmy, aby pod koniec ceremonii korona została zniszczona, a rozproszona pomiędzy ludźmi, których prawo to jest.

 

Własny rząd jest naszym prawem naturalnym. A jak się człowiek poważnie zastanowi nad niepewnością ludzkich spraw, to nabierze przekonania, że nieskończenie mądrzej i bezpieczniej jest utworzyć konstytucję własną, na sposób opanowany i rozmyślny, kiedy mamy tę zdolność, niż takie ciekawe wydarzenie zostawiać czasowi i okazji. Jak teraz tego poniechamy, może się pojawić jakiś Massanello, co zrobi użytek ze zbiorowych perturbacji, zbierze zdesperowanych i niezadowolonych, a obejmując dla nich rządowe władze, wymiecie swobody z Kontynentu jak powodziowy zalew. Miałoby zarządzanie Ameryką powrócić do rąk Brytanii, chwiejne usytuowanie spraw byłoby pokuszeniem dla jakiegoś zdesperowanego awanturnika, aby popróbował swej fortuny; a w takim wypadku, jaką ulgę może dać Brytania? Zanim by nawet wieść usłyszała, ten fatalny biznes już by mógł być dokonany, a my cierpielibyśmy jak sterani przodkowie Brytyjczyków pod opresjami Zdobywcy. Wy, co się sprzeciwiacie niepodległości teraz, nie wiecie, co robicie; otwieracie drzwi tyranii wiecznej, zostawiając siedzibę rządu wakatem. Są tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy takich, co by mieli pozbycie się rządu z Kontynentu za chwałę; to owa barbarzyńska i piekielna siła, która podburzyła przeciw nam Indian oraz Negrów, aby nas niszczyli. Okrucieństwo to podwójną nosi winę, brutalnie obchodząc się z nami, a podstępnie z nimi.

 

(Tomasz Anello, inaczej nazywany Massanello, rybak z Neapolu, który po podburzeniu swych krajan na rynku publicznym przeciwko opresjom z rąk Hiszpan, którym owo miejsce wtedy podlegało, pobudził do rewolty, a na przestrzeni jednego dnia stał się królem — Autor).

 

Mówienie o przyjaźni z tymi, w których rozum nam zabrania pokładać wiarę, a którymi radzą nam gardzić nasze ranione jak skroś tysiąc porów uczucia, jest szaleństwem i błazenadą. Każdy dzień szarga tą nieznaczną resztką poczucia między nami a nimi pokrewności; a czy może być racja w nadziei, jak związek wygasa, aby nasilało się uczucie, czy rosło porozumienie, gdy mamy dziesięć razy więcej i to większych spraw spornych, niż kiedykolwiek?

 

Wy, co mówicie o harmonii i pojednaniu, czy przywrócicie nam czas, co jest przeszły? Dacie prostytucji uprzednią niewinność? Tak samo nie uda się wam pogodzić Brytanii i Ameryki. Ostatnia struna jest już zerwana; ludzie Anglii prezentują przeciw nam odezwy. Urazy są, których nie daje przebaczyć natura; przestałaby naturą być, gdyby przebaczyła. Równie jak kochanek mógłby wybaczyć gwałcicielowi kochanki, może Kontynent wybaczyć Brytanii jej morderstwa. To Wszechmogący dał nam te niegasnące uczucia, dla celów dobrych i mądrych. Są one strażnikami jego obrazu w naszych sercach. Odróżniają nas od stada zwykłych zwierząt. Zaniknąłby społeczny mir, a sprawiedliwość została wykorzeniona, czy tylko doraźnie byłaby sprawowana, gdybyśmy zobojętnieli na te wzruszenia. Grabieżca i morderca nie raz umknąłby pokaraniu, gdyby urazy co je nasze temperamenty znoszą, nie pobudzały nas do sprawiedliwości.

 

O wy, co ludzkość kochacie! Wy, co śmiecie się przeciwstawić, nie tylko tyranii, ale i tyranowi, stańcie w przodzie! Każdy spłachetek starego świata opanowała opresja. Wolność jest pod obławą, dokoła globu. Azja i Afryka, dawno ją już wyrzuciły — Europa ma ją za obcą, a Anglia jej dała ostrzeżenie, by się oddaliła. O, przyjmijcie uchodźcę, a przygotujcie na czas azyl dla ludzkości.

 

IV. O OBECNEJ SPRAWNOŚCI AMERYKI, Z KILKOMA ROZMAITYMI OBSERWACJAMI

 

NIE WIDZIAŁEM SIĘ NIGDY z nikim, czy w Anglii, czy w Ameryce, kto by się nie przyznał do opinii, że między krajami i tak dochodzi do separacji, jak nie w jednym czasie, to w drugim; na dodatek, w niczym nie okazaliśmy mniej dobrego osądu, niż podejmując się opisu, jak to nazywamy, dojrzałości czy też zdolności Kontynentu do niepodległości.

 

Jako że wszyscy dopuszczają środek, a różnią się tylko zdaniem co do czasu, podejmijmy się, aby omyłki usunąć, ogółem sprawy zbadać; a spróbujmy, o ile to możliwe, ten czas właściwy znaleźć. Nie musimy się jednak dalece zagłębiać. Dochodzenie zaraz się zatrzymuje, bo czas znalazł nas. Ogólna zbieżność, chwalebna spójnia spraw, dowodzi tego faktu.

 

Nie w liczbach, ale w zjednoczeniu jest nasza wielka siła; nasze teraźniejsze liczby są wystarczające, aby odepchnąć wojska z całego świata. Kontynent ma, w obecnym czasie, największy korpus uzbrojonych i zdyscyplinowanych ludzi o wszelkich pod Niebem uzdolnieniach; a osiągnął to usposobienie siły, przy którym żadna pojedyncza kolonia nie jest w stanie się utrzymać, ale całość, kiedy zjednoczona, może sprawę uskutecznić, a być w tym bardziej lub mniej śmiercionośną. Nasza siła lądowa jest już wystarczająca; a co do spraw marynarki, nie możemy być obojętni na to, że Brytania nigdy nie ścierpiała budowy nawet jednego amerykańskiego statku wojennego, kiedy Kontynent był w jej rękach. Tak się teraz mamy, jak ze sto lat temu w tej branży, ale też prawdą jest, że pewnie jeszcze trochę gorzej, bo drewna krajowego stale ubywa, a co pozostanie, będzie daleko, bądź trudne do uzyskania.

 

Gdyby Kontynent był mieszkańcami tłoczny, jego cierpienie w obecnych okolicznościach byłoby nieznośne. Im więcej byśmy mieli morskich miast portowych, tym więcej byśmy mieli do obrony, ale może i stracenia. Nasze obecne liczby tak są szczęśliwie proporcjonalne do naszych potrzeb, że nikt nie musi być bezczynny. Umniejszony handel starcza na armię, a potrzeby armii tworzą nowy handel.

 

Długów wtedy nie mamy; a cokolwiek się nam uda na ten rachunek zakontraktować, będzie chwalebnym memento naszego waloru. Jak damy radę zostawić potomnych z ustanowioną formą rządu, z niezależną konstytucją, taki zakup będzie tani w każdej cenie. Jednak wydawać miliony, żeby uchylić parę niegodziwych uchwał, a posłać w drogę obecnego mandatariusza jedynie, nie jest warte kosztu, a potomnych używa z najwyższym okrucieństwem, bo zostawia ich z wielką pracą i długiem na karku, z czego korzyści żadnej mieć nie będą. Takie myślenie niewarte jest człowieka honoru, a jest prawdziwie charakterystyczną cechą małego serca politycznego płotki.

 

Zaciąganiem długu nie należy się martwić; liczy się to, czy dopełnimy dzieła. Żaden naród nie powinien być bez długu. Dług narodowy to narodowa obligacja; a gdy nie ma jak przynieść procentu, nie da się wnieść sądowej skargi. Brytanię przypiera dług ponad stu czterdziestu milionów szterlingów, za który płaci ponad cztery miliony odsetek. Jako kompensatę za ten dług, ma jednak dużą marynarkę wojenną; Ameryka nie ma długu i nie ma marynarki, a za dwudziestą część długu narodowego Anglii mogłaby marynarkę mieć, tak samo dużą. W czasie obecnym Angielska marynarka wojenna nie jest warta więcej niż trzy i pół miliona szterlingów.

 

Pierwsze i drugie wydanie tego pamfletu ukazało się bez następujących kalkulacji, których się teraz dostarcza na dowód, iż powyższe oszacowanie marynarki jest właściwe; por. Entick, „Historia marynarki”, Wprowadzenie, strona 56.

 

Koszt budowy statku każdej tu z klas i wyposażenia go w maszty, reje, żagle i takielunek, wraz z ośmiomiesięcznymi zapasami bosmańskimi oraz ciesielskimi, jak policzył pan Burchett, Sekretarz Marynarki Wojennej.

Za statek o 100 lufach: 35 tysięcy 553 funty szterlingi, £.
90 luf — 29 886 £
80 luf — 23 638 £
70 luf — 17 785 £
60 luf — 14 197 £
50 luf — 10 606 £
40 luf — 7 558 £
30 luf — 5 846 £
20 luf — 3 710 £.

 

A stąd łatwo podsumować wartość, czy też raczej koszt całej brytyjskiej marynarki wojennej, która w roku 1757, w największej swojej chwale, składała się z takich typów statków i broni: 6 statków o 100 lufach, koszt jednego 35 553 £, koszt wszystkich 213 318 £.

 

STATKÓW

LUF

JEDEN

WSZYSTKIE

12

90

29 886 £

358 632 £

12

80

23 638 £

283 656 £

43

70

17 785 £

764 755 £

35

60

14 197 £

496 895 £

40

50

10 606 £

424 240 £

45

40

7 558 £

340 110 £

58

20

3 710 £

215 180 £

 

85 szalup, bomb, branderów, razem po 2 tysiące, w sumie 170 tysięcy.
Koszt: 3 266 786 £. Na broń zostaje 233 214 £. Suma: 3 500 000 £.

 

Żaden kraj na globie nie jest tak szczęśliwie sytuowany i wewnętrznie uwarunkowany wystawić flotę, jak Ameryka. Dziegieć, drewno, żelazo i olinowanie to jej naturalne produkty. Niczego z zagranicy nie potrzebujemy. Holendrzy tymczasem, którzy mają duże profity z odnajmowania swoich statków wojennych Hiszpanom i Portugalczykom, muszą importować większość swoich materiałów. Powinniśmy mieć budowanie floty za działalność gospodarczą, bo to przemysł dla tego kraju naturalny. To nasza najlepsza waluta. Marynarka jest warta więcej niż jej koszt. A czy nie jest mile, w narodowej polityce, łączyć gospodarkę z obroną. Budujmy; jak ich nie będziemy chcieć, sprzedamy, a będziemy wymieniać papierowy pieniądz na gotowe złoto i srebro.

 

Co do obsady floty załogą, zdarza się powszechnie duża pomyłka; nie trzeba, żeby jedna czwarta była żeglarzami. Straszliwy morski wilk, kapitan Śmierć, wytrzymał zeszłej wojny najgorsze zaczepki, od każdego statku, a nie miał nawet dwudziestu żeglarzy na pokładzie, chociaż cała obsada była ludzi ponad dwustu. W zwykłej pracy na statku, kilku zdolnych a towarzyskich żeglarzy szybko instruuje wystarczającą liczbę obrotnych mężczyzn z lądu. Nie będziemy bardziej zdatni zacząć sprawy morskie niż teraz, kiedy drewno jest w stałej dostawie, łowiska pełne, a żeglarze i budowniczy statków bez pracy. Czterdzieści lat temu budowano w Nowej Anglii statki o siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu lufach, dlaczego by teraz nie tak samo? Budowanie statków jest Ameryki dumą największą i w tym, o czasie, prześcignie ona świat. Wielkie imperia Wschodu głównie są lądowe, a co za tym idzie, niezdolne z nią rywalizować. Afryka jest w stanie barbarzyńskim; a żadna siła w Europie nie ma takiej rozciągłości wybrzeża, czy takich wewnętrznych zasobów materiałów: gdzie natura dała jedno, tam poskąpiła drugiego — tylko Ameryce była szczodra w obydwu. Rozległe imperium Rosji jest prawie od morza odcięte; takoż jej bezkresne lasy, jej dziegieć, żelazo i olinowanie są jedynie artykułami handlowymi.

 

Względem bezpieczeństwa, czy powinniśmy być bez floty? Nie jesteśmy teraz tym małym narodem, którym byliśmy sześćdziesiąt lat temu; co do naszego mienia, mogliśmy wtedy ufać ulicom, czy raczej polom; a spaliśmy spokojnie, bez zamków i zasuw w drzwiach i oknach. Teraz jest inaczej, a nasze metody obrony powinny się stawać lepsze w miarę powiększania mienia. Dwanaście miesięcy temu zwykły pirat mógł był podpłynąć Delaware i poddać miasto Filadelfię opłacie na sumę wedle upodobania; a to samo mogło się zdarzyć w innych miejscach. Mało tego, śmiałek w brygu z czternastoma czy szesnastoma sztukami broni, mógłby ograbić cały Kontynent, a wynieść z pół miliona w pieniądzu. Takie oto okoliczności wymagają naszej uwagi i wskazują na konieczność ochrony przez marynarkę wojenną.

 

Niektórzy może powiedzą, że jak się pogodzimy z Brytanią, będzie nas ona chronić. Czy moglibyśmy jednak myśleć tak niemądrze, żeby jej dać trzymać marynarkę w naszych portach? Zdrowy rozsądek powie nam, że siła chcąca nas sprowadzić do poddaństwa jest ze wszystkich najmniej właściwa dla naszej obrony. Podbój bywa dokonywany pod pozorem przyjaźni; a my, po długim i dzielnym oporze, możemy zostać oszukani i zniewoleni. A jeżeli nie przyjmować jej statków w naszych portach, pytałbym, jak miałaby nas bronić? Marynarka na trzy bądź cztery tysiące mil oddalona może się mało przydawać, a w nagłej potrzebie wcale. Jeżeli i tak będziemy musieć siebie chronić, dlaczego nie zrobić tego sami dla siebie? Dlaczego robić to dla innych?

 

Lista angielskich statków wojennych jest długa i straszy, ale mniej niż co dziesiąty jest w dyspozycji do służby, czego się dokładnie nie wylicza, dalej pompatycznie umieszczając nazwy statków na liście, choćby z któregoś pozostawała byle klepka: a dla mniej niż jednej piątej z tych, co się do służby nadają, części zapasowe są stale na placówkach. Wschodnie i Zachodnie Indie, Morze Śródziemne, Afryka i inne części świata gdzie Brytania rozciąga swoje roszczenia, wymagają dużego udziału jej marynarki. To z mieszanki uprzedzenia i nieuwagi nabyliśmy fałszywego pojęcia o angielskiej flocie, a mówiliśmy, jakbyśmy z całą naraz musieli mieć do czynienia, a stąd zakładaliśmy, że potrzebujemy tak samo dużej; że nie było to od razu możliwe praktycznie, przebrani Torysi odradzali nasze w ogóle w tym zaczynanie. Nic dalszym od prawdy być tu nie może; gdyby Ameryka miała jedną dwudziestą siły morskiej Brytanii, dalece by przewyższała wymogi na godnego przeciwnika; ponieważ nie mamy i nie rościmy sobie obcych dominiów, cała nasza siła byłaby zaangażowana na naszym wybrzeżu, gdzie na dłuższą metę powinniśmy mieć podwójną przewagę nad tymi, co by musieli trzy albo cztery tysiące mil płynąć, żeby nas zaatakować, a na tę samą odległość wracać, żeby uzupełniać niedobory i rekrutować. A chociaż z racji floty Brytania ma w szachu nasze drogi handlowe do Europy, my tak samo mamy jej drogi do Zachodnich Indii: ze względu na bliskość, zależą od sprzyjania naszego Kontynentu zupełnie.

 

Jakąś metodę trzymania siły morskiej na czas pokoju można znaleźć, jeżeli nie uważalibyśmy za konieczne utrzymywać marynarkę zawodową. Premie jak by dawać kupcom, żeby budowali i obsadzali statki o dwudziestu, trzydziestu, czterdziestu, czy pięćdziesięciu lufach (premie w proporcji do straty na nośności); pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt takich statków, z paroma tylko dozorowcami w stałej służbie, byłoby wystarczającą siłą, a to bez obciążania się tym złem, na które tak się w Anglii uskarżają, że cierpią, jak ich flota w czasie pokoju gnije w dokach. Jednoczenie gospodarczej i obronnej muskulatury to zdrowa polityka, bo jak nasza siła i nasze bogactwa idą ręka w rękę, nie musimy się obawiać zewnętrznego wroga.

 

Obfitujemy w prawie każdy artykuł obronny. Konopie rosną wręcz wybujałe, więc nie brak nam lin i sznurów. Nasze żelazo jest lepsze niż innych krajów. Nasze małe uzbrojenie równe sortem każdemu na świecie. Armat możemy robić do woli. Saletrę i proch produkujemy codziennie. Nasza wiedza polepsza się z godziny na godzinę. Stanowczość jest naszą rdzenną cechą, a odwaga nigdy nas nie opuściła. Czegóż więc nam brak? Dlaczego się wahamy? Od Brytanii nie możemy się spodziewać niczego prócz ruiny. Jeżeli jeszcze raz ją przyjmiemy do rządu Ameryki, Kontynent nie będzie wart zamieszkania. Zawsze się będą pojawiać waśnie; stale będziemy mieć powstania; kto je będzie tłumić? Kto narazi swoje życie, żeby krajan redukować do posłuszeństwa obcym? Spór między Pensylwanią a Connecticut, w sprawie nielokowanych ziem, ukazuje brak prestiżu brytyjskiego rządu i dowodzi w pełni, że nic, tylko autorytet Kontynentalny da radę regulować Kontynentalne sprawy.

 

Czas teraźniejszy warto preferować także z tego powodu, że im mniejsza nasza liczba, tym więcej lądu pozostaje niezamieszkanym, a wtedy może on, zamiast zostać rozdanym przez króla jego bezwartościowym utrzymankom, zostać użyty nie tylko dla spłaty współczesnego długu, ale dla ciągłego wsparcia rządu. Żaden naród pod Niebem nie miał nigdy takiego atutu.

 

Młodzieńczy wiek kolonii, jak to ludzie przynajmniej do tej pory mówili w sprzeciwie wobec niepodległości, jest w rzeczywistości argumentem za nią. Jesteśmy wystarczająco liczebni, a gdybyśmy byli bardziej, moglibyśmy mniej być zjednoczeni. Warto zaobserwować, że im ludniejszy jest kraj, tym mniejsze ma wojska. Liczebnością wojsk starożytni znacznie przewyższali ludzi obecnie, a powód jest jasny: jako że zaludnienie jest okazją dla rzemiosła i handlu, ludzie się stają zbyt nimi zajęci, aby poświęcać uwagę czemuś innemu. Działalność gospodarcza zostawia mniej miejsca dla ducha patriotyzmu i wojskowej obrony. A historia wystarczająco nas informuje, że najodważniejszych z osiągnięć dokonano w wieku niedojrzałym narodu. Ze wzrostem działalności gospodarczej, Anglia straciła ducha. Miasto Londyn, bez względu na swą liczebność, ulega obelgom stale i z cierpliwością tchórza. Im więcej ludzie mają do stracenia, tym mniej szukają ryzyka. Ludzie bogaci są ogółem zniewoleni strachem, a ulegają dworskiej sile z drżącą dwulicowością spaniela.

 

Czasem na ziarno dobrych obyczajów jest młodość, u ludzi jak narodów. Za pół stulecia, mogłoby się okazać trudnym, jeśli nie niemożliwym, zorganizować Kontynent pod jednym rządem. Szerokie zróżnicowanie interesów, któremu sposobnością jest powiększanie się rynku zarówno jak zaludnienia, doprowadziłyby do zamętu. Jedna kolonia byłaby przeciw drugiej. Każda będąc sprawną, gardziłaby pomocą drugiej: a podczas gdy próżni i głupi czerpaliby chwałę ze swego wyróżnienia, mądrzy by lamentowali, że nie utworzono unii przedtem. Czas obecny jest takoż tym właściwym czasem, aby ją ustanowić. Zażyłość z lat niedojrzałych, a przyjaźń zawarta w biedzie, są ze wszystkich najtrwalsze i najrzadziej się zmieniają. Nasza obecna wspólnota naznaczona jest obiema tymi cechami: jesteśmy młodzi i strapieni; ale nasza zgodność przetrwała nasze kłopoty, a przygotowuje potomnym pamiętne ramy, by czerpali chwałę.

 

Czas jak obecny szczególnie się dwa razy narodowi nie zdarza jako ten, aby uformować ustrój. Wiele narodów dało się tej szansie wymknąć, a przez to musiały przyjmować prawa od zdobywców, zamiast tworzyć swoje prawo samodzielnie. Najpierw mieli króla, potem jakąś formę rządu, podczas gdy wpierw należy utworzyć artykuły czy też kartę ustroju, a następnie ludzi wybierać do ich wykonywania. Z błędów innych narodów uczmy się jednak mądrości, a nie przepuszczajmy obecnej pomyślnej okazji — aby rozpocząć nasz rząd od właściwej strony.

 

Kiedy Wilhelm Zdobywca podbił Anglię, podał im prawo na ostrzu miecza. A póki my się nie ugodzimy, że siedziba rządu w Ameryce ma być zajmowana prawnie i z autorytetem, będzie nam grozić, iż ją weźmie jakiś fortunny rzezimieszek i nas potraktuje tak samo. A wtedy, gdzie będzie nasza wolność? Gdzie będzie nasza własność?

 

Względem religii, mam to za nieodzowny obowiązek każdego ustroju sumiennych wyznawców osłaniać, ale żadnego innego biznesu dla rządu tu nie widzę. Niechże człowiek odrzuci owe ograniczenia ducha, owo samolubstwo zasady, z którymi jedynie kusy głosiciel jakiegoś kredo nie jest chętny się rozstać, a uchroni się od lęków pod tym tytułem. Podejrzliwość jest towarzyszką dusz miałkich, a zakałą każdego dobrego towarzystwa. Ja sam zupełnie i sumiennie wierzę, że jest wolą Wszechmogącego, aby była między nami różnorodność religijnej opinii. Daje ona naszej chrześcijańskiej dobroci serca szersze pole; gdybyśmy wszyscy jednym tylko sposobem myśleli, nasze religijne usposobienie poddawałoby próbie materię. A tak, na tej liberalnej zasadzie, patrzę na różne wyznania pomiędzy nami jak na dzieci w tej samej rodzinie, o innych tylko, jak by to powiedzieć, imionach pod jednym nazwaniem.

 

Na stronie [III, par. 48; druk 6×9 cali s. 68] nakreśliłem jedynie parę myśli o stosowności Karty Kontynentalnej (bo zakładam, że oferuję sugestie, nie plany), a tutaj pozwolę sobie ten przedmiot poruszyć ponownie, z obserwacją, że kartę należy rozumieć jako notę poważnego zobowiązania, podejmowanego przez ogół, aby wspierać prawo każdej w społeczności osoby, czy względem religii, czy osobistej wolności, czy własności. Solidna transakcja i dobre rozumowanie dają długotrwałą przyjaźń.

 

Na poprzedzającej stronie [III, par. 45], podobnie, nadmieniłem potrzebę dużej i wyrównanej reprezentacji; a nie ma sprawy politycznej bardziej godnej naszej uwagi. Mała liczba elektorów, zarówno jak mała liczba reprezentantów, jednakowo są niebezpieczne. Jeżeli liczba reprezentantów jest nie tylko mała, ale i nierówna, niebezpieczeństwo się zwiększa. Jako przykład, wzmiankuję następująco: kiedy petycja Stowarzyszonych trafiła przed Izbę Zgromadzeń Pensylwanii, tylko dwudziestu ośmiu członków było obecnych; wszystkich z powiatu Bucks było ośmiu i głosowali przeciwko niej, a gdyby siedmiu z Chester zrobiło to samo, cały region byłby zarządzany przez dwa powiaty, a grozi mu to cały czas. Niezasadne naciągnięcie zasad, jakiego owa izba się dopuściła na ostatnim posiedzeniu, aby zyskać nadmiar władzy nad delegatami regionu, powinno ostrzegać ludzi ogółem, jak mogą wypuszczać władzę z rąk. Zestawiono dla delegatów instrukcje, które względem sensu i biznesu byłyby uszczerbkiem na honorze młodego chłopca w szkole, a jak paru na nie przystało, a tylko paru i bez posiedzenia, wniesiono je do Izby i tam uchwalono na rzecz całej kolonii. Gdyby cała kolonia wiedziała, z jaką złą wolą owa Izba przekroczyła swoje uprawnienia w sprawach publicznych regulacji, nie wahaliby się ani chwili i uznali owych za niegodnych zaufania.

 

Jest wiele rzeczy wygodnych w bezpośredniej potrzebie, a które stałyby się opresją, gdyby je podtrzymywać. Względy praktyczne i prawo to różne sprawy. Kiedy konsultacji wymagały niedole Ameryki i nie było w owym czasie metody bardziej wyrobionej czy właściwej, wyznaczono parę osób z Izb Zgromadzeń, a mądrość ich postępowania zachowuje ten Kontynent od ruiny. A że bardziej niż prawdopodobnie bez KONGRESU nie będziemy, każdy musi przyznać, kto jest życzliwy dobremu porządkowi, że modus wybierania członków tego zbiorowego ciała zasługuje na rozwagę. A stawiam tu pytanie tym, co ludzkość studiują, czy reprezentacja i elekcja nie są umocowaniami za dużymi jak na jedno i to samo ludzkie gremium? Kiedy planujemy dla potomnych, powinniśmy pamiętać, że walor nie jest dziedziczny.

 

To od naszych wrogów zyskujemy często wspaniałe prawidła, a ich błędy nie raz przyprowadzają nas do rozumu i z zaskoczenia. Pan Cornwall (jeden z lordów Skarbu Państwa) potraktował petycję Zgromadzenia Nowego Jorku z lekceważeniem, gdyż owa Izba miała nie więcej niż dwudziestu sześciu członków, liczbę trywialną, stwierdził, której przyzwoicie za całość wystawić się nie da. Dziękujemy mu za tę bezwolną uczciwość.

 

(Osoby chcące w pełni rozumieć jak wielką wagę ma dla państwa duża i równa reprezentacja, powinny przeczytać referaty polityczne Burgha — Autor).

 

KONKLUDUJĄC, nie ma znaczenia, jak dziwne może się to niektórym wydawać, bądź jak byliby takiej myśli niechętni: da się wymienić wiele silnych i znamiennych powodów, aby ukazać, że nic nie rozstrzygnie naszych spraw tak zaradnie, jak otwarta i zdecydowana deklaracja niepodległości. Niektóre z nich, to:

 

Po pierwsze. — Jest zwyczajem narodów, kiedy dwa toczą wojnę, aby jakieś inne siły, niezaangażowane w spór, wkroczyły jako mediatorzy i przyniosły wstępne wnioski dla pokoju; lecz kiedy Ameryka zwie się poddaną Wielkiej Brytanii, żadna siła, jakkolwiek dobrze usposobiona, nie może oferować swej mediacji. W naszym obecnym stanie, możemy się kłócić wiecznie.

 

Po drugie. — Nie jest rozsądnym się spodziewać, że Francja albo Hiszpania udzielą nam jakiegokolwiek wspomożenia, jeżeli by nam chodziło o użycie go jedynie dla reperacji uchybień i umocnienia związku między Brytanią i Ameryką; ponieważ wtedy owe siły cierpiałyby tego konsekwencje.

 

Po trzecie. — Jak długo uznajemy siebie za poddanych Brytanii, musimy, w oczach narodów obcych, być uważani za rebeliantów. Precedens byłby niebezpieczny dla ich pokoju, gdyż są w ich zbrojnych siłach ludzie zwani poddanymi. My, na miejscu, możemy ten paradoks rozwiązać: ale by jednoczyć opór i poddaństwo, trzeba by pomysłu zbyt wyszukanego, jak na powszechne zrozumienie.

 

Po czwarte. — Gdyby manifest miał być opublikowany i rozesłany na obce dwory, celem wyjaśnienia, jakie przetrzymaliśmy nieszczęścia oraz jakich pokojowych środków bezskutecznie próbowaliśmy dla reperacji, a deklarujący jednocześnie, że nie będąc w stanie dłużej żyć szczęśliwie czy bezpiecznie pod okrutnym rozporządzaniem brytyjskiego dworu, zostaliśmy doprowadzeni do zerwania z nim wszelkich więzi, a też zapewniający owe dwory o naszym pokojowym do nich nastawieniu oraz naszej chęci wejścia z nimi w handel: taki memoriał przyniósłby więcej dobrych skutków dla Kontynentu, niż gdyby statek był wyładowany petycjami do Brytanii.

 

Przy naszym obecnym statusie poddanych Brytanii nie możemy zostać ani przyjęci, ani wysłuchani za granicą: zwyczaje wszystkich dworów są przeciwko nam i będą, dopóki nie dorównamy rangą innym narodom poprzez niepodległość.

 

Czynności mogą się z początku wydawać dziwne i trudne; ale jak wszystkie inne kroki dotąd podjęte, wkrótce staną się znośne i znajome. A póki nie ogłosimy niepodległości, odczucie co do Kontynentu będzie jak wobec mężczyzny odkładającego jakiś nieprzyjemny biznes z dnia na dzień, choć wie, że dokonać go trzeba; nienawidzi go zaczynać, chciałby, żeby już był doprowadzony do skutku, a stale prześladują go myśli o konieczności.

 

ANEKS

 

W CZASIE PUBLIKACJI pierwszego wydania tego pamfletu, czy raczej tego samego dnia jak wyszedł, w mieście (Filadelfii) pojawiła się Mowa Królewska. Gdyby narodzinami tego utworu rządził był duch przepowiedni, nie mógłby przynieść tej pracy w bardziej zdatnym momencie, w czasie bardziej potrzebnym. Krwawa mentalność jednego człowieka ukazuje potrzebę podążania za nauczaniem drugiego. Ludzie czytają jak dla odwetu. A Mowa, zamiast przerażać, przygotowała drogę dla ludzkich zasad Niepodległości.

 

Uroczyste zachowanie, a też cisza, jakiekolwiek ich przyczyny, mają skłonność szkodzić, kiedy dodają najmniejszej nawet śmiałości wystąpieniom nikczemnym i hultajskim. Jak mieć powyższe za prawidło, naturalnie wynika, iż Mowa Królewska, ten egzemplarz zgotowanego łotrostwa, zasługiwała i nadal zasługuje na ogólne odsądzenie od czci, zarówno przez Kongres jak naród. Domowy spokój narodu zależy jednak wielce od cnoty tego, co nazwać by właściwie NARODOWYMI MANIERAMI, a często lepiej pominąć niektóre sprawy z milczącą pogardą, niż robić użytek z takich nowych metod niechęci, że wymagałyby innowacji choćby najmniejszej względem owej cnoty na straży naszego spokoju i bezpieczeństwa. Być może głównie dzięki tej rozważnej delikatności, Mowa Królewska nie doznała dotąd publicznej egzekucji. Jeżeli da się ją nazwać mową, jest niczym lepszym niż zamierzonym i zuchwałym paszkwilem przeciwko prawdzie, wspólnemu dobru, oraz istnieniu ludzkości; formalnym i pompatycznym narzędziem składania ofiar z ludzi na rzecz pychy tyranów. Taka ogólna na ludzkości masakra jest jednak jednym z przywilejów oraz efektów królewskich; gdyż tak jak natura ich nie zna, oni jej nie znają, a chociaż są istotami z naszego własnego utworzenia, nie znają nas; a stali się bogami swoich twórców. Mowa ma jedną zaletę, mianowicie, nie ma na celu oszukać, ani my nie możemy, nawet gdybyśmy chcieli, dać się jej oszukać. Brutalność i tyranię okazuje ona otwarcie. Nie przynosi też poczucia straty: każda linijka przekonuje, nawet w chwili czytania, że ten, co poluje w lasach dla zdobyczy, goły i nieuczony Indianin, jest dzikusem mniej niż Król Brytanii.

 

Sir John Dalrymple, domniemany ojciec skamlącego jezuickiego produktu, złudnie nazwanego „Odezwą narodu ANGLII do mieszkańców AMERYKI”, być może próżnie zakładając, że ludzie tutaj by się bali pompy i sylwetki króla, dostarczył poglądu (choć z jego strony bardzo niemądrze) na prawdziwy charakter obecnego władcy: „Ale”, mówi autor, „jeżeli jesteście skłonni prawić komplementy administracji, na którą my się nie uskarżamy” (wskazując na markiza Rockingham przy uchylaniu ustawy skarbowej), „jest bardzo nieuczciwym z waszej strony odmawiać jej tego księcia, za którego SKINIENIEM GŁOWĄ TYLKO, wolno jej było robić cokolwiek”. To Toryzm przyłapany na gorącym uczynku! To bałwochwalstwo nawet bez maski. A ten, kto spokojnie może słuchać i trawić taką naukę, zaprzepaścił swoje prawo do racjonalizmu — jest apostatą od szyku ludzkości — i powinien być uważany za takiego, co nie tylko poddał właściwą ludzką godność, ale spadł w randze poniżej zwierząt i pożałowania godnie pełza po tym świecie jak jakaś glista.

 

Teraz jednak bardzo mało to znaczy, co król Anglii mówi, czy robi; złamał on nikczemnie każde moralne czy ludzkie zobowiązanie, podeptał naturę i sumienie pod swymi stopami; a nieprzejednanym i przyrodzonym duchem arogancji i okrucieństwa zyskał sobie powszechną nienawiść. Teraz interesem Ameryki jest zadbanie o samą siebie. Ma już ona dużą i młodą rodzinę, którą się zajmować jest jej obowiązkiem bardziej, niż dawać swoją własność na wsparcie siły, co się stała przyganą nazwaniom ludzi i chrześcijan. — WY, co macie za swój obowiązek czuwanie nad narodowym moresem, jakakolwiek wasza wyznaniowa grupa, czy jakiekolwiek wyznanie, zarówno jak wy, co bezpośrednio stoicie na straży publicznej swobody, jeżeli chcecie ustrzec wasz rodzimy kraj od zanieczyszczenia europejską korupcją, musicie sobie po cichu życzyć separacji. — Pozostawię jednak moralne rozważanie prywatnej refleksji i będę kontynuował swoje dalsze uwagi głównie pod następującymi tytułami.

 

Pierwszy. Jest interesem Ameryki odseparowanie się od Brytanii.

 

Drugi. Jaki plan jest najłatwiejszy i najbardziej praktyczny, POJEDNANIE, czy NIEPODLEGŁOŚĆ? A to z paroma uwagami przy okazji.

 

Mógłbym na wsparcie pierwszego, uznawszy to za właściwe, przedstawić dowody na opinię niektórych najzdolniejszych i najlepiej doświadczonych ludzi na tym kontynencie, których skłonności w tym wątku jeszcze nie są publicznie znane. Stanowisko to w rzeczywistości samo się usprawiedliwia: żaden naród w stanie obcej zależności, ograniczony w handlu, a spętany i utykający pod względem własnych władz prawnych, nie ma jak osiągnąć materialnej znakomitości. Ameryka nie wie jeszcze, czym jest zamożność; a chociaż postęp, który zrobiła, nie ma porównania w historii innych narodów, to jeszcze dzieciństwo w porównaniu z tym, o co może iść w zawody, mając zdolność prawną w swoich rękach. Anglia się teraz z pychą łakomi na coś, czego osiągnięcie jej dobrze nie zrobi; a Kontynent waha się nad sprawą co zaniedbana, będzie jego ostateczną ruiną. Nie podbój, a handel Ameryki jest zyskiem dla Anglii, a w ogromnej mierze zyskiwałaby dalej, gdyby obydwa kraje były od siebie niezależne, jak Francja i Hiszpania; to dlatego, że względem wielu artykułów, ani jeden, ani drugi nie ma po co szukać lepszego rynku. Teraz jednak niepodległość tego kraju od Brytanii czy jakiegokolwiek innego państwa jest głównym obiektem wartym walki, a który, jak wszystkie inne prawdy odkryte w potrzebie, będzie się jawił jaśniej i silniej każdego dnia.

 

Po pierwsze, bo dojdzie do tego o jednym czasie, lub innym.

 

Po drugie, ponieważ im dłużej jest opóźniana, tym trudniej ją będzie osiągnąć.

 

Często zabawiałem się w towarzystwie, publicznym i prywatnym, obserwowaniem w duchu zwodniczych omyłek tych, którzy mówią bez refleksji. A między wieloma z owych, które słyszałem, następujące zdają się najpowszechniejsze, jak ta, że gdyby obecne przerwanie relacji nastąpiło za czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, zamiast teraz, Kontynent byłby bardziej zdolny zrzucić zależność. Na co ja odpowiadam, że nasz militarny potencjał, czasu obecnego, ma źródło w doświadczeniu zyskanym w ostatniej wojnie, a które za czterdzieści czy pięćdziesiąt lat zaniknie zupełnie. Kontynentowi nie pozostanie wtedy z tych czasów ani generał, ani oficer, a nam, czy ludziom co nastaną po naszym czasie, przyjdzie być nieświadomymi spraw wojskowych jak starożytni Indianie. A ta jedna opinia, jak z bliska się nią zająć, bezsprzecznie dowiedzie, że czas obecny jest preferencją nad jakimkolwiek innym. Argument jest następujący — przy zakończeniu ostatniej wojny, mieliśmy doświadczenie, ale braki w liczbie; za czterdzieści czy pięćdziesiąt lat będziemy mieć liczbę, ale bez doświadczenia; takoż właściwym momentem w czasie musi być jakiś moment pomiędzy tymi dwoma skrajnościami, w którym wystarczająco byśmy mieli pierwszego, a właściwy wzrost w drugim osiągnięty: a tym momentem jest czas teraźniejszy.

 

Niech czytelnik wybaczy mi tę dygresję, jako że nie należy ona poprawnie z tym tematem, którym rozpocząłem, a tu dokonuję jedynie nawiązania, mianowicie:

 

Jeżeli sprawy z Brytanią zostałyby załatane, a miała ona pozostać siłą rządzącą i suzerenem nad Ameryką (co w okolicznościach obecnych mijałoby się z celem zupełnie), pozbawialibyśmy się tych właśnie środków, którymi by zatopić dług obecny, czy potem zaciągnięty. Wartość ziem w głębi lądu, których niektóre regiony są po cichu pozbawiane niesprawiedliwym poszerzaniem granic Kanady, wyceniona tylko na pięć funtów szterlingów za sto akrów, urasta do ponad dwudziestu pięciu milionów, w walucie Pensylwanii; a podatek w wysokości pensa szterlinga za akr, do dwóch milionów rocznie.

 

To sprzedażą tych ziem możemy dług topić, bez ciężaru dla kogokolwiek, a podatek będzie zawsze zmniejszać, a z czasem całkiem pokryje roczny koszt rządu. Termin pożyczki nie ma znaczenia, kiedy zabezpieczeniem jest sprzedaż ziem; aby właściwie przeprowadzić ten zamiar, na czas odpowiedni, Kongres spełni wymogi Kontynentalnego powiernika.

 

Przechodzę teraz do tytułu drugiego, czyli jaki plan jest najłatwiejszy i najbardziej praktyczny, Pojednanie czy Niepodległość, z paroma uwagami przy okazji.

 

Kto ma naturę za swoją przewodniczkę, niełatwy jest w swych argumentach do pokonania, a na tym gruncie ja mówię ogółem — jako że NIEZALEŻNOŚĆ jest JEDNĄ PROSTĄ LINIĄ i my ją w sobie z natury mamy, a pojednanie to sprawa wyjątkowo zawiła i skomplikowana, w której zdradliwy i kapryśny dwór będzie przeszkadzać, daje to odpowiedź niewątpliwą.

 

Obecny stan Ameryki jest prawdziwie alarmujący, dla każdego człowieka zdolnego do refleksji: bez prawa, bez rządu, bez jakiegokolwiek innego modusu władzy prócz tego, co ustawione i udzielane z łaskawości. Trzymana razem bezprzykładnym przejawianiem się doń uczucia, które jednak może się zmienić, a które każdy ukryty wróg poweźmie strwonić. Nasza obecna kondycja jest, jak następuje: legislacja bez praw; mądrość bez planu; konstytucja bez imienia; a co dziwnie zaskakuje, perfekcyjna niezależność co się stara o uzależnienie. Przypadek ten nie ma precedensu; takiej sprawy nigdy przedtem nie było; a kto potrafi przewidzieć tego następstwa? Obecny niestabilny system niczyjej własności nie zabezpiecza. Umysł zbiorowości jest rozproszony, a nie mając ustalonego obiektu przed sobą, ludzie gonią za tym, co fantazja czy mniemanie podpowiada. Zbrodni pojęcia nie ma; nie istnieje coś takiego jak zdrada; każdy myśli, że mu wolno robić co się podoba. Torysi nie śmieliby się zebrać w swoją ofensywę, gdyby wiedzieli, że tym samym zawierzają żywota państwowym przepisom. Należy nakreślić linię podziału między angielskimi żołnierzami wziętymi w bitwie a mieszkańcami Ameryki powołanymi pod broń. Pierwsi są więźniami, ale drudzy zdrajcami. Jeden traci wolność, drugi głowę.

 

Niezależnie od naszej mądrości, jest pewna słabowitość w niektórych naszych procedurach, co daje zachętę niezgodzie. Pas Kontynentalny jest zapięty za luźno. A jeżeli czegoś nie zrobimy póki czas, będzie za późno by zrobić cokolwiek i popadniemy w stan, w którym ani Pojednanie, ani Niepodległość nie będą praktycznie możliwe. Król i jego bezwartościowi poplecznicy zajmują się swoją starą grą dzielenia Kontynentu, a jest pomiędzy nami dość wielu drukarzy skłonnych rozpowszechniać pokrętne kłamstwa. Ów zręczny a zakłamany list, który pojawił się kilka miesięcy temu w dwóch z nowojorskich gazet, a podobnie w dwóch jeszcze innych, dowodzi, iż niektórym ludziom brak rozsądku, czy też uczciwości.

 

Łatwo mówić o pojednaniu, a w kulki pogrywać i manewrować. Czy tacy ludzie jednak poważnie zważają, jakie to trudne zadanie, jak niebezpiecznym się może okazać, jeśli Kontynent się potem podzieli? Czy obejmują perspektywą wszystkich tu różnego rodzaju ludzi? Ich sytuacje i okoliczności trzeba rozważać na równi z własnymi. Czy stawiają siebie w miejscu cierpiącego: co mu było wszystkim, już przepadło; a w miejscu żołnierza co wszystko zostawił dla obrony swojego kraju? Jeżeli ich oparta na błędnym osądzie moderacja będzie odpowiadać tylko ich prywatnym sytuacjom, a nie uwzględniać innych, następstwa przekonają ich, że „rozumują bez gospodarza”.

 

Niektórzy mówią, przejdźmy na taką samą stopę, jak w roku 1763. Na to ja odpowiadam, że nie jest teraz w mocy Brytanii taki wniosek przyjąć, ani też ona sama niczego podobnego nie zaproponuje; a nawet jeżeli taki wniosek by był, na co się powinno pozwolić, moim rozsądnym pytaniem jest, jakimi środkami trzymać tak skorumpowany i wiarołomny dwór przy zobowiązaniach? Inny parlament, ba, nawet obecny, może potem zapewnienie uchylić pod pretekstem, że uzyskane siłą, bądź dane niemądrze. A wtedy, gdzie nasza reperacja? — Do praw narodów się nie zwrócimy; prawnikami Koron są armaty; a miecz nie kieruje się sprawiedliwością i rozstrzyga sprawę wojną. Aby być na stopie z 1763, nie wystarczy doprowadzić do owego stanu przepisy, ale także nasze okoliczności; nasze spalone i zniszczone miasta odrestaurować albo odbudować, nasze prywatne straty wynagrodzić, nasze publiczne długi (na obronę zaciągnięte) wyrównać. Inaczej, o miliony będziemy się mieć gorzej niż w tak oto zazdrości godnym okresie. Takie życzenie, gdyby go rok temu usłuchano, zdobyłoby serce i ducha Kontynentu. — Lecz teraz jest za późno: „Rubikon został przekroczony”.

 

Ponadto, chwytanie za broń byle wymusić uchylenie prawa finansowego, na uzasadnione boskim prawem nie wygląda, a jest tak samo ohydne ludzkim uczuciom, jak chwytanie za broń dla finansowego posłuszeństwa. Cel, z obydwu stron, nie usprawiedliwia środków, bo ludzkie życie jest za wiele warte, by je dla takiej małostki narażać. To przemoc zadawana naszym osobom i którą się nam grozi, niszczenie naszej własności siłą zbrojną, oraz inwazja na nasz kraj ogniem i mieczem, usprawiedliwiają, wedle sumienia, użycie broni. A w chwili kiedy taki modus obrony stał się potrzebnym, ustać powinno było wszelkie wobec Brytanii poddaństwo; a niepodległość Ameryki powinna była zostać rozważona jako era, i to datowana publikacją od czasu kiedy pierwszy raz wypalono przeciw niej z muszkietu. Taka linia jest linią spójnej konsekwencji; ani nie dyktuje jej kaprys, ani rozciąga ambicja, ale wytwarza ją łańcuch wydarzeń, których kolonie nie były autorami.

 

Zakończę te uwagi paroma na czasie sugestiami, co do których mam dobre intencje. Powinniśmy przemyśleć trzy różne drogi, jakimi może dojść do niezależności, a jedna z owych trzech będzie jednego czy innego dnia losem Ameryki, to jest, prawny głos narodu w Kongresie, siła militarna, bądź bunt tłumu. Może się okazać, że nie wszyscy nasi żołnierze są amerykańskimi obywatelami, a duża liczba osób — zbiorowym ciałem rozsądnych ludzi; walor, jak już nadmieniłem, nie jest dziedziczny, ani też nieustający. Jeżeli pierwszy z tych sposobów miałby przynieść niepodległość, mamy przed sobą każdą sposobność oraz zachętę, aby uformować na obliczu tej Ziemi najzacniejszą i bez wady konstytucję. Mamy w naszej mocy rozpocząć ten świat od nowa. Dotąd, sytuacja podobna do obecnej nie zdarzyła się od dni Noego. Narodziny nowego świata leżą w zasięgu naszych rąk, a plemię ludzkie być może liczne tak samo, jak Europa cała mieści, może otrzymać swój udział w wolności w parę miesięcy. Refleksja jest niemiłosierna — z tego punktu widzenia, na jakżeż trywialne, śmieszne, małostkowe i drobnostkowe wyglądają narzekania kilku słabych i interesownych ludzi, kiedy ważone przeciw biznesowi jak jakiegoś świata.

 

Jak byśmy mieli zaniedbać ten obecny, sprzyjający i ośmielający czas, a Niepodległość miałaby innymi środkami być potem zaprowadzona, musielibyśmy obarczać konsekwencjami siebie, a powiedzmy ogółem, ludzi opierających się temu posunięciu z ciasnoty i przesądu ducha, bez dochodzenia czy refleksji. Są względy na rzecz Niepodległości do przemyślenia prywatnie, w których nie należy się zdawać na publiczną debatę. Teraz z resztą wcale nie powinniśmy dyskutować, czy mamy być niezależni, czy nie, ale niecierpliwić się, aby swoje osiągnąć na podstawie solidnej i honorowej, a martwić się, że jeszcze żeśmy nie zaczęli. Każdy dzień zapewnia nas o potrzebie. Nawet Torysi (jeżeli takie istoty jeszcze między nami pozostają) powinni najstaranniej spośród wszystkich ludzi sprawę promować, bo tak jak wyznaczenie komisji z początku uchowało ich od powszechnego gniewu, tak mądrze i dobrze ustanowiona forma rządu będzie jedynym zapewnieniem ich dalszego bezpieczeństwa. Jeżeli więc nie mają cnoty na tyle, aby być Wigami, powinni być dość roztropni, by chcieć Niepodległości.

 

Pokrótce, Niepodległość jest jedyną WIĘZIĄ, która nas potrafi utrzymać razem. Pozwoli nam widzieć nasz cel i szczerze nie słuchać wroga tak intryganckiego, jak i okrutnego. Będziemy też wtedy na właściwej stopie z Brytanią, aby zawrzeć traktat. Jest powód wnioskować, że pycha tego dworu będzie mniej urażona negocjowaniem warunków pokoju z amerykańskimi Stanami, niż jedynie ludźmi  o statusie „zbuntowanych podwładnych”. To nasze zwlekanie dodaje śmiałości jej nadziei na podbój, a nasze zacofanie może wojnę jedynie przedłużyć. Jako że już wstrzymaliśmy nasz handel, bez dobrego skutku, aby otrzymać za nasze krzywdy odszkodowanie, spróbujmy teraz alternatywy, sami i niezależnie zaradzając naszym urazom, a potem oferujmy handlu wznowienie. Merkantylna i rozsądna część Anglii nadal będzie po naszej stronie, bo pokój i handel są lepsze niż wojna bez handlu. A jeżeli ta oferta nie zostanie przyjęta, możemy się zwrócić do innych dworów.

 

Na takim gruncie sprawę opieram. To, że nikt nie zaoferował zastrzeżeń do nauczania zawartego w poprzednich wydaniach tego pamfletu, albo dowodzi niemożności odrzucenia tej nauki, albo że stronnictwo na jej rzecz jest tak liczne, iż nie ma jak się mu oprzeć. Zamiast więc patrzeć jeden na drugiego podejrzliwie, czy z ciekawością taką co wątpi, niech każdy z nas wyciągnie do swojego sąsiada dłoń serdeczną i przyjazną, a zjednoczy się we wskazaniu linii co jak akt niepamięci, puści poprzednią niezgodę w zapomnienie. Niechże imiona Wig czy Torys zanikną, a niech nie pojawią się między nami żadne inne, jedynie dobrego obywatela, szczerego i rezolutnego przyjaciela, a zacnego stronnika PRAW LUDZKOŚCI oraz WOLNYCH I NIEPODLEGŁYCH STANÓW AMERYKI.

 

**********

Do przedstawicieli religijnego stowarzyszenia ludzi nazywanych kwakrami, bądź tak wielu z nich, jak się było zaangażowało w publikację niedawnego utworu o tytule „STAROŻYTNE ŚWIADECTWO ORAZ PRYNCYPIA ludzi zwanych KWAKRAMI, odnowione, z uwagą na KRÓLA i RZĄD, a tyczące NIEPOKOJÓW co teraz przeważają w tych i innych częściach AMERYKI, adresowane do OGÓŁU LUDNOŚCI”.

 

Pisarz tej tu rzeczy jest jednym z tych niewielu, co religii nigdy nie zniesławiają, czy wyśmiewaniem, czy wyrzekaniem jakkolwiek na wyznanie. Bogu, a nie człowiekowi, względem religii ludzie odpowiadają. Epistoła ta nie odnosi się więc do was na tyle poprawnie jako do religijnej, jak do politycznej zbiorowości, a para się takimi sprawami, w jakie wasze pryncypia spokoju nakazują wam się nie mieszać.

 

Jako że wy postawiliście siebie, bez właściwego autorytetu, w miejsce całej kwakierskiej zbiorowości, tak pisarz tej tu rzeczy, aby na równi się z wami plasować, zmuszony jest siebie postawić w miejsce wszystkich tych ludzi, co aprobują te właśnie pisma oraz pryncypia, przeciwko którym wasze świadectwo jest skierowane. A wybrał on tę tu pojedynczą sytuację, abyście mogli w nim odkryć owo zarozumialstwo charakteru, którego w sobie samych dostrzec nie potraficie. Powodem, iż ani on, ani wy nie macie jak sobie rościć tytułu politycznej reprezentacji.

 

Kiedy ludzie schodzą z dobrej drogi, nie dziwi to, że się potykają i upadają. Wasz sposób władania waszym świadectwem pokazuje wyraźnie, że polityka nie jest wam (jako religijnej zbiorowości) ścieżką właściwą; a jakkolwiek owo świadectwo może się wam zdawać stosowne, niemądrze zebraliście rzeczy dobre i kiepskie; natomiast wniosek zeń wyciągacie zarówno nienaturalny, jak i niesprawiedliwy.

 

Na pierwsze dwie strony (a całość nie ma czterech) wam ufamy i spodziewamy się po was takiego obywatelskiego waloru rzeczywiście, jako że umiłowanie i pragnienie pokoju nie przynależy jedynie z kwakryzmem, a jest też naturalnym, jak i religijnym życzeniem ludzi wszelkiej rangi. Na tym gruncie, jako ludzie co pracują by własną, niezależną Konstytucję ustanowić, mamy nawet więcej niż inni nadziei, celowości i namysłu. Naszym planem jest pokój na zawsze. Zmęczyły nas konkury z Brytanią i nie widzimy im innego końca niż ostateczna separacja. Działamy konsekwentnie, i to dla zaprowadzenia wieczystego i nieprzerwanego pokoju cierpimy zło i ciężary dnia obecnego. Podejmujemy się i dalej się będziemy statecznie starać o separację i zaniechanie owej koneksji, co już naszą ziemię napełniła krwią, a która, póki zachowywana choćby z imienia, będzie fatalną pobudką do szkód dla obydwu krajów.

 

Nie walczymy dla zemsty czy podboju; ni z pychy, ni z roznamiętnienia; nie znieważamy świata flotami i armiami, ani nie dewastujemy globu dla łupu. Jesteśmy atakowani w cieniu własnej winorośli; we własnych domach i na własnych ziemiach jesteśmy poddawani przemocy. Postrzegamy naszych wrogów jak rabusiów przy drodze i włamywaczy do domostw; a nie mając przed nimi dla siebie obrony prawem cywilnym, jesteśmy zmuszeni ich ukarać prawem wojskowym, a użyć miecza w tych właśnie przypadkach, gdzie przedtem stosowano stryczek. — Możliwe, że współczujemy z ową dozą delikatności, która do waszych serc drogi jeszcze nie znalazła, tym ludziom wszędzie na kontynencie, co cierpią zrujnowani i zelżeni. Bądźcie jednak przezorni, aby podstawą waszego świadectwa nie okazał się błąd. Nie nazywajcie oziębłości serca religią, ani też nie stawiajcie słówka bigot w miejsce chrześcijanina.

 

O wy, stronniczy służebnicy sobie wyznawanych zasad. Byłożby grzechem nosić broń, pójść na wojnę byłoby tym bardziej, a to przez różnicę między atakiem z własnej woli a konieczną obroną. Jeżeli naprawdę głosicie wedle sumienia, a nie tylko po to, żeby robić ze swojej religii politycznego konika, przekonajcie świat, proklamując wasze nauczanie naszym wrogom, bo oni też BROŃ noszą. Dowiedźcie waszej szczerości: publikujcie u Świętego Jakuba, do dowódców naczelnych w Bostonie, admirałów i kapitanów, co jak piraci pustoszą nasze wybrzeża, i do wszystkich morderczych kreatur co działają z ramienia tej władzy, której wy głosicie służbę. Mielibyście ducha uczciwego jak Barclay, dalibyście waszemu królowi kazanie o pokucie; wymienilibyście Królewskiemu Niegodziwcowi jego grzechy i ostrzegli o wiecznej ruinie. Nie mierzylibyście waszymi stronniczymi inwektywami jedynie w rannych i zelżonych, ale, jak wierni służebnicy, głośno byście zakrzyknęli, nie szczędząc nikogo. Nie mówcie, że was prześladują, nie próbujcie też nas mienić początkiem tej przygany, co ją sami na siebie ściągacie: bo my tylko wobec wszystkich świadczymy, że nie skarżymy się na to, że jesteście kwakrami, ale na to, że ich udajecie, a kwakrami NIE jesteście.

 

„Zakosztowałeś pomyślności i niepowodzenia; wiesz, jak to jest, być z kraju rodzimego wygnanym; jak to jest być obalonym, a jak rządzącym i wyniesionym na tron; po opresjach wiesz z doświadczenia, jak nienawistnym jest oprawca, Bogu zarówno jak człowiekowi. Jeżeli po tych wszystkich przestrogach i przejawach nie zwrócisz się do Pana całym swoim sercem, i zapomnisz o tym, który o tobie w strapieniu pamiętał, a ulegniesz i dasz prym zmysłom i próżności, potępienie dla ciebie na pewno będzie wielkie. — Przeciwko którym to sidłom i pokusom tych, którzy mogą bądź też będą cię raczyć i do złego namawiać, najznamienitszym i powszechnym lekarstwem jest do siebie odnosić ową światłość Chrystusa, co w twym sumieniu błyszczy, a która ani nie może, ani nie chce ci schlebiać, czy cię cierpieć w grzechu zadowolonego”.

— Mowa Barclaya do Karola II.

 

Niestety! Pewna część waszego świadectwa, a częściowo też reszta waszego postępowania daje wrażenie, jakoby wszelki grzech dało się pojmować, bądź sprowadzać do samego faktu noszenia broni, a tylko kiedy przez ludność. Widać nam, pomyliliście sumienie z polityczną partią, bo ogólnej wymowie waszych działań brak zwartości. Szczególnie trudno nam dać wiarę wielu z tych waszych udawanych skrupułów, bo to skrupuły ludzi co krzykiem protestują przeciw mamonie tego świata, a pomimo wszystko za nią gonią, i to krokiem stałym jak Czas, a z apetytem wyostrzonym jak Śmierci.

 

Cytat z Księgi Przysłów, którego dokonujecie na trzeciej stronie waszego świadectwa, iż „kiedy drogi człowieka Panu miłe, nawet jego wrogowie chcą z nim pokoju”, wybraliście bardzo niemądrze, ponieważ urasta on do dowodu, że drogi Króla (którego chcecie wspierać) nie są Panu miłe; inaczej, jego panowanie byłoby pokojowe.

 

Przejdę teraz do ostatniej części waszego świadectwa, a czegoś, przy czym powyższe wygląda jedynie na wstęp, mianowicie:

„Jest naszym osądem oraz zasadą, od czasu powołania nas do głoszenia światłości Jezusa Chrystusa, która jawi się w naszych sumieniach po dziś dzień, iż ustanawianie oraz obalanie królów i rządów jest szczególną prerogatywą Boga, z jemu najlepiej wiadomych powodów. Nie jest naszym interesem w owym przykładać ręki bądź pomysłu, gmerać ponad nasze położenie, czy spiskować, szykować ruinę, bądź kogoś obalać, ale jest nim modlić się za króla, za bezpieczeństwo naszego narodu i dobro wszystkich ludzi, abyśmy mogli żyć cicho i w pokoju, w nabożności i uczciwości, pod rządem, jaki jest Bogu miło nad nami ustanowić”. — Jeżeli to rzeczywiście wasze zasady, dlaczego ich nie przestrzegacie? Dlaczego nie pozostawicie tego, co nazywacie Dziełem Boga, jego staraniu? Te właśnie zasady nakazują wam czekać cierpliwie i uniżenie na skutek wszelkich publicznych rozwiązań, aby mieć ów skutek za wolę boską względem was samych. Jaka jest więc okazja dla waszego politycznego świadectwa, jeżeli w pełni wierzycie w to, co zawiera: samo publikowanie dowodzi, że albo nie wierzycie w to, co głosicie, albo nie wystarcza wam cnoty na praktykowanie waszej wiary.

 

Pryncypia kwakryzmu mają bezpośrednią tendencję robić z mężczyzny cichego i niezdolnego do ofensywy poddanego pod dowolnym, nałożonym nań rządem. A jeżeli ustanawianie i obalanie królów i rządów to szczególna prerogatywa Boga, my go z niej z pewnością nie ograbimy. Zasada sama w sobie prowadzi was do akceptacji każdej rzeczy, która kiedykolwiek się przydarzyła, bądź się przydarzyć może królom jako bożym dziełom. OLIVER CROMWELL wam dziękuje. KAROL tedy nie zginął z ręki człowieka, a jeżeli jego obecny pyszniący się naśladowca miałby zmierzać ku takoż wczesnemu końcowi, pisarze i wydawcy waszego świadectwa są zobowiązani swoim nauczaniem dać faktowi aplauz. Królów nie zabierają cuda, a zmian w rządach nie przynoszą środki inne, niż powszechne i ludzkie; takich my teraz używamy. Nawet rozproszenie Żydów, choć zapowiedziane przez naszego Zbawiciela, zostało dokonane środkami zbrojnymi. Odmawiając udziału po jednej stronie, nie powinniście się więc mieszać po drugiej, ale czekać rozwiązania w ciszy. A o ile nie potraficie wykazać boskiego autorytetu na dowód, iż Wszechmogący, który stworzył i umieścił ten nowy świat możliwie najdalej na wschód i zachód od każdej części starego, jednak się nie zgadza na jego niezależność od skorumpowanego i opuszczonego dworu Brytanii, o ile, mówię, tego nie umiecie wykazać, jakżeż możecie wedle waszych zasad usprawiedliwić podburzanie i roznamiętnianie ludzi „aby stanowczo się jednoczyli w odrazie dla wszystkich takich pism oraz środków, które świadczą o zamiarze i planie zerwania szczęśliwej koneksji, jaką się dotąd cieszyliśmy, z królestwem Wielkiej Brytanii, oraz naszego sprawiedliwego i potrzebnego poddaństwa królowi i tym, co mają pod nim prawnie władzę”. Toż to policzek w twarz! Ludzie co w poprzedzającym paragrafie skromnie i pasywnie zrezygnowali z wyznaczania, zmiany, oraz usuwania królów i rządów, na rzecz rąk Boga, teraz przywołują swe pryncypia, aby się ustawić dla swojego udziału w interesie. Czy wniosek, który tu jest sprawiedliwie cytowany, może wynikać z nauczania jak wyłożone? Niespójność jest zbyt jaskrawa, aby ją przeoczyć; absurd zbyt wielki, aby się z niego nie naśmiewać; a dokonanym to mogło być tylko przez tych, którym rozumy omroczył ciasny i zrzędliwy duch zrozpaczonego politycznego stronnictwa; bo nie da się was uważać za całość kwakierskiej zbiorowości, ale jedynie za jej frakcyjną i ułamkową część.

 

Tu się kończy badanie waszego świadectwa (dla którego nie nawołuję do pogardy, jak wy dla innych, ale by je przeczytać i uczciwie ocenić); do czego załączam następującą uwagę, iż „ustanawianie i obalanie królów” ma tu z pewnością oznaczać czynienie królem tego, który nim nie jest, oraz pozbawianie tytułu tego, który nim jest. A powiedzcie, co to ma wspólnego z obecnym przypadkiem? Ani nie zamierzamy ustanowić, ani obalić; ani koronować, ani korony pozbawić; jedynie nie chcemy mieć z owymi nic do czynienia. Wasze świadectwo, w jakim by je świetle widzieć, takoż przynosi tylko dyshonor waszemu osądowi, a z wielu powodów lepiej było je sobie zostawić, niż publikować.

 

Po pierwsze, bo umniejsza religię i jej przygania ogółem; a to najwyższe zagrożenie dla społeczności, jak robić z religii stronę w sporach politycznych.

 

Po drugie, bo eksponuje zbiorowość ludzi, z których wielu nie aprobuje publikacji politycznych świadectw, czy angażowania się w nie.

 

Po trzecie, bo ma tendencję zaburzać ową Kontynentalną harmonię i przyjaźń, do której sami swymi ostatnimi hojnymi i szczodrobliwymi datkami rękę przyłożyliście, aby umacniać; a podtrzymanie jej ma dla nas wszystkich wagę najwyższą.

 

A tu, bez złości czy urazy się z wami żegnam. Szczerze wam życzę, abyście jako ludzie i chrześcijanie mogli się zawsze w pełni i nieprzerwanie cieszyć każdym obywatelskim i religijnym prawem, a także zabezpieczali je dla innych. Natomiast ten przykład mieszania religii z polityką, jaki niemądrze daliście, może zostać zdezawuowany i zganiony przez każdego mieszkańca AMERYKI.

 

FINIS

 

Advertisements