B. Franklin, Autobiografia | Autobiography

Poczucie osobistego szczęścia, jak je brałem na rozum, sprawiło czasem że powiedziałem, jak by mi dano wybór, nie wahałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki co daje poprawić pewne wady pierwszej.

A nawet jak by mi tego nie dano, jednak bym się zdecydował. Jako że takiej powtórki nie należy się spodziewać, najbliższe ponownemu przeżywaniu swojego życia zdaje się być jego wspominanie, w formie jak najtrwalszej, czyli w piśmie.

Tłumaczenie z oryginalnego manuskryptu Benjamina Franklina, za porównaniem treści w edycji Johna Bigelow.

Standard Copyright © Teresa Pelka
Standardowe prawo autorskie
All rights reserved | Wszystkie prawa zstrzeżone

PDF sample | Próbka PDF
■→Pages 2-55 | Strony 2-55
Entire PDF book | Cała książka PDF
■→242 strony, USD 2.99
E-pub Smashwords
■→$ 2.99

Przestankowanie wyjaśniam we wpisie ■→Zaburzenie kommatoformowe
■→The commatoform disorder.

Dogodzę też tutaj tej skłonności tak naturalnej u ludzi starszych, aby mówić o sobie i swoich przeszłych działaniach; a zrobię to bez naprzykrzania się innym, gdyż do słuchania mogliby się czuć zobowiązani szacunkiem dla wieku, a zapiski można sobie czytać albo nie, jak wola. Na koniec (do czego się mogę równie dobrze przyznać, bo przeczeniu by nikt i tak nie uwierzył), może i dość zadowolę swą próżność. Doprawdy rzadko się mi zdarzyło usłyszeć lub zobaczyć w ramach wstępu słowa jak „Bez próżności mogę powiedzieć” i podobne, bez czegoś próżnego zaraz potem. Większość ludzi nie lubi próżności u innych, jakąkolwiek sami w sobie mają, ale ja mam dla niej szczere uznanie wszędzie gdzie napotykam, przekonany iż często przynosi dobro swemu gospodarzowi, a też innym osobom w sferze jego działań; takoż nieraz nie byłoby człowiekowi absurdem dziękować Bogu za swą próżność, pomiędzy innymi zaletami życia.

W owym mniej więcej czasie wpadł mi w oko egzemplarz Spektatora. Był to numer trzeci. Przedtem nigdy żadnego nie widziałem. Kupiłem go, czytałem raz za razem i delektowałem się bardzo. Styl pisania był mi świetny i chciałem się w miarę możliwości takiego nauczyć. Z tym na widoku chwyciłem parę artykułów, zanotowałem krótkie wzmianki o przesłance w każdym zdaniu, odłożyłem na parę dni, a potem, bez zaglądania do magazynu, spróbowałem każdy temat rozwinąć do postaci pełnej, jaką miał przedtem, w dowolnych słowach o właściwym charakterze co przychodziły pod pióro. Potem porównałem mojego „Spektatora” z oryginałem, odkryłem niektóre z moich niedociągnięć i je poprawiłem. Zauważyłem niedobór w moim zasobie słów, bądź zdolności ich przywodzenia na myśl i użycia, co do czego pomyślałem, już bym taką wprawę był rozwinął, gdybym dalej pisał wierszem, jako że stale daje okazję do słów tej samej wagi a różnej długości, dla dopasowania miary, bądź tej samej wagi a różnych w brzmieniu, dla rymu, co by mnie przymusiło do ciągłego wyszukiwania rozmaitości, a utrwalało ją w umyśle i czyniło w niej sprawnym. Takoż wybrałem parę tekstów i zapisałem je rymem. Po jakimś czasie, jak już zapomniałem prozę dość dobrze, zmieniłem je z powrotem. Pomieszałem też niekiedy moje kolekcje wzmianek i po paru tygodniach próbowałem ułożyć w jak najlepszy porządek, zanim rozpisałem w zdania i dopełniłem do artykułu. Miało mnie to nauczyć metody w organizowaniu myśli. Porównując potem moje opracowanie z oryginałem, zdarzało się mi znajdować wiele wad i je naprawiać, ale zdarzało się mi też przyjemnie bawić myślą, iż względem niektórych szczegółów pomniejszego znaczenia miałem dość szczęścia metodę lub język usprawnić, a to zachęcało do myśli, iż mógłby ze mnie z czasem być znośny po angielsku autor, co do czego miałem olbrzymią ambicję.

Chętny doskonalić język, napotkałem na angielską gramatykę (myślę, Greenwooda), u której końca były dwa krótkie szkice literackie o sztukach, retoryki oraz logiki, a ten drugi kończył się próbką dysputy metodą sokratejską. Niedługo potem zdobyłem „O Sokratesie rzecz pamiętną”, autorstwa Ksenofonta, gdzie jest wiele przykładów tej samej metody. Urzekła mnie, przystałem na nią, porzuciłem moje nieokrzesane sprzeczności i argumenty drogą stwierdzenia, a przyjąłem postawę skromnego badacza i sceptyka. A będąc wtedy, po lekturze Shaftesbury’ego i Collinsa, rzeczywiście sceptykiem co do wielu punktów naszej religijnej nauki, poznałem się na tej metodzie jako najbezpieczniejszej dla mnie i bardzo kłopotliwej dla tych, przeciwko którym ją kierowałem; rozkoszowałem się w niej, ćwiczyłem stale i nabyłem znacznej wprawy we wciąganiu nawet ludzi o wiedzy wyższej niż moja, w ustępstwa o skutkach przez nich nieprzewidywanych, oplątując ich trudnościami z jakich się nie mieli jak wywikłać, a odnosząc zwycięstwa na które ja czy moje powody nie zawsze zasługiwały.

Uprawiałem tę metodę jakieś parę lat, ale potem po trochu od niej odszedłem, a zachowałem tylko zwyczaj wysławiania się w pojęciach skromnej nieokreśloności; wnosząc rzecz do dyskusji, nie używam słówek jak oczywiście, niewątpliwie, czy wielu tych innych, które dają opinii aurę stwierdzenia; wolę mówić, jak tę rzecz pojmuję lub widzę, na to mi wygląda, bądź też jak by wynikało, z takich to a takich powodów, tak sobie to wyobrażam, lub jest tak, o ile się nie mylę. Ten zwyczaj wierzę, przyniósł mi wiele korzyści gdy mi przychodziło krzewić swe opinie, a przekonywać ludzi do sposobów jakie bywałem angażowany promować.

A że głównym celem rozmowy jest udzielić informacji lub informację otrzymać, sprawić komuś przyjemność, czy kogoś przekonać, chciałbym aby ludzie rozsądni, o dobrych intencjach, nie umniejszali swej zdolności do czynienia dobra twierdzącą, taką co z góry zakłada manierą, bo ta rzadko zawodzi w budzeniu niechęci i oporu, niosąc porażkę każdemu z tych na rozum celów aby mowę mieć, to jest informacji bądź przyjemności. Ponieważ jeśli informujesz, stwierdzająca i dogmatyczna maniera w przekazywaniu odczuć może prowokować sprzeciw i odmawiać miejsca uczciwej rozwadze. Natomiast jeśli chcesz się poinformować i ulepszyć swą wiedzę za pomocą tej od innych ludzi, a w tym samym czasie wyrażasz się jak osoba stanowczo utwierdzona w obecnym zdaniu, rozsądni ludzie, którzy dysput nie kochają, zapewne pozostawią cię w niezmąconej niczym nieświadomości błędu. Bardzo rzadko jest nadzieja sprawić słuchaczom takim stylem przyjemność, czy też przekonać tych, których potrzebujesz po jednej z tobą stronie.

„Ludzi tak by uczyć, jakby nikt nie uczył,
Rzeczy nowej, jakby pamięci przywrócił;”

Internet Archive, repozytorium darmowych ilustracji i tekstów
■→Zapraszam do korzystania z materiałów na moim koncie.
Źródłowe | Source HTML: Mozilla Firefox 56.0; 80%.

US Constitution in Polish
Konstytucja USA po polsku

See this item inclusive of HTML
■→US Constitution in Polish, IA

Zobacz ten artykuł wraz z HTML
Konstytucja USA po polsku, IA

Czcionka Adobe Caslon Pro 14pt, rozstaw liter średnio +0.7 pt, kerning 1pt i więcej, akapit 8pt LEX (po łacinie ■→prawo, Perseusz); grubość linii 1; skalowalne 32×48 cali.
Font Adobe Caslon Pro 14pt, character spacing +0.7pt on average, kerning 1pt and above, indentation 8pt LEX (Latin for ■→law, Perseus); line height 1; scalable 32×48 inches.

Staję się staranniejszy w opisie podróży i taki też będę, pisząc o moim pierwszym w owym mieście pobycie, abyś mógł w myślach porównać niezwykłe początki oraz postać jaką się od tamtej pory stałem. Byłem wtedy w ubraniu roboczym — moje najlepsze miały przypłynąć brzegiem. Brudny z drogi, kieszenie napchane koszulkami i skarpetami; nie znałem ni duszy, ani nie wiedziałem gdzie szukać stancji. Zmęczony podróżą, wiosłem i brakiem odpoczynku, byłem bardzo głodny, a całą moją gotówką był holenderski dolar i szyling drobnymi. Te ostatnie dałem ludziom z łódki za przeprawę; z początku odmawiali, bo wiosłowałem, ale się uparłem: człowiek bywa bardziej szczodry kiedy ma mało pieniędzy, niż kiedy ma ich mnóstwo, może przez obawę iż by o nim myślano, że ma tylko mało.

Rozglądając się po ulicy, podszedłem aż do domu handlowego, gdzie napotkałem chłopca z chlebem. Niejeden już miałem do owej pory z chleba posiłek; wywiedziałem się skąd go ma i zaraz poszedłem do wskazanego piekarza, na ulicy Drugiej. Zapytałem o biskwit jaki mieliśmy w Bostonie, ale w Filadelfii najwyraźniej go nie robili. Zapytałem o chlebek za trzy pensy, ale takich też nie było, więc nie zważając na różnicę w wartości pieniądza, której i tak nie znałem, równie jak różnic w cenach czy nazwach pieczywa, poprosiłem o dowolny wypiek za trzy pensy. Dał mi trzy wielkie i puchate bułki. Zdziwiła mnie ta ilość, ale je wziąłem, a że nie miałem miejsca w kieszeniach, wsadziłem dwie bułki pod łokcie i poszedłem, trzecią sobie jedząc. Dalej w górę ulicy Rynkowej, aż do ulicy Czwartej, przeszedłem obok drzwi niejakiego pana Read, ojca mojej przyszłej żony; ona stała w drzwiach, zobaczyła mnie i pomyślała że był ze mnie, a na pewno rzeczywiście był, jak najdziwniejszy i najśmieszniejszy z widoków. Skręciłem potem w ulicę Kasztanową i podeszłem troszkę Orzechową, całą drogę jedząc bułkę, a krążąc tak dalej znalazłem się z powrotem na nabrzeżu Rynkowej, niedaleko łódki, gdzie podszedłem po łyk rzecznej wody. Dość nasycony jedną bułką, dałem dwie co mi zostały kobiecie z dzieckiem, która z nami przypłynęła i czekała teraz, żeby płynąć dalej.

Okazało się, drukarnia Keimera to stara rozklekotana prasa i jeden mały, wytarty zestaw angielskich czcionek, którego sam właśnie używał, komponując elegię o Aquila Rose, wspomnianym już bystrym młodym człowieku, świetnego charakteru, szanowanym w mieście, kanceliście Zgromadzenia i całkiem sobie poecie. Keimer też układał wiersze, ale niedbale. Nie dało się powiedzieć że je pisał, bo jego sposobem było układać czcionki od razu, z głowy; ponieważ nie było kopii, a tylko jedna para dużych i małych liter, i dało się spodziewać, że Elegia będzie wymagać ich wszystkich, nie było jak mu pomóc. Podjąłem się ustawić jego prasę (której nigdy przedtem nie używał i wcale się na niej nie znał), a obiecawszy przyjść i wydrukować elegię jak tylko będzie gotowa, wróciłem do Bradforda, który dał mi drobne zajęcie na tymczasem, a tam też zamieszkałem i jadłem. Po paru dniach Keimer przysłał po mnie, drukować elegię. Miał teraz następną parę czcionek oraz pamflet do przedruku i zadał mi do tego też się zabrać.

Obydwaj drukarze byli kiepsko przygotowani do zawodu. Bradford nie był od dzieciństwa przyuczany do fachu, a też oczytany był bardzo mało; natomiast Keimer, choć w miarę scholar, był raczej zecerem i nie znał się nic a nic na pracy przy prasie. Był jednym z ówczesnych francuskich profetyków i umiał sobie poczynać w duchu ich entuzjastycznej ekscytacji. Nie praktykował wtedy żadnej konkretnej religii, tylko od okazji po trochu ze wszystkiego; mało wiedział o świecie, a jak się później przekonałem, miał w sobie sporo z łobuza. Nie podobało mu się, że pracując u niego, mieszkam u Bradforda. Miał dom, ale bez mebli, nie mógł mi więc oferować kwatery; dostał jednak dla mnie miejsce u pana Read, wspomnianego już właściciela domu. Mój kufer i ubrania już przybyły, stąd miałem jak być dla oczu panny Read widokiem szacownym bardziej niż pierwszego razu, gdy mnie widziała na ulicy jedzącego bułkę.

Pod koniec kwietnia 1724 roku nadarzyła się okazja małą łódką do Bostonu. Wziąłem od Keimera wolne, niby na wizytę u przyjaciół. Gubernator dał mi do ojca pokaźny list, gdzie zawarł o mnie wiele rzeczy pochlebnych, mocno polecając projekt założenia przeze mnie biznesu w Filadelfii, jako rzecz co mi musi przynieść majątek. Na zatoce uderzyliśmy w mieliznę i nabawili się w łódce dziury; na szerokiej wodzie głośno się czubili i musieli prawie cały czas pompować, w czym odrobiłem swoje. Dotarliśmy jednak do Bostonu bezpiecznie, w jakieś dwa tygodnie.

Nie było mnie tam wtedy już jakieś siedem miesięcy, a przyjaciele nie mieli o mnie żadnych wieści, bo szwagier Holmes ani jeszcze nie wrócił, ani nie napisał. Moje nieoczekiwane pojawienie się zaskoczyło rodzinę, ale byli zadowoleni i witali mile, z wyjątkiem brata. Poszedłem do niego do drukarni: ubrany lepiej niż kiedykolwiek u niego na służbie, garnitur i elegancja od stóp po głowę, zegarek, a kieszeń uściełana gdzieś z pięcioma szterlingami srebrem. Przyjął mnie niezbyt otwarcie, obejrzał dokoła, i wrócił do pracy.

Czeladnicy byli ciekawi i pytali gdzie jestem, co to za region i jak się mi podoba. Bardzo chwaliłem Filadelfię i moje szczęśliwe w niej życie, mocno podkreślając, że chcę doń wrócić; a jak jeden zapytał o nasz pieniądz, wyjąłem z kieszeni garść srebra i rozpostarłem przed nimi dłoń, co było dla nich okazem rzadkości, bo w Bostonie mieli walutę papierową. Pokazałem im przy okazji swój zegarek, a na koniec (mój brat był dalej posępny i ponury) dałem im osiem pensów monetą na napitek i sobie poszedłem.

Ta moja wizyta skrajnie go obraziła. Jak matka przyszła do niego po jakimś czasie i mówiła o ugodzie między nami, że jej życzeniem było nas widzieć znów na dobrej stopie, abyśmy żyli w przyszłości jak bracia, powiedział, obraziłem go przed jego ludźmi tak, że nie umiałby mi nigdy zapomnieć, ani wybaczyć. W tym się jednak mylił.

Free e-books | Darmowe ibuki
Creative Commons

Podjąłem się dzielnie i żarliwie moralnego doskonalenia. Chciałem żyć nie popadając z własnej woli w moralny defekt; zwalczałem wszelką wadę do której skłonność naturalna, zwyczaj, lub towarzystwo by prowadziło. Jako że wiedziałem, bądź też myślałem że wiem co jest dobre a co złe, nie rozumiałem dlaczego bym nie mógł zawsze czynić jedno, a nie drugie. Szybko się jednak przekonałem, zadanie było trudniejsze niż moja o nim wyobraźnia. Podczas gdy byłem zaabsorbowany unikaniem jednego defektu, zaskakiwał mnie inny. Nawyk wykorzystywał nieuwagę. Skłonność bywała silniejsza od rozumu. Poniewczasie doszedłem do wniosku, iż zwykłe spekulatywne założenie, że w naszym interesie jest żyć zupełnie moralnie, nie wystarcza do ochrony przed potknięciami; należy przełamać sprzeczne nawyki oraz nabyć i utrwalić dobre, zanim człowiek może osiągnąć jakąkolwiek stałość w postępowaniu statecznym, spójnym i prawym. Obmyśliłem dla tego celu następującą metodę.

Spośród licznych wzmianek o moralnych walorach na jakie napotkałem w moich lekturach, wynalazłem dość obszerny katalog, jako że różni autorzy zawierali pod tą samą nazwą więcej lub mniej pojęć. Umiarkowanie, na przykład, bywało przez niektórych ograniczane do jedzenia i picia, podczas gdy inni obejmowali nim każdą przyjemność, apetyt, skłonność czy pasję, ciała bądź ducha, jak chciwość czy ambicja. Dla jasności zaprojektowałem sobie użyć więcej nazw a mniej skojarzonych pojęć, raczej niż parę tylko nazw, a z wieloma pojęciami; pod trzynastoma nazwami zalet zawarłem wszystko co mi wtedy wyglądało na potrzebne i godne, a dodałem do każdej krótkie prawidło czy też opis, by wyjaśnić w pełni zakres jaki każdemu z pojęć nadaję.

Nazwy zalet i ich prawidła były następujące:
1. UMIARKOWANIE. Nie jedz do ociężałości; nie pij alkoholu do stanu uniesienia.
2. MILCZENIE. Nie mów, chyba że korzystnie to wpływa na innych lub ciebie; unikaj próżnej mowy.
3. PORZĄDEK. Niech twoje rzeczy mają swoje miejsce, a każda część twojego biznesu swój czas.
4. STANOWCZOŚĆ. Wybieraj co robić powinieneś; bez uchybienia wykonuj swe decyzje.
5. OSZCZĘDNOŚĆ. Nie wydatkuj, chyba że dla dobra innych lub swojego, tj., niczego nie trać.
6. PRACOWITOŚĆ. Nie marnuj czasu; zawsze rób coś przydatnego, a odrzuć działania zbędne.
7. PROSTOLINIJNOŚĆ. Nie mijaj się z prawdą gdy to szkodzi; w myśleniu bądź prostoduszny, a jeśli mówisz, mów stosownie.
8. PRAWOŚĆ. Nie krzywdź nikogo, czy wyrządzając uraz, czy nie dopełniając obowiązku.
9. ROZWAGA. Unikaj skrajności. Nie oburzaj się o urazę bardziej, niż twym zdaniem na to zasługuje.
10. CZYSTOŚĆ. Nie toleruj brudu ciała, ubrania, czy mieszkania.
11. SPOKÓJ. Nie wzburzaj się o nieistotne drobiazgi bądź zwykłe lub nieuniknione przypadki.
12. CZYSTOŚĆ OBYCZAJÓW. Rzadko oddawaj się płciowości, tylko dla zdrowia lub potomstwa, nigdy do marazmu, osłabienia, czy szwanku na reputacji.
13. SKROMNOŚĆ. Wzoruj się na Jezusie i Sokratesie.

Miałem zamiar wprowadzić wszystkie owe zalety w swój zwyczaj, stąd pomyślałem, lepiej się nie rozpraszać na próbowanie wszystkich naraz, ale się skupić w danym czasie na jednej, a jak już ją opanuję, przejść do ćwiczenia następnej i tak dalej, aż się sprawię z wszystkimi trzynastoma. A ponieważ wprawa w jednej zalecie potrafi ułatwić nabycie niektórych dalszych, ułożyłem je sobie z tym na widoku, w kolejności jak tutaj. Jako pierwsze Umiarkowanie, bo jest zdatne przynosić ów chłodny i jasny osąd, tak potrzebny gdy dawny obyczaj nadal jest atrakcyjny i trzeba się odeń ciągle pilnować. Jak nabyć i utrwalić tę zaletę, Milczenie staje się łatwiejsze; a że było moim życzeniem w miarę kształtowania zalet nabywać także wiedzę, natomiast uważałem że w rozmowie zyskuje się wiedzę dzięki uszom raczej niż językowi, zechciałem takoż przełamać nawyk w jaki popadałem, oddawania się gadce, kalamburom i dowcipom, mile widziany tylko w lekkim towarzystwie, i dałem Milczeniu drugie miejsce. Spodziewałem się, Milczenie wraz z następnym w kolejności Porządkiem da mi więcej czasu na zajmowanie się projektami i nauką. Stanowczość, jak stałaby się już zwyczajem, twardo by mnie trzymała przy staraniach by osiągać dalsze zalety. Oszczędność i Pracowitość uwolniłyby mnie od pozostałego długu, a przynosząc zamożność i niezależność, uczyniłyby łatwiejszymi Prostolinijność oraz Prawość, i tak dalej. Zamyślając w zgodzie z poradą Pitagorasa w jego Złotych Wersach, iż codziennie by trzeba rzecz przepatrywać, obmyśliłem następującą metodę dla dokonywania oceny.

Mój mały notatnik miał za motto te oto wersy z Kato Addisona:
„Tu zostaję. Jeśli jest Stwórca nad nami
(A że jest, świadczy głośno natura
Jej pracami), to cieszy Go walor;
Kto Jego cieszy, zaznaje szczęścia”.

Kolejne z Cycerona,
„O, wieść życie filozofa! Waloru dociekać, przeciwstawić się wadzie! Pewnego dnia, dobrym a mądrością wiedzionym czynem, nieśmiertelność stanie ponad przewiną”.

Inne z Przysłów Salomona, które mówi o mądrości czy zalecie:
„Dni ma ona wiele w dłoni prawej, w lewej ma bogactwo i honor. Jej drogi są tymi przyjemności, a ścieżki jej wszystkie to ścieżki spokoju”. iii 16, 17.

A uważając, że Bóg musi być źródłem mądrości, uznałem za stosowne prosić o jego pomoc w mądrości zdobywaniu; dla tego celu napisałem krótką modlitwę, którą trzymałem z moimi tabelkami, dla codziennego użytku.

„O potężna Dobroci! Obfitości Ojcze! Miłosierny Przewodniku! Wspomóż we mnie mądrość co wskaże me prawdziwe dobro. Daj zamysłowi siłę wedle tej mądrości działać. Przyjmij me dobre uczynki dla innych Twych dzieci, jako jedyną w mej mocy wzajemność za Twe stałe sprzyjanie”.

Czasem używałem krótkiej modlitwy wziętej spośród poematów Thomsona, mianowicie:
„Światła i życia Ojcze, Najwyższe ty Dobro!
Nauczaj mnie dobra, nauczaj mnie o Tobie!
Od głupoty, próżności i zła mnie uchowaj,
Od dążeń podłych; a moją duszę wypełnij
Wiedzą, spokojem myśli i walorem czystym;
Niegasnącą i świętą, błogością prawdziwą!”

Zaznaczę tu, mój plan nie pozbywał się wiary, ale też nie zawierał wyznaczników żadnego poszczególnego wyznania. Unikałem ich celowo, przekonany że moja metoda jest użyteczna i świetna, stąd może się przydać ludziom wszelkich religii; zamierzając ją o tym czy innym czasie opublikować, nie chciałem w niej niczego odstręczającego, dla kogokolwiek, jakiegokolwiek wyznania. Zamyślałem napisać do każdej zalety krótki komentarz, ze wskazaniem korzyści z posiadania danej zalety oraz szkody płynącej z pogrążania się w przeciwstawnej wadzie, natomiast książkę nazwałem SZTUKA WALORU, ponieważ miała podsuwać środki i sposoby na osiąganie waloru, co różniłoby ją od zwykłego napominania by być dobrym człowiekiem, które nie nazywa ani nie instruuje w zakresie środków, a jest jak ów darczyńca słów u apostoła, co głodnym ludziom bez odzienia nie doradza, gdzie by mogli ubranie i posiłek dostać, ale wzywa jedynie, aby byli nakarmieni i odziani (Jakub II 15, 16).

Notka. Nic nie daje lepszej szansy na powodzenie niż walor.

Internet Archive, repozytorium darmowych ilustracji i tekstów
■→Zapraszam do korzystania z materiałów na moim koncie.
Źródłowe | Source HTML: Mozilla Firefox 56.0; 80%.

US Constitution, American English as today
Konstytucja USA, dzisiejszy angielski

See this item inclusive of HTML
■→Constitution, modern American, IA

Zobacz ten artykuł wraz z HTML
Konstytucja, dzisiejszy angielski, IA

Font Adobe Caslon Pro 14pt, character spacing +0.7pt on average, kerning 1pt and above, indentation 8pt LEX (Latin for ■→law, Perseus); line height 1; scalable 32×48 inches.
Czcionka Adobe Caslon Pro 14pt, rozstaw liter średnio +0.7 pt, kerning 1pt i więcej, akapit 8pt LEX (po łacinie ■→prawo, Perseusz); grubość linii 1; skalowalne 32×48 cali.

Obserwacje z mojej lektury historii, w bibliotece, 19 maja 1731.
„Wielkie sprawy świata, wojny, rewolucje itp., są przeprowadzane drogą aliansu, dla wpływu na przebieg”.
„Punkt widzenia aliansu to jego obecny interes bądź to, co jako ów interes postrzega”.
„Różnice poglądów wewnątrz aliansu to źródło wszelkiego zamętu”.
„Gdy alians dąży do wspólnego celu, każdy w nim człowiek ma na oku swój prywatny interes”.
„Kiedy alians osiągnie wspólny cel, każdy jego członek angażuje się w swój interes szczegółowy; to zagraża innym, dzieli alians na frakcje i daje okazję do jeszcze większego zamętu”.
„Niewielu tylko ludzi działa publicznie zwyczajnie ze względu na dobro swego kraju, do czegokolwiek wszyscy pretendują; a nawet gdy ich działanie naprawdę przynosi krajowi dobro, uważają interes własny za łączny z krajowym i nie mają dobrowolności za zasadę w działaniu”.
„Jeszcze mniej jest w życiu publicznym ludzi dbających o dobro ludzkości”.
„Obecny czas zdaje się nieść wielką okazję dla utworzenia Zjednoczonego Aliansu dla Waloru, który by łączył ludzi uczciwych i dobrych z wszelkich narodów w jedno trwałe gremium na stosownych, dobrych i mądrych zasadach, wedle których ludzie dobrzy i kompetentni prawdopodobnie łatwiej by osiągali porozumienie niż ludność ogółem na prawach powszechnych”.
„Myślę teraz, ktokolwiek się tego podejmie, a ma po temu umiejętność, sprawi przyjemność Bogu, a sam odniesie sukces. B. F”.

Obracając ten projekt w umyśle jako coś na czas późniejszy, kiedy okoliczności nadarzałyby dość potrzebnego wolnego czasu, niekiedy na skrawkach papieru zapisywałem, co mi względem na myśl przychodziło. Większość tych skrawków zgubiłem; znalazłem jednak taki z podstawami zamierzanego credo, które myślę, ujmuje istotę każdej znanej religii, a jest wolne od wszystkiego, co mogłoby szokować wyznawców religii istniejących. Rzecz jest wyrażona w następujących słowach, mianowicie:
„Jest jeden Bóg, który wszystko stworzył”.
„Ma On nad światem moc nadrzędną, poprzez Opatrzność”.
„Powinien być poważany w adoracjach, modlitwie, oraz dziękczynieniu”.
„Najlepszą usługą gwoli Boga jest czynienie dobra dla człowieka”.
„Dusza jest nieśmiertelna”. „Bóg na pewno nagrodzi cnotę i ukarze zło, bądź tu na Ziemi, albo po życiu”.

Następnego poranka rozplanowaliśmy i oznaczyli w terenie fort; obwód mierzył czterysta pięćdziesiąt pięć stóp, co wymagało takowej długości palisady z drewna, bale jeden obok drugiego, w przekroju na jedną stopę. Zaraz do ścinania drzew poszły w ruch nasze siekiery, a tych mieliśmy siedemdziesiąt; nasi mężczyźni byli sprawni i zrobili wielki skład drewna. Widząc jak szybko drzewa padają, spojrzałem z ciekawości na zegarek, kiedy dwóch zaczęło rąbać sosnę. Mieli ją na ziemi w sześć minut, a sprawdziłem, miała w przekroju czternaście cali. Z każdej sosny były trzy belki na osiemnaście stóp wysokości, zaostrzone przy szczycie. W tym samym czasie inni kopali dokoła rów, głęboki na trzy stopy, żeby palisadę postawić, a z wozów zrobiliśmy dwukółki, zdjęli nadwozia i wyjęli bolce między przednimi a tylnymi kołami; dziesięć takich wózków po dwa konie przywoziło bale z lasu na miejsce. Kiedy wszystko już było ustawione, nasi cieśle zbudowali od wewnątrz wszędzie dokoła podest, wysoki na jakieś sześć stóp, gdzie ludzie mogliby stać i strzelać przez przezierniki. Mieliśmy jedno działko obrotowe i je ustawili w jednym z kątów, a wystrzelili zaraz jak stało, żeby Indianom dać znać, jeśli byli jacyś w zasięgu słuchu, że mamy taki sprzęt; a tak oto nasz fort (o ile się to dumne nazwanie stosuje do naszej skromnej blokady) został ukończony w tydzień, choć co drugi dzień padało tak mocno, że ludzie nie byli w stanie pracować.

Dało mi to okazję spostrzec, ludzie są zadowoleni jak mają zajęcie. Nasi byli w dobrym nastroju i weseli, w dni gdy pracowali: spędzali wieczór wesoło, świadomi dnia dobrej roboty; ale w dni bez pracy buntowali się i kłócili, widzieli wady w swojej wieprzowinie, chlebie i tak dalej, a stale mieli zły nastrój, co mi przypominało o kapitanie żeglugi, którego zasadą było trzymać swoich ludzi stale przy jakimś zajęciu, a jak mu kiedyś mat powiedział, wszystko zrobione i nie ma ich czym zająć, odparł, „A, niech wyszorują kotwicę”.

Takiego rodzaju fort, jakkolwiek marny, jest wystarczającą obroną przeciwko Indianom bez armaty. Uznając siebie teraz za ludzi na bezpiecznej pozycji, gdzie by się w miarę potrzeby wycofać, wybieraliśmy się raz po raz na wypady, szorować sobie po okolicy. Nie napotkaliśmy żadnych Indian, ale znaleźliśmy miejsca na sąsiednich wzgórzach, skąd nas z ukrycia obserwowali przy budowie fortu. Była w ich sposobie robienia takich miejsc obserwacyjnych pewna warta wspomnienia sztuka. Jako że była zima, potrzebowali ognia. Jednak zwykłe ognisko na powierzchni gruntu już na odległość zdradzałoby ich pozycję. Kopali takoż w ziemi dołki na jakieś trzy stopy szerokie, a nieco głębsze niż na trzy. Zobaczyliśmy gdzie w lesie rąbali toporkami drzewny węgiel, z powalonych kłód. Na tych węgielkach robili na dnie dołków małe ogniska, a pośród zarośli i trawy przyuważyliśmy odciski po ich ciałach, jak leżeli dokoła, zwiesiwszy nad dołkami nogi dla ogrzania stóp, co im było w ich sytuacji bardzo potrzebne. Taki rodzaj ogniska nie zdradzał ich ani światłem, ani płomieniem, iskrami, czy nawet dymem. Na wygląd nie było ich wielu i widzieli, że nas było za dużo na atak z jakimkolwiek prospektem na korzyść.

Naszym kapelanem był gorliwy prezbiterianin, pan Beatty, który skarżył się, że ogółem ludzie nie przychodzili na jego modły i adhortacje. Kiedy się zaciągali, obiecano im prócz płacy i prowiantów miarkę rumu dziennie, której im dostarczano punktualnie, połowę rano i drugą wieczorem, a oni byli równie punktualni go otrzymać, względem czego rzekłem do pana Beatty, „To pewnie poniżej godności pana profesji, być stewardem od rumu. Jednak gdyby to pan go rozdzielał, a tuż po modlitwach, to by się pana trzymali”. Spodobała mu się ta myśl, podjął się rangi i z pomocą paru ludzi odmierzał alkohol i go rozdzielał, a na modlitwy nigdy bardziej punktualnie i gromadnie nie uczęszczano; pomyślałem takoż, był to sposób lepszy niż kary nakładane niektórymi wojskowymi przepisami za nieobecność na duchowej posłudze.

Ledwo ów biznes ukończyłem i zaopatrzyłem mój fort dobrze w zapasy, kiedy dostałem list od gubernatora z wieścią iż zwołał Zgromadzenie i chce bym się stawił, o ile stan spraw na granicy nie wymaga mojej dalszej obecności. Przyjaciele ze Zgromadzenia też naciskali w listach abym, o ile to możliwe, był na spotkaniu, a że trzy zamierzone przeze mnie forty były ukończone, a mieszkańcy dość zadowoleni by pozostać pod taką ochroną na gospodarstwach, zdecydowałem się wrócić tym chętniej, że oficer z Nowej Anglii, pułkownik Clapham, doświadczony w wojnie indiańskiej, odwiedził nasze pozycje i zgodził się przyjąć dowództwo. Dałem mu mianowanie, oprowadziłem go po garnizonie i je ludziom odczytałem, przedstawiając go jako oficera bardziej zdatnego niż ja nimi dowodzić, dzięki wojskowym zdolnościom; a udzieliwszy im małego napomnienia, wyjechałem. Odeskortowali mnie do Betlejem, gdzie odpocząłem parę dni, zmęczony pracą w forcie. W dobrym łóżku ledwo mogłem pierwszej nocy spać, było tak inne od twardego posłania na podłodze naszego baraku w Gnaden, gdzie tylko się owijałem jednym lub dwoma kocami.

Free e-books | Darmowe ibuki
Creative Commons

Jak tylko zajęliśmy kwaterę zapewnioną przez pana Charles, poszedłem odwiedzić doktora Fothergill, któremu mnie mocno zarekomendowano, a jego porady w mojej sprawie mi polecono poszukać. Był przeciwny wnoszeniu skargi od razu przed władze rządowe i uważał, wpierw powinniśmy się zwrócić do posesjonatów osobiście, gdyż mogliby podejść do materii przyjaźnie, nakłonieni perswazją czy też wstawiennictwem niektórych bliskich przyjaciół. Czekałem wtedy na mojego starego przyjaciela i korespondenta pana Petera Collinson; ten mi powiedział, pan John Hanbury, wielki handlowiec z Wirginii, poprosił o informację o moim przybyciu, żeby mnie zabrać do Lorda Granville, wtedy przewodniczącego Rady, który chciał się ze mną zobaczyć najprędzej jak możliwe. Zgodziłem się z nim pojechać następnego poranka. Wedle tego, pan Hanbury posłał po mnie i zabrał powozem do owego szlachcica, a ten przyjął z wielką uprzejmością; natomiast po paru pytaniach odnośnie do obecnego stanu spraw w Ameryce i na ten temat rozmowy, powiedział, „Wy Amerykanie macie błędne pojęcie o naturze waszej konstytucji; podważacie instrukcje króla dla gubernatorów, jakoby nie były prawem, a dajecie sobie swobodę ich słuchać albo nie, wedle uznania. Te instrukcje nie są jak protokolarne wskazówki, które się wsuwa ministrowi do kieszeni przed wyjazdem za granicę, by się dobrze sprawował przy jakimś trywialnym punkcie ceremonii. Te instrukcje układają nasi sędziowie, uczeni w prawie; są rozważane, debatowane i jeśli poprawiane to w Radzie, po czym podpisuje je król. Stają się wtedy, odnośnie do was, prawem państwowym, gdyż król jest LEGISLATOREM KOLONII”. Powiedziałem jego lordowskiej mości, była to dla mnie doktryna nowa, a zawsze rozumiałem z naszych statutów, iż nam stanowi prawa nasze Zgromadzenie; w rzeczy samej przedstawia się je królowi do aprobaty, ale jak raz się zgodzi, król nie może ich obalać ani zmieniać. A ponieważ Zgromadzenia nie mogły ustanawiać trwałych praw bez jego zgody, tak samo on nie mógł bez zgody z ich strony. Zapewnił mnie, zupełnie się myliłem. Ja tak nie uważałem, a rozmowa z jego lordowską mością nieco mnie zaalarmowała co do odczuć dworu względem Ameryki. Jak tylko wróciłem na kwaterę, zapisałem co trzeba. Przypomniałem sobie, jakieś dwadzieścia lat przedtem minister proponował przed Parlamentem klauzulę, aby uczynić królewskie instrukcje prawem w koloniach, ale odrzuciła je Izba Gmin, za co ich uwielbialiśmy jako przyjaciół naszych oraz wolności ogółem, dopóki ich postępowanie w 1765 nie zrobiło wrażenia, że odmówili owego suwerennego tytułu królowi, bo chcieli go dla siebie.

Benjamin Franklin, Autobiografia
Standard Copyright | Standardowe prawo autorskie

Poczucie osobistego szczęścia, jak je brałem na rozum, sprawiło czasem że powiedziałem, jak by mi dano wybór, nie wahałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki co daje poprawić pewne wady pierwszej.
■→More | Więcej
PDF sample | Próbka PDF
■→Pages 2-55 | Strony 2-55
Entire PDF book | Cała książka PDF

■→Pages | Strony: 242, USD 2.99
E-pub Smashwords
■→$ 2.99

Published by Teresa Pelka

Linguist, specialized in American English and psycholinguistics; inventor of Language Mapping, a generative grammar method; author and translator.