AUTOBIOGRAPHY BY B. FRANKLIN | AUTOBIOGRAFIA B. FRANKLINA

Polski czytelnik może kojarzyć imię Benjamina Franklina z utworem “ŻYWOT WŁASNY”, nakładem PIW z roku 1960. Wydawnictwo opisało go jako mydlarza — którym nie był; nauczył się od ojca wytwarzać łojowe świeczki; handlarza niewolnikami — był jednym z najsłynniejszych abolicjonistów; oraz autora zakazanego przez papiestwo — Autobiografia nigdy nie była na indeksie (proszę zobaczyć INDEX LIBRORUM PROHIBITORUM).


Podczas lektury warto pamiętać, że pracownik kupiony nie musiał być niewolnikiem. Ludzie podróżowali do Ameryki na listach zobowiązujących podpisanych w Europie: na miejscu, osoba płacąca za podróż dostawała list i imigrant był prawnie zobowiązany odpracować koszt. Benjamin Franklin szkolił takich pracowników podczas swojej pracy u Keimera. Jeden był Irlandczykiem, a drugi Brytyjczykiem zbiegłym od rodziny i Oxfordu.

Kojarzenie Benjamina Franklina z kabałą czy militaryzmem prawdopodobnie odnosi się do Junto, klubu z lat jego młodości. Po hiszpańsku słówko znaczy razem czy ramię w ramię, a wymawia się je po angielsku (ento); junta jest słówkiem późniejszym, w wymowie (hunta). Klub Benjamina Franklina był klubem dyskusyjnym. Benjamin Franklin brał udział w organizowaniu obrony granic regionu przed Indianami, ale zawsze podkreślając, że nie miał po temu stosownych kwalifikacji.

Zwyczajowym tytułem wspomnień Benjamina Franklina w USA jest Autobiografia. Tłumaczenie tutaj uwzględnia jedynie tekst samego Benjamina Franklina, bez anegdot, opowiastek, czy komentarzy innych autorów. Oryginał nie zawiera , a tłumaczenie nie przynosi treści skandalicznych.

  • Benjamin Franklin ogólnikowo wspomina, że zdarzyło mu się spotkać kobietę niskiej konduity, na co jednak narzeka i jest jednym z jego 13 punktów moralnego doskonalenia tego nie robić;
  • Benjamin Franklin wspomagał siły królewskie przed wojną o niepodległość; okazuje to jednak, że amerykańska rewolucja nie była zwykłym buntem, a działaniem usprawiedliwionym błędami polityki brytyjskiej.

Przymiotnikiem, którym można by określić autora wspomnień, jest uczciwy.

*****

Drogi synu: zawsze lubiłem wynajdywać historyjki o moich przodkach. Może pamiętasz moje poszukiwania pośród pamiątek po krewnych, jak byłeś ze mną w Anglii, oraz podróż, którą dla tego celu podjąłem. Wyobrażam sobie, że i ty chciałbyś się zapoznać z moimi życiowymi okolicznościami, o których wiele ci jeszcze nie jest wiadome; a że spodziewam się, iż cały ten tydzień nieprzerwanego wypoczynku w moim obecnym wiejskim oddaleniu upłynie przyjemnie, siadam, aby je dla ciebie opisać. Mam po temu i inne zachęty. Wzniósłszy się ponad biedę i mrok, w których się urodziłem i wychowywałem, do stanu zamożnego i przy tym pewnej reputacji w świecie, a żyjąc dotąd życiem w znacznej mierze szczęśliwym, myślę, iż moi potomni mogą zechcieć poznać moje sposoby, które z błogosławieństwem bożym przyniosły dobry skutek, gdyż sposoby te mogą się okazać przydatne w ich własnych okolicznościach, a takoż warte naśladowania.

Moje poczucie osobistego szczęścia, jak się nad nim zastanawiałem, skłaniało mnie czasem do myśli, iż jak by mi dano wybór, nie sprzeciwiałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od jego początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki, która pozwala poprawić pewne wady pierwszej. Mógłbym wtedy nie tylko naprawić wady, ale i zmienić niektóre ponure przypadki i wydarzenia na takie bardziej przychylne. A nawet jak by mi tego nie dano, jednak bym się zdecydował. Jako że takiej powtórki nie należy się spodziewać, najbliższe ponownemu przeżywaniu własnego życia może być jego wspominanie w formie jak najtrwalszej, czyli pismem.

Uczynię też tutaj zadość tej skłonności tak naturalnej u ludzi starszych, aby mówić o sobie i swoich przeszłych działaniach; a zrobię to bez naprzykrzania się innym, ponieważ do słuchania mogliby się czuć zobowiązani szacunkiem dla wieku, a zapiski można sobie czytać albo nie, jak wola. Na koniec (co mogę równie dobrze przyznać, bo w zaprzeczanie i tak nikt nie uwierzy), może i dość zadowolę swoją własną próżność. W rzeczy samej z rzadka, ale słyszałem bądź widziałem słowa wstępu jak „Bez próżności mogę powiedzieć”, tyle że coś próżnego następowało zaraz potem. Większość ludzi nie lubi próżności u innych, jakąkolwiek sami w sobie mają, ale ja mam dla niej szczere uznanie, gdziekolwiek napotykam, bo mam przekonanie, iż często przynosi dobro swemu gospodarzowi, a też innym ludziom w sferze jego działań; takoż w wielu przypadkach nie byłoby to ogólnie absurdem, gdyby człowiek dziękował Bogu za swoją próżność, pomiędzy innymi zaletami życia.

$ 1.99
FORMAT ELEKTRONICZNY
STANDARDOWE PRAWA AUTORSKIE; PRACA W TOKU.

*****

W owym mniej więcej czasie wpadł mi w oko wolumin Spektatora, numer trzeci. Przedtem żadnego nie widziałem. Kupiłem go, czytałem raz i drugi, a delektowałem się nim bardzo. Styl pisania uznałem za świetny i chciałem się w miarę możliwości takiego nauczyć. Z tym na widoku wziąłem parę kartek, zanotowałem krótkie wzmianki o temacie, każdą w jednym zdaniu, odłożyłem na parę dni, a potem, bez zaglądania do magazynu, spróbowałem każdy temat rozwinąć do postaci pełnej, jaką miał przedtem, w dowolnych słowach o właściwym charakterze, jakie przychodziły pod pióro. Potem porównałem mojego „Spektatora” z oryginałem, odkryłem niektóre z moich niedociągnięć i je poprawiłem. Zauważyłem, że mi trzeba pewnego zasobu słów bądź zdolności przywodzenia ich na myśl i pożytkowania, co do czego myślałem, że już powinienem był taką wprawę nabyć dla pisania wierszem, gdyż daje ono stale okazję słowom tej samej wagi a różnej długości, dla dopasowania miary, bądź też różnych w brzmieniu, dla rymu, co mnie przymuszało do ciągłego wyszukiwania rozmaitości, a utrwalało ją w umyśle i czyniło w niej sprawnym. Takoż zacząłem wybierać tekst i zapisywać go wierszem, a po jakimś czasie, jak już zapomniałem prozę dość dobrze, zmieniałem go z powrotem. Czasem też mieszałem moje kolekcje wzmianek i po paru tygodniach próbowałem ułożyć w jak najlepszy porządek, po czym rozpisywałem w pełnie zdania i dopełniałem do artykułu. Miało mnie to nauczyć metody w organizowaniu myśli. Porównując potem moje prace z oryginałem, znajdowałem wady i je naprawiałem, jednak czasem miałem przyjemność w bawieniu się myślą, że względem niektórych szczegółów pomniejszego znaczenia miałem dość szczęścia metodę lub język usprawnić, a to podbudowywało we mnie myśl, że z czasem mógł być ze mnie znośny po angielsku autor, co do czego miałem olbrzymią ambicję.

*****

Miałem chęć doskonalić język; napotkałem na angielską gramatykę (myślę, że był to Greenwood), u której końca były dwa krótkie szkice literackie o sztukach, retoryki oraz logiki; ten drugi kończył się próbką dyskusji w stylu metody sokratejskiej. Niedługo potem zdobyłem Ksenofonta „Rzeczy pamiętne o Sokratesie”, gdzie jest wiele przykładów tej samej metody. Urzekła mnie, przybrałem ją, porzuciłem szorstkie sprzeczności i przekonywanie drogą stwierdzenia, a przyjąłem skromnego badacza i sceptyka. A byłem wtedy sceptykiem rzeczywiście, co do wielu punktów naszej religijnej nauki, przeczytawszy Shaftesbury’ego i Collinsa. Metoda dała mi się poznać jako najbezpieczniejsza dla mnie, a najbardziej kłopotliwa dla tych, na których ją stosowałem; rozkoszowałem się w niej, ćwiczyłem stale i nabyłem znacznej wprawy we wciąganiu ludzi, nawet o wiedzy wyższej niż moja, w ustępstwa o skutkach przez nich nie przewidywanych, oplątując ich trudnościami dla nich bez wyjścia, a odnosząc zwycięstwa, na które ja czy moje powody nie zawsze zasługiwały. Uprawiałem tę metodę jakieś parę lat, ale po trochu od niej odchodziłem, zachowując tylko zwyczaj wyrażania się w pojęciach skromnej nieokreśloności. Wnosząc rzecz do dyskusji, nie używam słów jak oczywiście, niewątpliwie, czy wielu tych innych, które dają opinii aurę twierdzenia; wolę mówić, jak tę rzecz pojmuję lub widzę, na to mi wygląda, bądź jak by wynikało, z takich to a takich powodów, tak sobie to wyobrażam, lub jest tak, o ile się nie mylę. Ten zwyczaj, jak wierzę, przyniósł mi wiele korzyści, gdy miałem okazję krzewić swoje opinie i przekonywać ludzi do sposobów, jakie bywałem zaangażowany promować. Jako że głównym celem rozmowy jest poinformować lub informację otrzymać, sprawić przyjemność czy przekonać, chciałbym, aby ludzie rozsądni, o dobrych intencjach, nie umniejszali swojej zdolności do czynienia dobra poprzez twierdzącą, taką, co z góry zakłada, manierę; bo ta rzadko zawodzi w budzeniu niechęci i oporu, czy przynoszeniu porażki każdemu z tych celów, na rozum, aby mowę mieć, to jest, informacji bądź przyjemności. Ponieważ jeśli informujesz, stwierdzająca i dogmatyczna maniera w przekazywaniu pojęć może prowokować opór i uniemożliwiać uczciwą rozwagę. A jeśli chcesz informacji i usprawnienia z zasobów wiedzy innych ludzi, a wyrażasz się w tym samym czasie jak osoba stanowczo utwierdzona w swoim obecnym zdaniu, rozsądni ludzie, którzy dysput nie kochają, zapewne pozostawią cię w niezmąconej niczym nieświadomości popełnianego przez ciebie błędu. Bardzo rzadko jest nadzieja sprawić słuchaczom taką manierą przyjemność, czy też przekonać tych, których potrzebujesz po jednej z tobą stronie. Jak rozsądnie mówi Pope:

Ludzi tak uczyć trzeba, jakby nikt nie nauczał,
Rzeczy nowych jak tych, co je pamięci przywrócić;

Dalej zaleca on:

Bo mówić, to dla pewności przybrać przypuszczenie.

A mógł tu połączyć wers, który z innym złączył, myślę, mniej stosownie:

Wszak to umiarkowania chęć jest sensu pragnieniem.

Gdybyś pytał, dlaczego mniej stosownie, muszę tu powtórzyć:

Gdyż nieumiarkowanych słów próżne jest bronienie,
Wszak to umiarkowania chęć jest sensu pragnieniem.

Czy pragnienie sensu (kiedy człowiek jest tak nieszczęsny, że mu brak) nie jest jakimiś usprawiedliwieniem dla chęci umiarkowania? A czy nie byłoby lepiej, gdyby tak ułożyć?

Nieumiarkowanych słów to jedno jest bronienie,
Gdy umiarkowania chęć jest sensu pragnieniem
.

Poddałbym to jednak lepszemu osądowi.

*****

Poszedłem do Andrew Bradforda, drukarza. Spotkałem tam jego ojca, owego znajomego z Nowego Jorku. Podróżując konno, dotarł do Filadelfii przede mną. Przedstawił mnie swojemu synowi, który przyjął mnie uprzejmie, dał mi śniadanie, ale powiedział, że obecnie nie potrzebuje pomocy, bo właśnie kogoś znalazł. Był jednak w mieście nowy drukarz, niejaki Keimer, i może była szansa, że mi da pracę. Jeśli nie, zapraszał na stancję u siebie; dawałby mi drobne prace od czasu do czasu, póki nie byłoby lepszego interesu.

Starszy dżentelmen powiedział, że pójdzie ze mną do owego drukarza, a jak go znaleźliśmy, rzekł, „Sąsiedzie, przyprowadziłem ci młodego człowieka po fachu, może takiego zechcesz”. Ten zadał mi parę pytań, dał w ręce wierszownik, żeby zobaczyć moją sprawność, i powiedział, że niedługo mnie zatrudni, chociaż akurat wtedy nie miał dla mnie nic do roboty. Bradforda też nigdy przedtem nie widział. Zaczął z nim rozmowę, mając go po prostu za jednego z ludzi dobrej woli z tego samego miasta; mówił o swoich aktualnych przedsięwzięciach i projektach, a Bradford nie ujawniał, że był ojcem jedynego innego w mieście drukarza. Kiedy Keimer powiedział, że się wkrótce spodziewa objąć większą część rynku, Bradford zaczął mu zadawać zręczne pytania i podnosząc drobne wątpliwości, dociekał poglądów, zaufania w biznesie oraz sposobu, żeby interes prowadzić dalej. Ja stałem nieopodal i wszystko słyszałem. Zaraz się zorientowałem, że jeden był zręcznym starym wygą, a drugi zwykłym nowicjuszem. Bradford zostawił mnie z Keimerem, który bardzo się zdziwił, kiedy mu powiedziałem, kim był ów starszy mężczyzna.

Jak się okazało, drukarnia Keimera składała się ze starej rozklekotanej prasy i jednego małego, wytartego zestawu angielskich czcionek, którego właśnie sam używał, komponując elegię o Aquila Rose, owym wspomnianym przedtem bystrym młodym człowieku, o dużym poszanowaniu w mieście, kanceliście Zgromadzenia i całkiem sobie poecie. Keimer też układał wiersze, ale całkiem inaczej. Nie dało się powiedzieć, że je zapisywał, bo jego sposobem było układać czcionki od razu, z głowy. Jako że nie było kopii tekstu, a była tylko jedna para dużych i małych liter i dało się spodziewać, że elegia będzie wymagała wszystkich, nie było jak mu pomóc. Podjąłem się ustawić jego prasę (której nigdy przedtem nie używał i na której wcale się nie znał), a obiecawszy przyjść i wydrukować jego elegię jak tylko będzie gotowa, wróciłem do Bradforda. Ten dał mi drobne zajęcie na tymczasem, u niego też zamieszkałem i jadłem. Po paru dniach Keimer przysłał po mnie, żeby drukować elegię. Miał teraz następną parę czcionek oraz pamflet do przedruku i powiedział, żebym się też do tego zabrał.

Obydwaj drukarze byli kiepsko przygotowani do zawodu. Bradforda do fachu nie wychowywano i był bardzo mało oczytany. A Keimer, chociaż w miarę scholar, był raczej twórcą i nie znał się nic a nic na drukarskiej prasie. Był jednym z francuskich profetystów i umiał udawać ich entuzjastyczną ekscytację, lecz nie praktykował w owym czasie żadnej konkretnej religii, tylko od okazji po trochu z wszystkiego; mało wiedział o świecie i miał w sobie sporo z łobuza, jak się przekonałem później. Nie podobało mu się, że pracując u niego, mieszkam u Bradforda. Miał dom, ale bez mebli, nie mógł mi więc oferować kwatery, dostał jednak dla mnie miejsce u pana Read, o którym już wspomniałem, że miał własny dom. Mój kufer i ubrania do owej pory przybyły, moja powierzchowność mogła się więc stać dla oczu panny Read szacowna bardziej niż pierwszego razu, kiedy mnie widziała na ulicy jedzącego bułkę.

Zacząłem zawierać w mieście znajomości z młodymi ludźmi o zamiłowaniu do czytania i przyjemnie spędzałem z nimi wieczory, biorąc pieniądze z fachu i oszczędności. Żyło mi się bardzo znośnie; jak mogłem, nie pamiętałem o Bostonie, a nie chciałem, żeby miejsce mojego pobytu było tam wiadome komukolwiek, z wyjątkiem mojego przyjaciela Collinsa. Znał mój sekret i go dotrzymywał, a ja do niego pisałem. Pewien przypadek posłał mnie jednak z powrotem znacznie wcześniej, niż mogłem przewidywać. Miałem szwagra, Roberta Holmesa, kapitana łódki kursującej między Bostonem a Delaware. Był swego czasu w Newcastle, czterdzieści mil pod Filadelfią, i tam o mnie usłyszał. Napisał mi o przyjaciołach w Bostonie, jak się zmartwili moim nagłym wyjazdem, a zapewniał, że mają co do mnie dobre intencje i wszystko byłoby wedle mojego gustu, gdybym wrócił, o czym zapewniał z serca. Odpisałem i podziękowałem za poradę, wyłożyłem jednak w pełni swoje powody do opuszczenia Bostonu, a naświetliłem sprawę w chęci przekonania go, że nie było to takim błędem, jak uważał.

Kiedy moja odpowiedź przyszła do Newcastle, przebywał tam gubernator regionu Sir William Keith i tak się zdarzyło, że kapitan Holmes był w jego towarzystwie, dostając ją na rękę. Opowiedział o mnie i pokazał list. Gubernator przeczytał, a zdziwił się, usłyszawszy ile mam lat. Powiedział, że list mu wskazuje na obiecującego młodego człowieka i powinienem mieć zachętę; drukarze w Filadelfii byli marni, a gdybym ja tam założył biznes, niezawodnie odniósłbym sukces; on ze swojej strony dałby mi zlecenia państwowe i służył wszelką po temu przysługą. Mój szwagier powiedział mi to dopiero potem, w Bostonie; na razie nic o tym nie wiedziałem. Pewnego dnia pracowałem z Keimerem przy oknie i zobaczyłem gubernatora z innym dżentelmenem (okazał się on być pułkownikiem French z Newcastle), dobrze ubranych, jak idą przez ulicę wprost do naszego budynku, a zaraz usłyszeliśmy ich przy drzwiach.

Keimer natychmiast zbiegł na dół, myśląc, że to do niego, ale gubernator zapytał o mnie, wszedł na górę i rozpoczął od sprawienia mi wielu komplementów z protekcjonalną uprzejmością, do jakiej nie byłem nawykły. Chciał mnie poznać; winił w łagodnym tonie, iż nie dałem o sobie znać zaraz po przybyciu, a zapraszał do tawerny, gdzie właśnie szedł razem z pułkownikiem French, jak powiedział, próbować doskonałej madery. Byłem bardziej niż trochę zdziwiony, natomiast Keimer stał jak struty wieprzek. Poszedłem jednak z gubernatorem i pułkownikiem do tawerny, na rogu ulicy Trzeciej, gdzie nad maderą zaproponował mi ustawienie biznesu. Wyłożył mi szanse na sukces, a do tego zarówno on jak pułkownik French zapewniali, że ich interesy i wpływy pomogą mi dostać rządowe zamówienia obydwu administracji. Wyraziłem wątpliwość, czy mój ojciec by mi w tym pomógł. Sir William powiedział, że da mi do niego list wyjaśniający korzyści; on nie wątpił, że mojego ojca przekona. Postanowiono więc, że mam wracać do Bostonu pierwszą łodzią, z listem od gubernatora polecającym sprawę mojemu ojcu. W międzyczasie zamiar miał pozostawać w tajemnicy. Pracowałem u Keimera jak zwykle, a gubernator przysyłał po mnie od czasu do czasu z zaproszeniem na obiad, o czym myślałem jak o przywileju, a w rosmowie był tak wyrobiony, przystępny i przyjazny, jak się sobie dało wyobrazić.

Okazja do Bostonu nadarzyła się pod koniec kwietnia 1724 roku, małą łódką. Wziąłem od Keimera wolne, mówiąc, że się wybieram zobaczyć z przyjaciółmi. Gubernator dał mi do ojca pokaźny list: chwalił mnie w wielu słowach i mocno polecał projekt założenia przeze mnie biznesu w Filadelfii; było to coś, napisał, co musi przynieść fortunę. Na zatoce trafiliśmy na mieliznę i nabawili się w łódce dziury; głośno się czubiliśmy na szerokiej wodzie i musieli prawie cały czas pompować, w czym odrobiłem swoje. Jednak dotarliśmy do Bostonu bezpiecznie, w jakieś dwa tygodnie. Moja nieobecność trwała już wtedy około siedmiu miesięcy, a przyjaciele nie mieli o mnie żadnych wieści, bo szwagier Holmes ani jeszcze nie wrócił, ani nie napisał. Moje nieoczekiwane pojawienie się było dla rodziny niespodzianką, ale byli zadowoleni i witali mile, z wyjątkiem brata. Poszedłem do niego do drukarni. Ubrany lepiej niż kiedykolwiek na służbie u niego: elegancki komplet od stóp po głowę, zegarek i jakieś pięć funtów szterlingów srebrem w kieszeniach. Przyjął mnie niezbyt otwarcie, obejrzał, i wrócił do pracy.

*****

Ówczesny gubernator Nowego Jorku, Burnet (syn biskupa Burneta), usłyszawszy od kapitana że młody człowiek, jeden z jego pasażerów w podróży, miał bardzo wiele książek, zechciał się ze mną zobaczyć. Przyszedłem tam wedle jego życzenia, a byłbym zabrał ze sobą Collinsa, ale nie był trzeźwy. Gubernator potraktował mnie z wielką uprzejmością, pokazał swoją bibliotekę, która była bardzo duża, i dość długo rozmawialiśmy o książkach i autorach. Był to drugi gubernator honorujący mnie swoim uznaniem, co chłopcu ubogiemu jak ja sprawiało wielką przyjemność.

Popłynęliśmy dalej do Filadelfii. Po drodze otrzymałem pieniądze od Vernona, bez których trudno by nam było dotrzeć do celu podróży. Collins chciał znaleźć pracę w księgowości, jednak czy wykrywali jego zaglądanie do kieliszka po oddechu, czy po zachowaniu, chociaż miał jakieś rekomendacje, nie odnosił w swoich zgłoszeniach do pracy żadnego sukcesu, a mieszkał i się stołował w tym samym domu co ja, i to na mój koszt. Wiedząc, że mam pieniądze od Vernona, ciągle ode mnie pożyczał, obiecując zwrot wraz z powrotem do biznesu. Z biegiem czasu tyle ode mnie wyciągnął, że martwiła mnie myśl, co zrobić, jak przyjdzie je wpłacić.

Jego picie trwało, o co się czasem kłóciliśmy, bo pod małym nawet wpływem alkoholu stawał się bardzo zrzędliwy. Kiedyś na Delaware, w łódce z innymi młodymi mężczyznami, odmówił swojej rundki wiosłowania. „Wiosłujcie, chcę wrócić do domu”, powiedział. „Nie będziemy dla ciebie wiosłować”, powiedziałem ja. „Musicie; albo zostaniecie całą noc na wodzie”. Wtedy odezwali się inni: „Powiosłujmy, cóż to za różnica”? Dał mi już jednak parę innych powodów do zgorzknienia i dalej odmawiałem. Poprzysiągł, że mnie do wiosłowania doprowadzi, albo wyrzuci za burtę. Jak do mnie podszedł, stąpając po ławeczkach, schwyciłem go pochylonego pod biodro i unosząc się, wyrzuciłem głową w rzekę. Wiedziałem, że był dobrym pływakiem, więc się nie martwiłem. Zanim nawet mógł się obrócić i chwycić za burtę, paroma uderzeniami wioseł popchnęliśmy łódkę poza jego zasięg, i tak za każdym razem, kiedy mu się udawało zbliżyć: pytaliśmy, czy będzie wiosłować i odpychaliśmy łódkę. Gotów był umrzeć ze złości i uparcie odmawiał. Dopiero gdy zobaczyliśmy, że się zaczyna męczyć, podciągnęliśmy go i wzięli okapującego wodą do domu, wieczorem. Rzadko kiedy padło między nami potem uprzejme słowo, a kapitan do Indii Zachodnich, który miał zadanie znaleźć guwernera dla synów dżentelmena na Barbados, spotkawszy go przypadkiem, zgodził się zabrać. Zostawiając mnie wtedy, obiecywał przesłać pierwsze zarobione pieniądze na poczet swojego długu, ale nigdy potem nie miałem od niego wiadomości.

Naruszenie pieniędzy Vernona było pierwszym wielkim błędem w moim życiu, a sprawa pokazała, iż ojciec niewiele się mylił w swoim przekonaniu, że do prowadzenia poważnego biznesu byłem jeszcze za młody. Jednak Sir William przeczytał jego list i stwierdził, że ojciec był zbyt ostrożny — ludzie są bardzo różni; rozwaga nie zawsze towarzyszy wiekowi, a młodość nie musi być rozwagi pozbawiona. „Jako że on ci nie pomoże założyć biznesu”, powiedział, „ja sam to zrobię. Zrób mi listę rzeczy do sprowadzenia z Anglii, a ja po nie poślę. Zapłacisz mi, jak będziesz w stanie. Jestem zdecydowany mieć tu dobrego drukarza i jestem pewien, że odniesiesz sukces”. Powiedział to w tak serdecznym tonie, że nie miałem najmniejszej wątpliwości co do jego intencji. Nie powiedziałem do owego czasu nikomu w Filadelfii o jego propozycji założenia biznesu i dalej tak pozostawało. Gdyby było wiadomo, że zaufałem gubernatorowi, pewnie jakiś przyjaciel, znając go lepiej, poradziłby mi na nim nie polegać. Słyszałem później, znano go ze swobodnego dawania obietnic bez zamiaru ich spełnienia. Nie ubiegałem się jednak nigdy o jego uwagę: jak miałem podejrzewać, że jego bogata oferta nie była szczera? Miałem go za jednego z najlepszych ludzi na świecie.

Przedstawiłem mu wykaz potrzeb małej drukarni, w moich obliczeniach na mniej więcej sto funtów szterlingów. Spodobał mu się, ale zapytał, czy nie byłoby moim zdaniem korzystnie wybrać się na miejsce, do Anglii, i samemu dobierać czcionki oraz dopilnować, żeby wszystko było dobrej jakości. „Wtedy”, mówi, „na miejscu, mógłbyś zawrzeć znajomości i nawiązać korespondencję w księgarstwie oraz artykułach pisarskich”. Zgodziłem się, że mogło to mieć zalety. „W takim razie”, mówi, „szykuj się do drogi z Annis”. Był to coroczny liniowiec, jedyny w owej porze roku między Londynem a Filadelfią. Do wypłynięcia było jednak jeszcze parę miesięcy, pracowałem więc nadal z Keimerem, trapiąc się o pieniądze, które wyciągnął ode mnie Collins i codziennie obawiając, że nadejdą dyspozycje od Vernona, co jednak się nie stało przez parę kolejnych lat.

Wygląda na to, że pominąłem w mojej opowieści o pierwszej podróży z Bostonu, że podczas ciszy koło Block Island ludzie zaczęli łapać dorsza i sporo go sobie z wody wyciągnęli. Do tamtej pory trzymałem się swojego postanowienia, żeby nie jeść produktów pochodzenia zwierzęcego i wtedy przy Block Island, zgodnie z moim mistrzem Tryonem, miałem zabicie każdej ryby za niesprowokowane morderstwo, jako że żadna nie miała nas jak skrzywdzić, co mogłoby usprawiedliwiać rzeź. Wyglądałem sobie na bardzo rozumnego, jednak uprzednio byłem wielkim miłośnikiem rybnych dań i świeżo z patelni pachniały mi cudownie. Wahałem się jakiś czas między zasadą a skłonnością, dopóki sobie nie przypomniałem, że jak dorsza otworzyć, z żołądka da się wyjąć mniejsze ryby. Pomyślałem wtedy, „Jeżeli wy jedna drugą zjadacie, nie rozumiem, dlaczego by nie jeść was”. Zjadłem więc sowity posiłek z dorsza i od tamtej pory jadałem od okazji, czasem tylko wracając do diety warzywnej. Dogodnym jest, być istotą rozumną, jako że wtedy może człowiek znaleźć bądź i wynaleźć powód dla wszystkiego, co ma umysł robić.

Żyliśmy z Keimerem na dość przyjaznej stopie i w miarę się zgadzaliśmy, przy czym on nie podejrzewał nic z moich planów na własny biznes. Dalej miał w sobie sporo starego entuzjazmu i uwielbiał argumentować. Odbyliśmy więc wiele dyskusji. Zwykłem używać na nim mojej sokratejskiej metody oraz kruczków jak pytania pozornie odległe od tematu, do którego wracając stopniowo, przyprawiałem go o zamęt i sprzeczność tak, że stał się zabawnie ostrożny i rzadko odpowiadał na najprostsze pytanie bez zastrzeżenia: „Co zamierzasz z tego wywodzić”? Dało mu to wysokie wyobrażenie o moich umiejętnościach, lecz na sposób mylny, gdyż mi na poważnie zaproponował partnerstwo w projekcie założenia nowej sekty. On by wykładał doktryny, a ja bym mieszał szyki oponentom. Kiedy zaczął swoje doktryny wyjaśniać, okazało się, że jest w nich parę pytań bez prawdziwej odpowiedzi, czemu się sprzeciwiłem, chyba że mógłbym się sam trochę przyłożyć i wprowadzić parę swoich nauk.

Keimer nosił brodę pełnej długości, ponieważ gdzieś w prawie islamskim mówią, „Nie będziesz przycinać brzegów swojej brody”. Takoż zachowywał Siódmy Dzień, szabas, a te dwie sprawy były dla niego wagi absolutnej. Ja nie lubiłem obydwu kwestii, ale się zgodziłem na ich przyjęcie pod warunkiem, że on uzna zakaz pożywienia pochodzenia zwierzęcego. „Wątpię”, mówi, „moje zdrowie by tego nie zniosło”. Zapewniłem go, iż by zniosło, i to jak najlepiej. Był regularnym żarłokiem i obiecywałem sobie nieco zabawy po wyposzczeniu go. Zgodził się spróbować mojego żywienia, o ile bym mu w tym dotrzymywał towarzystwa. Tak uczyniłem i wytrwaliśmy trzy miesiące. Wiktuały przygotowywała nam i przynosiła kobieta z sąsiedztwa. Dałem jej listę czterdziestu dań na różne pory i okazje, z których żadne nie zawierało ryby, mięsa, czy ptactwa, a tym bardziej podobał mi się kaprys, że był tani: nie więcej niż osiemnaście pensów szterlingów na tydzień. Lepiej mi się od tamtej pory udało dotrzymać paru Wielkich Postów, rzucając codzienne żywienie bez najmniejszej trudności, a potem łatwo do niego wracając; myślę, jest coś w poradzie, aby zmian dokonywać łatwymi krokami. Mnie dieta przychodziła z przyjemnością, ale biedny Keimer cierpiał straszliwie, a zmęczony projektem, stęsknił się do egipskiego kąska i zamówił pieczoną wieprzowinę. Zaprosił mnie i dwie przyjaciółki na wspólny obiad, ale że za wcześnie dostarczono danie na stół, nie oparł się pokusie i zjadł wszystko sam, zanim przyszliśmy.

*****

Moimi najlepszymi znajomymi owego czasu byli Charles Osborne, Jospeh Watson, oraz James Ralph, miłośnicy czytania. Dwóch pierwszych było biuralistami znamienitego skryptora i notariusza Charlesa Brogdena; Ralph pracował w biurze handlowca. Watson był pobożnym i rozsądnym młodym człowiekiem o wielkiej spójności charakteru; pozostali dway byli bardziej ustępliwi w zasadach religii, szczególnie Ralph; przysparzałem mu wątpliwości, tak samo Collinsowi, za co od obydwu odcierpiałem. Osborne był rozsądny, zacny, otwarty i uczuciowy wobec przyjaciół, ale w sprawach literackich był krytykant. Ralph był inteligentny, delikatny w manierach i niesamowicie elokwentny; myślę, że lepszego mówcy nigdy nie spotkałem. Zarówno Osborne jak Ralph podziwiali poezję i próbowali w niej sił. Niejeden miły spacer odbyliśmy we czwórkę w niedzielę po lesie przy Schuylkill, gdzie wzajem sobie odczytywaliśmy, albo omawiali lekturę.

Ralph chciał studiować poezję. Nie wątpił, że mógł się w niej stać wybitny i na niej zarabiać; mniemał, że najlepsi poeci musieli popełnić tyle samo błędów co on, zaczynając pisać. Osborne go od tego odwodził; zapewniał Ralpha, że nie ma zmysłu do poezji i radził mu nie myśleć o niczym ponad ten biznes, w którym go wychowano, to jest handel. Chociaż nie miał towarów, był osobą pracowitą i punktualną; zalety te byłyby jego rekomendacją do zatrudnienia w pośrednictwie, a z czasem wypracowałby środki potrzebne do działalności samodzielnej. Ja sam popierałem zabawianie się poezją od czasu do czasu, aby doskonalić językowe umiejętności, ale nie dalej.

Względem doskonalenia zaproponowano kiedyś, że przy następnym spotkaniu każdy przyniesie własną językową kompozycję; poprawialibyśmy się wzajem, dzieląc obserwacjami, krytyką i korektą. Jako że chodziło nam o język i ekspresję, wykluczyliśmy wszelkie motywy twórcze i zgodziliśmy się napisać wersje psalmu osiemnastego, który opisuje zstąpienie bóstwa. Kiedy zbliżał się czas spotkania, zajrzał do mnie Ralph i dał znać, że jego kompozycja już gotowa. Powiedziałem mu, że byłem zajęty, a mając mało zapału, nic nie zrobiłem. Pokazał mi wtedy swoją wersję do zaopiniowania, a ja w znacznej mierze ją pochwaliłem, jako że wyglądała na bardzo dobrej jakości. „Widzisz”, mówi on, „Osborne nigdy nie znajdzie nawet najmniejszej zalety w czymś, co ja napisałem, a z czystej zawiści wystąpi z tysiącem powodów do krytyki. O ciebie nie jest taki zazdrosny, miałbym więc życzenie, żebyś wziął ten tekst i przedstawił jako twój. Ja będę udawał, że nie miałem czasu i nie przyniosłem niczego. Zobaczymy, co na to powie”. Zgodziłem się i zaraz utwór przepisałem, żeby wyglądał na mój charakter pisma.

Spotkaliśmy się; odczytano tekst Watsona; były w nim rzeczy piękne, ale też wady. Potem Osborna; był znacznie lepszy. Ralph oddał mu sprawiedliwość, zwrócił uwagę na pewne niedostatki, ale pięknu dał aplauz. Jednak sam, powiedział, nie miał niczego. Ja trzymałem się z tyłu i starałem robić wrażenie, że szukam wymówki, nie miałem czasu poprawić, i tak dalej. Żadnej wymówki jednak nie przyjęto, mus to mus. Przeczytałem raz i drugi. Watson i Osborne odstąpili od konkurencji, a ja dołączyłem do pochwał. Tylko Ralph wysunął parę krytycznych uwag i zaproponował poprawki, ale ja broniłem tekstu w dłoni. Osborne sprzeciwił się Ralphowi: nie był krytykiem lepszym niż poetą, powiedział, na co Ralph się poddał. Jak wracał z Osbornem do domu, ten wyraził się z jeszcze silniejszym upodobaniem o tym, co uważał za mój produkt; powstrzymywał się w mojej obecności, powiedział, bo wziąłbym go za pochlebcę. „Któż by jednak sobie nawet wyobrażał”, mówił, „że Franklin jest zdolny do takiego wyczynu; to obrazowanie, siła wyrazu, płomień pasji. Tekst nawet lepszy niż oryginał. W codziennej rozmowie zdaje się nie mieć takiego doboru słów, waha się i błądzi, a jednak, Boże, jakżeż on pisze!” Przy następnym spotkaniu Ralph wyjawił sekret i się co nieco z Osborna pośmialiśmy.

Sprawdzian ten utwierdził Ralpha w jego woli stania się poetą. Zrobiłem wszystko, aby go od tego odwieść, ale pisał dalej, dopóki nie uleczył go Pope. Stał się jednak całkiem dobry prozą. Będzie więcej o nim dalej w opowieści. A jako że mogę nie mieć okazji wspomnieć o dwóch pozostałych, nadmienię tu jedynie, że Watson zmarł później w moich ramionach; wiele po nim płakaliśmy, był spośród nas najlepszy. Osborne pojechał do Indii Zachodnich, gdzie się stał znamienitym prawnikiem, zarobił pieniądze, ale też młodo umarł. Poważnie się z nim umówiłem, że ten, który umrze pierwszy, w miarę możliwości dokona przyjacielskiej wizyty u drugiego i powie, jak się sprawy mają po drugiej stronie. Nie dotrzymał jednak nigdy swojej obietnicy.

*****

Zanim przejdę do mojego drukarstwa w publicznym interesie, może być warto cię zaznajomić ze stanem mojego umysłu względem zasad oraz moralności, abyś mógł zobaczyć, jak wpływały one na przyszłe wydarzenia w moim życiu. Moi rodzice wcześnie przekazali mi swoje religijne odczucia i wychowywali z pobożnością dla nonkonformizmu, ale miałem zaledwie piętnaście lat, kiedy zwątpiłem w parę z pojęć, znalazłszy je w różnych książkach poddane dyskusji, a zacząłem wątpić w samo Objawienie. Wpadły mi w ręce niektóre z książek przeciwnych deizmowi; mówiono, że były przedmiotem „Kazań” Boyla. Tak się jednak zdarzyło, że zrobiły na mnie wrażenie przeciwne do zamierzanego, gdyż argumenty deistów, które cytowano po to, aby je odrzucić, wyglądały mi na o wiele silniejsze niż te im przeciwne; pokrótce, niedługo trwało, a stałem się deistą. Moje argumenty oburzały niektórych, szczególnie Collinsa i Ralpha, ale że każdy z nich znacznie mi później zaszkodził bez najmniejszego wyrzutu sumienia, a miałem też w pamięci, jak mnie Keith potraktował (który był kolejnym wolnomyślicielem), oraz moje postępowanie wobec Vernona czy panny Read, co bywało bardzo kłopotliwe, zacząłem podejrzewać, że taka nauka, choć mogła być szczera, nie była użyteczna. Mój londyński pamflet miał za swoje motto te oto wersy Drydena:

„Co jest, rację ma swoją, choć zaślepiony człowiek
Nie więcej widzi, niż łańcucha część, ogniwo najbliższe;
Oczy jego nie sięgną równowagi promienia, najwyższej,
Której statecznie jest pełnię obejmować;”

Względem atrybutów Boga, jego nieskończonej mądrości, dobroci i mocy wnioskowałem, że nic nie mogło być naprawdę w tym świecie złe, występek i cnota były pustymi rozróżnieniami, bo nie istniały realnie — teraz mi to nie wygląda na tak bystry pomysł, jak myślałem; a zacząłem wątpić, czy nie wkradła się niepostrzeżenie do mojego argumentu jakaś pomyłka i nie zatruła wszystkich wniosków, jak bywa w rozumowaniach metafizycznych.

*****

Powinienem był wspomnieć, że jesienią poprzedzającego roku założyłem z najbystrzejszymi z moich znajomych klub wzajemnego doskonalenia, który nazwaliśmy RAMIĘ W RAMIĘ. Spotykaliśmy się wieczorem w piątki. Ułożyłem zasady; wymagały, ażeby każdy po kolei sformułował jedno lub więcej zapytań w zakresie moralności, polityki, czy też filozofii naturalnej, dla dyskusji w towarzystwie; a raz na trzy miesiące napisał i odczytał własnego pomysłu esej na dowolny, przez siebie wybrany temat. Debaty miały się odbywać pod kierunkiem przewodniczącego, w duchu szczerego poszukiwania prawdy, a bez pogoni za dysputą czy żądzą zwycięstwa; natomiast aby zapobiec podgrzewaniu atmosfery, wszelkie językowe zwroty utwierdzające pewność czy otwartą sprzeczność stały się z czasem kontrabandą, zakazaną za małymi pieniężnymi karami.

Pierwszymi członkami byli Joseph Breintnal, kopista prawnych aktów dla miejskich skryptorów; dobrej natury, przyjazny, średniego wieku, wielki miłośnik poezji; czytał wszystko, co mógł, a jego pisanie było znośne; bardzo bystry w wielu małych słownych sztuczkach i sensowny w rozmowie.

Thomas Godfrey, matematyk-samouk, na swój sposób wspaniały, potem wynalazca czegoś, co jest teraz znane jako kwadrant Hadleya. Niewiele jednak było mu wtedy z tego wiadomo i nie był przyjemnym towarzyszem, a jak większość wielkich matematyków, spodziewał się uniwersalnej precyzji po wszystkim, co mówiono; zawsze podkreślał drobnostki albo im przeczył i zakłócał każdą rozmowę. Szybko nas opuścił.

Nicholas Scull, geodeta, później geodeta główny; kochał książki, a od czasu do czasu pisywał wiersze.

William Maugridge, stolarz, wspaniały mechanik, a także bardzo rozsądny człowiek, na którym się dało polegać.

Scharakteryzowałem już Hugh Mereditha, Stephena Pottsa i Georga Webba.

Robert Grace, młody dżentelmen o pewnym majątku, szczodry, żwawy i rozumny, uwielbiał kalambury i przyjaciół.

Oraz William Coleman, wtedy biuralista handlowca, w moim mniej więcej wieku, o najchłodniejszym i najjaśniejszym osądzie, najlepszym sercu i najwłaściwszej moralności pośród bodaj wszystkich ludzi, jakich spotkałem. Stał się potem znamienitym handlowcem i jednym z naszych regionalnych sędziów. Nasza przyjaźń trwała bez przerwy do jego śmierci, jakieś czterdzieści lat, a klub działał mniej więcej tak samo długo i był najlepszą szkołą filozofii, moralności i polityki, jaka wtedy istniała w regionie. Nasze zapytania odczytywaliśmy na tydzień przed dyskusją i dokonywaliśmy na temat lektury, aby się przygotować do celnej mowy; nabyliśmy tym samym lepszych nawyków w dyskusji, dbając cały czas o zgodność z naszymi regułami, żeby się sobą wzajem nie brzydzić. Z tego pewnie wynikało to długotrwałe działanie naszego klubu, o którym będę mieć jeszcze często okazję opowiadać.

*****

Cała ta sprawa przywiodła mi na myśl małżeństwo. Rozglądałem się i próbowałem nawiązać znajomość gdzieś indziej, szybko się jednak zorientowałem, że biznes drukarza ogółem uchodził za biedny; nie miałem co się spodziewać żony z pieniędzmi, chyba że takiej, że inaczej bym na nią nie spojrzał. W międzyczasie trudna do okiełznania pasja młodości gnała mnie czasem w intrygi z kobietami niskiej konduity, jakim zdarzało się zjawiać na mojej drodze, a wobec których atencja wiązała się z wydatkiem, jak i wielką niewygodą, prócz ryzyka przypadłości mi z wszystkich najstraszniejszej, a której było moim wielkim szczęściem uniknąć. Pozostała mi przyjazna sąsiedzka więź z rodziną panny Read; owi dobrzy znajomi nadal mieli dla mnie przychylny wzgląd, po moim pierwszym zamieszkaniu w ich domu. Często mnie zapraszali i radzili w swoich sprawach, w których im czasem pomagałem. Żal mi było panny Read w jej nieszczęsnym położeniu. Nie była przyjmowana w towarzystwie, rzadko wesoła, unikała ludzi. Uważałem moją niestałość w Londynie w wielkiej mierze za powód jej nieszczęścia, choć jej matka była osobą natury dość dobrej, aby widzieć w tym więcej własnej winy, jako że to ona zapobiegła naszemu małżeństwu, zanim popłynąłem, i to ona przekonywała na rzecz innego związku pod moją nieobecność. Nasze wzajemne uczucie z panną Read odżyło, ale istniały co do naszego związku wielkie obiekcje. Poprzedni związek panny Read uznano za nieważny, gdyż uprzednio poślubiona żona byłego partnera, mówiono, dalej mieszkała w Anglii. Z powodu odległości nie było jednak łatwym to udowodnić. A chociaż były wieści o byłego partnera śmierci, też nie były one pewne. Pewne było, że zostawił wiele długów, które mogłyby dotyczyć jego następcy. Zdecydowaliśmy się pomimo tych wszystkich trudności i pojąłem ją za żonę pierwszego września 1730 roku. Żadnych nieprzyjemności jak te przewidywane nie było i okazała się dobrą i pomocną partnerką; asystowała mi w sklepie, razem prosperowaliśmy i wzajem staraliśmy się jedno drugie uszczęśliwić. Tak więc naprawiłem kolejny w moim życiu błąd, najlepiej jak mogłem.

*****

Notka. Opowieść do tej pory została spisana z intencją jak na początku wyjaśniona, stąd zawiera parę rodzinnych dykteryjek o wadze dla innych ludzi małej. Opowieść dalszą spisano po wielu latach, za poradą w tych tu listach zawartą, a z intencją udostępnienia treści publice. To wydarzenia Wojny o Niepodległość spowodowały przerwę w pisaniu.

List od pana Abla Jamesa, z notkami o moim życiu
(otrzymany w Paryżu).

MÓJ DROGI I SZACOWNY PRZYJACIELU, często i bardzo chciałem do Ciebie napisać, ale nie miałem jak się ugiąć wobec myśli, że list mógłby wpaść w ręce Brytyjczyków; jakiś drukarz albo szperacz by opublikował część treści, zadając ból mojemu przyjacielowi, a na mnie samego sprowadzając naganę.

„Jakiś czas temu wpadło mi w ręce, ku mojej wielkiej radości, około dwudziestu trzech arkuszy twoim charakterem pisma, zawierających opis twojego pochodzenia i twojego życia, skierowanych do twojego syna, a zapis kończy się na roku 1730. Wraz z nimi notki, też twoim charakterem, czego egzemplarz tutaj załączam z nadzieją, że mogą posłużyć, o ile rzecz potem kontynuowałeś, połączeniu części późniejszej z pierwszą. A jeżeli się jeszcze do pisania dalej nie zabrałeś, mam nadzieję, że nie będziesz zwlekać. Jak mówi kaznodzieja, życie nie jest pewne, a co powiedziałby świat, gdyby uprzejmy, ludzki i dobrej woli Ben Franklin zostawił przyjaciół i świat pozbawiony jego przyjemnej i pożytecznej pracy; pracy, która by się i przydała i zabawiła nie tylko paru, ale miliony? Wpływ pism tego gatunku na umysły ludzi młodych jest wielki, czego nie widziałem nigdy jaśniej, niż przy dziennikach naszego przyjaciela w publicznej służbie. Wpływ taki prawie nieodczuwalnie skłania młodzież do postanowienia, by spróbować, i być dobrym i znakomitym jak dziennika autor. Gdyby twój dziennik, opublikowany (a nie widzę, dlaczego by go odrzucać), na przykład skłonił młodzież, by dała równą wagę pracy i nieobfitemu żywieniu jak ty we wczesnej młodości, byłoby to pracą naprawdę błogosławioną. Nie znam ani jednej, ani kilku osób razem, o sile jak Twoja, aby promować wśród młodych Amerykan ducha pracowitości, wczesnego poświęcenia biznesowi, oszczędności oraz umiarkowania. Nie to, żebym innej zasługi czy użytku dla Twojej pracy w świecie nie widział; bynajmniej; ale najważniejszy jest przykład i nic się mu nie równa”.

Następujący list z notkami okazałem przyjacielowi i otrzymałem od niego, co następuje:

List od pana Benjamina Vaughan
Paryż, 31 stycznia 1783.

MÓJ DROGI PANIE: Kiedy przeczytałem arkusze Pańskich notatek o głównych w Pana życiu wydarzeniach, które dla Pana zachował znajomy kwakier, zapowiedziałem Panu, iż przyślę list a w nim powody, dla jakich uważałem, że należało je opublikować, jak też on sobie życzył. Przez jakiś czas różne okoliczności powstrzymały mnie od napisania tego listu i nie wiem nawet, czy jest spodziewany. Jako że obecnie mam wolny czas, pisanie jakoś da w każdym razie zajęcie mi samemu. Ponieważ mam skłonność do terminów, jakie mogłyby obrazić osobę o Pana manierach, powiem Panu tylko, jak zwróciłbym się do innej osoby, równie dobrej i wspaniałej jak Pan, lecz mniej siebie niepewnej. Powiedziałbym mu, Drogi Panie, zwracam się o opowieść o Pana życiu z następujących powodów: jest to opowieść wyjątkowa i jeżeli Pan jej nie dostarczy, zrobi to ktoś inny, a uczyni do tego tyle szkody, ile Pan własnym traktowaniem tematu mógłby uczynić dobra. Pana opowieść jest zdolna zestawić istotne dla Pana kraju okoliczności międzynarodowe, a to może zachęcić osadników o umysłach uczciwych i męskich. Zważywszy, jak chętnie szukają oni takich informacji, oraz jak szeroki jest zakres Pana reputacji, nie widzę reklamy skuteczniejszej, niż Pana biografia potrafiłaby dostarczyć. Wydarzenia z Pana życia wiążą się i szczegółowo z obyczajami oraz okolicznościami ludzi na dorobku; pod tym względem, nie sądzę, aby pisma Cezara bądź Tacyta mogły być bardziej interesujące dla osoby skłonnej uczciwie się przyjrzeć ludzkiej naturze zarówno jak społeczności. Powody te jednak pozostają w mojej opinii pomniejszymi, w porównaniu z szansą, jaką Pana historia dałaby kształtowaniu wielkich ludzi w przyszłości; kojarzę tu także Pana „Sztukę waloru” (którą zamierza Pan wydać), do tego, jak poprawa indywidualnego charakteru wspomaga publiczną oraz kraju pomyślność. Te dwie książki, drogi Panie, są zdolne dać do szczegółu szlachetny przykład samokształcenia. Szkoła oraz inne rodzaje edukacji stale podążają za fałszywymi zasadami, a ich obraz to niezdarny aparat nakierowany na fałszywe osiągnięcie; Pana nauka jest prosta, a osiągnięcie prawdziwe. Podczas gdy rodzice i młodzi ludzie pozostawieni są bez jakichkolwiek właściwych środków dla oceny i przygotowania do rozsądnego życiowego rozwoju, Pana odkrycie, iż sprawa polega na wielu ludzi sile indywidualnej, byłoby bezcenne! Wpływ na charakter osoby późno w życiu jest nie tylko wpływem późnym, ale także słabym. To w młodości formują się najważniejsze zwyczaje, jak również uprzedzenia. To w młodości wybieramy fach, zainteresowania, decydujemy o małżeństwie. Tak więc to młodość jest czasem decyzji; młodość jest czasem na wykształcenie, co i na pokolenie następne wpływa; w młodości kształtuje się charakter prywatny i publiczny; a jako że życie w młodości się zaczyna, powinno się zaczynać dobrze, szczególnie, zanim trzeba decydować o sprawach najważniejszych. Pana biografia jednak nie uczyłaby tylko samokształcenia, ale też dawała naukę od człowieka mądrego; ten najmądrzejszy znajdzie jasność, by postęp usprawnić, ale tylko widząc szczegół działania innego mądrego człowieka. Dlaczego ludzie słabsi by mieli być pozbawieni takiej pomocy, gdy widzimy, że nasz rodzaj błądzi w ciemności, bez prawie żadnego wskazania i to od zamierzchłych czasów? Niech nam Pan pokaże, co trzeba zrobić, synom zarówno jak ojcom; zaprosi ludzi mądrych, aby się do Pana stali podobnymi, a innych, by się stali mądrzy. Gdy widzimy, jak okrutni potrafią być dla ludzkiego rodzaju zarządcy zarówno jak wojsko, a jakim absurdem ci o dystynkcji także wobec tych, których znają, dobrą nauką będzie obserwować maniery spokojne i łagodne, spróbować czy się da być wielkim i z kraju człowiekiem, godnym pozazdroszczenia, a w nastroju dobrym.

Co do tych drobnych osobistych doświadczeń, które też by Pan musiał zrelacjonować, przydadzą się wielce, bo trzeba nam roztropnych wskazań nade wszystko w sprawach zwykłych i będziemy ciekawi, jak Pan się nimi zajmował. Byłby to rodzaj klucza do życia, w materiach gdzie wszyscy powinni dostać jakieś wprowadzenie, aby mieć szansę dokonać mądrych przewidywań. Jest to własnego doświadczenia najbliższe: mieć ludzkie przeżycia przedstawione w formie ciekawej, a taka z pewnością może wyjść spod Pana pióra. Uczymy się wtedy nadawać naszym sprawom i zarządzaniu charakter prosty i poważny, który nie zawiedzie; jestem przy tym przekonany, że prowadził Pan swoje interesy z oryginalnością taką samą, jak dyskusje o polityce czy filozofii — a czy jest coś wartego sprawdzenia oraz rozpoznania zasad (z uwagą na to, jak zasada jest ważna i jakie może ona nieść błędy) bardziej niż ludzkie życie?

Niektórzy ludzie uprawiają walor ślepy, inni oddają się nieżyciowej spekulacji, a jeszcze inni ćwiczą zręczność w celach niecnych; ale Pan, jestem pewien, nie przyniesie swoją ręką niczego, co by nie było jednocześnie mądre, praktyczne i dobre. Pana opowieść o sobie (ponieważ nie spodziewam się, aby obraz doktora Franklina stosował się w zarysie, a nie w osobistym doświadczeniu) pokaże, iż się Pan żadnego pochodzenia nie wstydzi, co tym ważniejsze, że Pan sam stwierdza, iż rodowód jest nieistotny dla szczęścia, waloru, czy wielkości człowieka. A jako że żadnego celu nie da się osiągnąć bez środków, przekonamy się, że nawet Pan ułożył ku swej wielkości plan; tym samym zobaczymy, choć rezultat może być pochlebny, że wystarcza środek prosty jak mądrość, to jest, iż da się osiągnąć cel, polegając na naturze, walorze, myśli i dobrym obyczaju. Dalej zostanie wykazane, iż każdy powinien osiągnąć właściwą dojrzałość, zanim się zabierze za sprawy tego świata. Nam się zdarza tak skupiać na chwili osiągnięcia, że zapominamy, iż wiele po niej następuje; dlatego człowiek powinien się wpierw nad swoim postępowaniem zastanowić, aby odpowiadało ono jego namysłowi na całe życie. Wygląda na to, że stosował Pan swoją kompetencję w życiu, a opis zdarzeń przejściowych ożywia Pan treścią dla zabawy, nie męcząc człowieka niemądrą niecierpliwością, czy też żalem. Jest to łatwe do przyjęcia dla tych, którym w pielęgnowaniu waloru dodają śmiałości przykłady innych, naprawdę wielkich ludzi, a tych cechą często jest też cierpliwość. Pana przyjaciel kwakier (bo tu spodziewam się, że mój list przypomina ten od doktora Franklina) chwalił Pana oszczędność, pracowitość, oraz umiarkowanie, które uważał za wzorzec wart naśladowania przez młodzież. Zapomniał jednak o Pana skromności i bezinteresowności, bez których nigdy by Pan nie zrobił postępu, czy nawet znalazł sytuację dla siebie odpowiednią. Jest to wielka lekcja na to, jak niewystarczająca jest chwała, a jak ważne jest odpowiednie umysłowe podejście. Gdyby Pana korespondent znał naturę Pana reputacji tak dobrze, jak ja, powiedziałby: Twoje poprzednie pisma zapewnią uwagę dla Twojej „Biografii” i „Sztuki waloru”, natomiast „Biografia” i „Sztuka waloru” w zamian zapewnią zainteresowanie poprzednimi pismami. To zaleta zdolna przyciągnąć różnych czytelników, a nadaje całości poziom wyższej i przydatnej gry, tym bardziej że prawdopodobnie wielu ludzi nie ma środków, aby swoją umysłowość oraz charakter doskonalić, a są przy tym ludźmi skłonnymi takiego doskonalenia się podjąć. Mam jednak jeden końcowy wniosek, drogi Panie, o zastosowaniu Pana pracy jako zwykłej biografii. Uprawiany przez Pana styl pisarski wygląda na taki, co wyszedł już nieco z mody, ma jednak owego ducha pożyteczności, a jeżeli Pan go dostarczy, obsługa tekstu będzie szczególnie łatwa, gdy zeń uczynić przedmiot porównania dla biografii przeróżnych owych intrygantów i zbójów publicznego życia, czy absurdu umartwiania się zakonników, bądź próżności literackich trefnisiów. Jeżeli Pana styl zachęci ludzi do napisania więcej w tym gatunku, a także do życia godnego literatury, będzie wart „Żywotów” Plutarcha razem wziętych. A zmęczony przedstawianiem sobie charakteru osoby każdą cechą jak jeden człowiek w świecie, bez sprawienia owemu człowiekowi pochwały, zakończyłbym mój list do drogiego doktora Franklina osobistym odwołaniem do Pana ego: szczerze pragnę, drogi Panie, aby dał Pan światu poznać swój właściwy charakter, jako że w przeciwnym wypadku sprawki różnych ludzi mogą mu przydać niewłaściwych pozorów bądź go zniesławić. Zważając, iż osiągnął Pan wieku i charakteru pełnię, a myśli styl własny, nie jest prawdopodobne, aby ktokolwiek poza Panem miał wystarczającą świadomość faktów z Pana życia wraz z ich umysłowym kontekstem. Ponadto, ta olbrzymia rewolucja obecnego czasu na pewno zwróci uwagę świata na jej autora, a że udawanie czystych zasad miało co do niej miejsce, będzie bardzo ważnym pokazać, że czyste zasady rzeczywiście miały w niej rolę. Pod szczegółowym badaniem znajdzie się Pana charakter przede wszystkim. Jest słusznym (choćby z powodu Pana wpływu na ten rosnący kraj, zarówno jak na Anglię oraz Europę), aby ten charakter przedstawić jako wart szacunku i ponadczasowy. Sprzyjając ludzkiemu szczęściu, zawsze uważałem, że trzeba wykazać, iże człowiek także teraz nie jest tylko złośliwym i pogardy godnym zwierzęciem, a dalej, że dobry kierunek potrafi postawę człowieka znacznie ulepszyć. Z tego samego powodu niecierpliwię się widzieć jako przyjętą opinię, że są pośród ludzkiego rodzaju charaktery uczciwe; ponieważ gdy wszystkich bez wyjątku uznać za opuszczonych, jest to moment, w którym ludzie dobrzy zaprzestają wysiłku, jako bez nadziei, a myślą już być może tylko o swoim skrawku życia, o czynieniu go przynajmniej wygodnym, a z zasady dla siebie samych. Niech więc Pan poweźmie drogi Panie swą pracę: niech Pan pokaże siebie dobrym, jak dobrym pan jest, umiarkowanym, jak Pan jest umiarkowanym, a przede wszystkim niech Pan o sobie dowiedzie, że kocha sprawiedliwość od dziecka, a tak też wolność i zgodę, sposobem naturalnym i spójnym z Pana zachowaniem, co widzieliśmy przez ostatnich 17 lat Pana życia. Niech Anglicy Pana szanują, ale też mają za godnego upodobania. Jeżeli będą dobrego zdania o indywidualnych osobach w Pana rodzimym kraju, bliżej im będzie dobrego mniemania o Pana kraju. A kiedy Pana krajanie zobaczą, że Anglicy mają dla nich poważanie, sami będą bliżsi myślenia dobrze o Anglii. Niech się Pan nie zatrzymuje na tych, co się posługują angielską mową: objaśnił Pan już tyle spraw w naturze i polityce, niech Pan myśli o poprawie całego rodzaju. Jako że nie przeczytałem Pana żywota, a znajomym jest mi jedynie charakter żyjącej osoby, piszę z dozą ryzyka. Jestem jednak pewien, że owo życie zarówno jak traktat, do którego nawiązuję („Sztuka waloru”), spełnią moje główne oczekiwania, tym bardziej, jeżeli poweźmie Pan rozważyć parę z mych poglądów wyrażonych wyżej. Nie należy się spodziewać, by Pana praca była porażką dla żarliwego Pana wielbiciela, ale nawet gdyby, przynajmniej wskaże Pan umysłom aspekty warte zainteresowania, a kto daje człowiekowi odczucie przyjemne i niewinne, dodaje światła stronie życia w innym razie pochmurnej od niepokoju i bólem ranionej. W nadziei, że wysłucha Pan próśb tym listem do Pana kierowanych, chciałbym sam dołączyć, drogi Panie, i tym podobne.

Podpisano, Benjamin Vaughan.

Kontynuacja relacji z mojego życia, rozpoczęta w Passy pod Paryżem, 1784.

Minęło już trochę czasu, odkąd dostałem powyższe listy, ale byłem do tej pory zbyt zajęty i nie miałem jak myśleć o zastosowaniu się do wyrażonych w nich życzeń. Byłoby też lepiej być w domu, z moimi papierami dla wspomożenia pamięci, a choćby sprawdzenia dat, ale mój powrót jest niepewny i to teraz mam nieco wolnego czasu, spróbuję więc zebrać i spisać co mogę; jeżeli dożyję powrotu do domu, zapiski mogę tam poprawić i ulepszyć.

Nie mam ze sobą kopii tego, co już zapisałem, nie wiem więc, czy zdałem relację ze środków i sposobów na założenie w Filadelfii biblioteki publicznej, która, skromna z początku, teraz jest spora. Pamiętam, że byłem w opisie blisko czasu owej transakcji (roku 1730). Zacznę ją relacjonować, co będzie można wyrzucić, jeżeli się okaże, że sprawozdanie już zawarłem.

W czasie gdy się w Pensylwanii zadomawiałem, w żadnej kolonii na południe od Bostonu nie było dobrej księgarni. W Nowym Jorku i Filadelfii drukarze byli właściwie dostawcami środków piśmienniczych; sprzedawali papier i podobne, tylko czasem almanachy, ballady, po parę szkolnych książek powszechnego użytku. Ludzie kochający czytać musieli posyłać po książki do Anglii. My w naszym Ramię w Ramię mieliśmy każdy po kilka. Wybyliśmy z piwiarni, gdzie się wpierw spotykaliśmy, a wynajęliśmy na nasz klub pokój. Zaproponowałem, że powinniśmy tam wszyscy przynieść nasze książki, żeby były pod ręką podczas dyskusji, a korzyść dla każdego byłaby w możności pożyczenia dowolnej do czytania w domu. Tak też się stało i nas przez jakiś czas zadowalało.

*****

Wtedy też podjąłem się dzielnie i żarliwie moralnego doskonalenia. Chciałem żyć bez moralnego defektu; przełamywałem wszelką skłonność naturalną lub zwyczaj, czy też rezygnowałem z towarzystwa, czegokolwiek, co by mnie do defektu prowadziło. Jako że wiedziałem albo myślałem, że wiem, co jest racją, a co nią nie jest, nie rozumiałem, dlaczego nie udawało mi się zawsze trzymać racji a unikać błędu. Szybko się przekonałem, że podjąłem się zadania trudniejszego, niż sobie wyobrażałem. Podczas gdy unikałem jednego defektu, zaskakiwał mnie inny; nawyk korzystał z nieuwagi, a skłonność bywała zbyt silna wobec rozumu. Doszedłem do wniosku, że zwykłe, czyli spekulatywne założenie, iż trzeba nam waloru, nie wystarcza dla ochrony przed potknięciami; że wpierw należy się pozbyć sprzecznych nawyków, nabyć i utrwalić dobre, a dopiero potem może człowiek mieć podporę w postępowaniu statecznym, spójnym i prawym. Dla tego celu obmyśliłem następującą metodę.

Pośród moich lektur, które wymieniały moralne walory, znalazłem omówienie mniej więcej obszerne. Różni autorzy zawierali więcej lub mniej pojęć pod tą samą nazwą. Umiarkowanie, na przykład, czasem było ograniczane do jedzenia i picia, podczas gdy inni obejmowali tym pojęciem każdą przyjemność, apetyt, skłonność, czy pasję, ciała lub ducha, także chęć zysku i ambicję. Zaprojektowałem sobie, dla jasności, użyć więcej nazw a mniej skojarzonych pojęć, raczej niż parę tylko nazw, a z wieloma połączonymi pojęciami. Załączyłem pod trzynastoma nazwami zalet wszystko, co wtedy wyglądało mi na potrzebne i godne, a do każdej dodałem krótkie prawidło czy też opis, w pełni wyjaśniający zakres, jaki nadawałem każdemu z pojęć.

Nazwy zalet i ich opisy były, jak następuje:
1. POWŚCIĄGLIWOŚĆ. Nie jedz do ociężałości; nie pij alkoholu do stanu uniesienia.
2. CISZA. Nie mów, chyba że korzystnie to oddziałuje na innych lub ciebie; unikaj mowy bez sensu.
3. PORZĄDEK. Niech twoje rzeczy mają swoje miejsce; niech każda część twojego biznesu ma swój czas.
4. STANOWCZOŚĆ. Decyduj się dokonać tego, co powinieneś; bez uchybienia dokonuj tego, co zdecydowałeś.
5. OSZCZĘDNOŚĆ. Nie wydawaj pieniędzy, chyba że dla dobra innych lub swojego, to jest, nie marnuj niczego.
6. PRACOWITOŚĆ. Nie marnuj czasu; zajmuj się zawsze czymś, co się tobie przydaje; odrzuć działania zbędne.
7. UCZCIWOŚĆ. Nie mijaj się z prawdą, gdy to szkodzi; bądź prostoduszny, a mów stosownie.
8. SPRAWIEDLIWOŚĆ. Nie krzywdź nikogo kontuzją lub urazem, czy też nie dopełniając obowiązku.
9. UMIARKOWANIE. Unikaj ekstremów; nie oburzaj się o urazę bardziej, niż na to zasługuje.
10. CZYSTOŚĆ. Nie toleruj brudu ciała, ubrania, czy mieszkania.
11. SPOKÓJ. Nie pozwalaj, by cię wzburzały nieistotne drobiazgi, czy też przypadki zwykłe lub nieuniknione.
12. CZYSTOŚĆ OBYCZAJÓW. Nie oddawaj się często płciowości, a jedynie, gdy zdrowo lub by mieć potomstwo; nigdy do stanu otępienia, osłabienia, czy szwanku na reputacji.
13. SKROMNOŚĆ. Niech ci będą wzorem Jezus i Sokrates.

*****

W 1751 roku doktor Thomas Bond, mój przyjaciel, wystąpił z pomysłem założenia w Filadelfii szpitala (był to zamysł dobroczynny, który później mi przypisano, ale oryginalnie był on jego), aby przyjmować i leczyć osoby ubogie, z miasta czy regionu. Był bardzo gorliwy i aktywny, podjął się samodzielnie zebrać podpisy, ale propozycja była w Ameryce nowością, do tego z początku nie za dobrze rozumianą, nie odniósł więc większego sukcesu.

Przyszedł po jakimś czasie do mnie z komplementem, że zauważył, iż żadnej sprawy publicznej nie dało się bez mojego zaangażowania uskutecznić. Mówi, „Gdy proponuję zapisy, ludzie często pytają, Czy skonsultował się pan z Franklinem w sprawie tego biznesu? Co myśli o tym Franklin? A jak im mówię, że nie zapytałem (spodziewając się, że to pomysł raczej nie po twojej linii), nie zapisują się i mówią, że się zastanowią”. Wypytałem go o naturę oraz możliwą użyteczność pomysłu, a otrzymawszy bardzo zadowalające wyjaśnienie, nie tylko sam się zapisałem, ale zająłem z serca zbieraniem podpisów od innych. Przed zbiórką jednak podjąłem się przygotować na pomysł umysły, pisząc o nim w gazecie, co już było w takich przypadkach moim zwyczajem, a czego on nie powziął.

Ludzie zaczęli zapisywać pieniądze i swobodniej i hojniej, ale gdy zainteresowanie osłabło, wiedziałem, że same składki nie wystarczą bez jakiegoś wspomożenia ze strony Zgromadzenia. Zaproponowałem złożenie petycji, co się stało. Reprezentanci spoza miasta z początku nie bardzo się pomysłem rozkoszowali, a ich obiekcją było, że projekt przydawałby się właściwie miastu, więc powinni płacić jego mieszkańcy; wątpili też, czy mieszkańcy ogółem wyrazili zgodę. Ja stwierdziłem, że przeciwnie, projekt spotkał się z taką aprobatą, iż bez wątpienia dałoby się nań zebrać dwa tysiące funtów dobrowolnych składek, co oni uznali za założenie ekstrawaganckie, dosłownie niemożliwość.

Na tym zbudowałem plan. Zwróciłem się o pozwolenie na propozycję przepisu o inkorporacji płatników składek wedle ich petycji, a nadaniu im pewnej sumy pieniędzy. Pozwolenie dostałem na bazie głównie takiej, że Izba mogła wyrzucić przepis, jeśli się jej nie podobał. A nakreśliłem go tak, żeby najważniejsza klauzula była warunkowa, mianowicie, „Gdy rzeczeni płatnicy składek się spotkają, wybiorą zarządcę funduszu i skarbnika, oraz zbiorą kapitał w wysokości ——— w walucie Pensylwanii (z którego to kapitału procent roczny ma opłacać miejsca w rzeczonym szpitalu dla ubogich chorych, bez nakładania na nich opłat za wyżywienie, doglądanie, poradę, oraz lekarstwa), a przedstawią powyższe do wglądu przewodniczącemu Zgromadzenia na ów czas, niech wymieniona wyżej władza uprawni owego przewodniczącego, jak jest tym tutaj przepisem wymagane, do podpisania i zalecenia skarbnikowi regionu wpłatę dwóch tysięcy funtów w dwóch rocznych ratach, na rzecz skarbnika rzeczonego szpitala, która to kwota ma posłużyć założeniu, budowie oraz finalizacji owego szpitala”.

Ten warunek przeniósł przepis przez głosowanie, bo członkowie przedtem przeciwni darowiźnie myśleli, że uda się im zyskać chwałę dobroczynności bez wydatku i zgodzili się przepis przyjąć. My potem zbierając subskrypcje między ludźmi, podkreślaliśmy tę warunkową obietnicę prawną jako dodatkowy motyw aby dawać pieniądze, gdyż każda dotacja zostałaby podwojona; klauzula działała więc w obie strony. Subskrypcje wkrótce przekroczyły wymaganą sumę, a my zgłosiliśmy się i otrzymali nasz podarunek od publicznych władz, co dało nam wprowadzić projekt w życie. Szybko zbudowano dogodny i ładny budynek; codzienne życiowe doświadczenie wykazało, że instytucja jest użyteczna, a kwitnie do dzisiaj. Nie pamiętam spośród moich politycznych manewrów żadnego sukcesu, który dałby mi więcej przyjemności, bądź też, kiedy łatwiej mi było sobie wybaczyć nieco sprytu.

Około tego czasu autor kolejnego projektu, wielebny Gilbert Tennent, przyszedł do mnie z prośbą, żebym mu pomógł zbierać subskrypcje na wzniesienie nowego domu spotkań. Miał być na użytek kongregacji, jaką utworzył pośród prezbiterian przedtem nauczanych przez pana Whitefielda. Ponieważ nie chciałem się stać współobywatelom przykry, zbyt często się do nich zwracając o składki, absolutnie odmówiłem. Wtedy poprosił, żebym mu dał listę osób znanych mi z doświadczenia jako szczodre i zaangażowane w publiczne sprawy. Pomyślałem, że nie przynosiłoby to chwały mojemu postępowaniu, gdyż oni się uprzejmie przychylili moim prośbom, a ja zgodziłem się zaznaczyć ich imiona, aby nie były polecane żebractwu w innych sprawach. Odmówiłem takoż i podania takiej listy. Wtedy zapytał, czy mu udzielę porady. „To zrobię chętnie i od razu”, powiedziałem. „Po pierwsze, radzę się zwrócić do tych wszystkich, o których pan wie, że mają wolę coś dać; potem, do tych, których nie jest pan pewny, czy coś dadzą, czy nie, a niech im pan pokaże listę tych, którzy już dali; a na koniec, niech pan nie zaniedba odwiedzić tych, co do których jest pan pewny, że nic nie dadzą, bo może się pan względem niektórych mylić”. Roześmiał się i mi podziękował. Powiedział, że przyjmie moją poradę. Tak zrobił i zapytał wszystkich, a zyskał sumę większą, niż się spodziewał. Zbudował z niej przestronny i bardzo elegancki dom spotkań; stoi przy ulicy Łuk.

*****

OGŁOSZENIE
LANCASTER, 26 kwietnia 1755.
Ponieważ siły zbrojne jego wysokości, które mają się niedługo spotkać przy Will’s Creek, potrzebują na służbę stu pięćdziesięciu wozów po cztery konie na każdy wóz, piętnastu setek wierzchowców oraz koni jucznych, a jego ekscelencja Generał Braddock stwierdził, że z przyjemnością mnie upoważni do zakontraktowania ich wynajmu, daję niniejszym ogłoszenie, że będę dla tego celu obecny w Lancaster od dzisiaj do następnej środy wieczorem, a w Yorku od następnego czwartku rano do piątku wieczorem. Będę gotów zawierać umowy na wozy, pojedyncze konie oraz czwórki, na następujących terminach: 1. Za każdy wóz z czterema zdatnymi końmi i woźnicą, piętnaście szylingów na dzień; za każdego zdatnego konia z siodłem jucznym lub innym i uprzężą, dwa szylingi na dzień; a za każdego zdatnego konia bez siodła, osiemnaście pensów na dzień. 2. Płaca zaczyna się od dnia dołączenia do sił zbrojnych przy Will’s Creek, co musi mieć miejsce w dniu bądź też przed 20 tego Maja, a za czas potrzebny na podróż do Will’s Creek i z powrotem do domu, po zakończeniu służby, zostanie uiszczona rozsądna płaca. 3. Każdy wóz i czwórka, każdy wierzchowiec i każdy koń juczny, będą oceniane przez osoby neutralne względem mnie i właściciela; a w przypadku utraty któregoś wozu, czwórki, czy pojedynczego konia na służbie, zostanie zapłacona cena, stosownie do wyceny jak wyżej. 4. Jeżeli będzie to wymagane, wypłacę właścicielowi każdego wozu, czwórki, czy konia, siedmiodniową zaliczkę na rękę w czasie zawierania kontraktu, a resztę zapłaci Generał Braddock, bądź skarbnik armii, o czasie zwolnienia ze służby, bądź też od czasu do czasu, jak okaże się potrzebnym. 5. Żaden woźnica czy opiekun wynajętych koni, nie zostanie, w żadnym wypadku wzięty do służby wojskowej, czy też zatrudniony inaczej niż przy dbaniu o wozy i konie. 6. Wszelkie zboża, indiańskie ziarna, czy inna żywność, jaką wozy czy konie przyniosą do obozu w ilości większej niż potrzeba dla utrzymania koni, zostaną zabrane na użytek armii, a zostanie za nie zapłacona rozsądna cena.

Nota. Mój syn William Franklin jest upoważniony do zawierania takich kontraktów z osobami w okręgu Cumberland. Benjamin Franklin.

Do mieszkańców okręgów Lancaster, York i Cumberland,

Przyjaciele i Krajanie,

Będąc przy okazji w obozie w Fredericks parę dni temu, zastałem generała i jego oficerów w niezmiernej frustracji faktem, że nie dostarczono im koni i wozów, czego się spodziewali po tym regionie, jako zdolnym takie wyposażenie zapewnić jak najbardziej; jednak przez niezgodę między naszym gubernatorem a Zgromadzeniem nie zadbano o pieniądze, ani też nie powzięto w tym celu żadnych kroków.

Wojskowi zaproponowali, aby natychmiast posłać siłę zbrojną do tutejszych okręgów i zarekwirować najlepsze wozy i konie wedle uznania, oraz przymusić do służby tak wiele osób, jak trzeba, do powożenia i opieki nad owym dobytkiem.

Zrozumiałem, że postępowi brytyjskich żołnierzy przez te okręgi przy takiej okazji, szczególnie zważywszy na ich obecne usposobienie oraz na niechęć, jaką do nas mają, towarzyszyłoby wiele nieprzyjemności dla mieszkańców. Takoż tym chętniej wziąłem na siebie kłopot i chcę wpierw spróbować środków uczciwych i godziwych. Ludzie w tych odległych okręgach skarżyli się ostatnio Zgromadzeniu, że nie ma dość dużo waluty; teraz jest okazja, aby otrzymać i rozdzielić między sobą bardzo dużą sumę: jeżeli służba w tej ekspedycji potrwa dalej, a jest bardziej niż prawdopodobne, że tak będzie przez sto dwadzieścia dni, suma za wynajem wozów i koni urośnie do ponad trzydziestu tysięcy funtów, które zostaną wam zapłacone srebrem i złotem z pieniędzy króla.

Służba będzie lekka i łatwa, jako że armia rzadko kiedy maszeruje więcej niż dwanaście mil na dzień, a wozy i konie juczne, jako że niosą te rzeczy, które są owej armii absolutnie potrzebne, muszą maszerować razem z nią, a nigdy prędzej; a znów, ze względu na zaopatrzenie armii, są zawsze trzymane tam, gdzie jest najbezpieczniej, czy w marszu, czy w obozie.

Jeżeli rzeczywiście jesteście, jak ja wierzę, dobrymi i lojalnymi poddanymi jego wysokości, możecie się teraz podjąć jak najbardziej znośnej służby; trzech czy czterech, co osobno nie mogą zrezygnować z wozu, czwórki koni i woźnicy, mogą tego dokonać razem: jeden dostarczy wozu, drugi jednego czy dwóch koni, kolejny woźnicy, a płacę podzielą między sobą wedle proporcji. Jednak jeżeli nie podejmiecie się tej służby dla waszego króla dobrowolnie, kiedy płaca jest tak dobra, a oferowane wam warunki tak rozsądne, na waszą lojalność padnie silne podejrzenie. O interes króla trzeba dbać. Dzielne wojsko, które przybyło tak licznie was bronić, nie może stać bezczynnie z powodu waszego zaniedbania w tym, czego rozsądnie od was można oczekiwać; wozy i konie muszą zostać dostarczone; inaczej dojdzie pewnie do metod siłowych, a wam wtedy pozostanie szukać rekompensaty gdzie wasza nadzieja, gdy wasza sprawa być może nie budzi żalu i nie zwraca się na nią uwagi.

Nie mam w tej sprawie żadnego interesu własnego, z wyjątkiem satysfakcji, że próbuję zrobić coś dobrego, a moją nagrodą za trudy będzie tylko moja praca. Jeżeli ta metoda uzyskania wozów i koni nie ma szans powodzenia, jestem zobowiązany dać generałowi znać w dni czternaście; spodziewam się, że pan John St. Clair, huzar, natychmiast wkroczy do regionu ze swoim oddziałem, o czym mi słuchać będzie smutno, ponieważ jestem szczerze waszym przyjacielem i życzę wam dobrze.
Benjamin Franklin.

*****

Zanim otrzymaliśmy wiadomość o porażce Braddocka, przyszło do mnie dwóch od doktora Bonda z zapisami na wielkie fajerwerki. Mieliśmy radośnie świętować zajęcie fortu Duquesne. Nie uśmiechnąłem się nawet i powiedziałem, że będzie dość czasu się przygotować na radość, kiedy będziemy wiedzieć, iż mamy po temu okazję. Wyglądali na zaskoczonych, że nie zgodziłem się od razu z ich propozycją. „Do d…a”! Powiedział jeden, „na pewno nie spodziewa się pan, że fortu nie weźmiemy”? „Nie mam wiadomości, że nie będzie on wzięty, ale wiem, że podczas wojny rozwój wypadków jest zawsze bardzo niepewny”. Podałem im powody moich wątpliwości. Zrezygnowali z zapisów, a autorzy owego projektu uniknęli tym samym cierpienia, jakie by się stało ich udziałem, gdyby fajerwerki były gotowe. Doktor Bond powiedział potem przy jakiejś innej okazji, że nie lubi przeczuć Franklina. Gubernator Morris, który przed porażką Braddocka cały czas martwił Zgromadzenie wiadomościami jedna za drugą, aby wydali przepisy i zebrali pieniądze na obronę regionu bez opodatkowania, między innymi, właścicieli ziemskich, a odrzucał wszelkie przepisy bez takiej klauzuli, teraz zdwoił swoje ataki z większą nadzieją na sukces, jako że i niebezpieczeństwo i potrzeba były większe. Zgromadzenie pozostało jednak twardo przy swoim; wierzyli, że sprawiedliwość była po ich stronie, że poddawaliby jakieś prawo podstawowe, gdyby ścierpieli poprawki gubernatora do swoich finansowych przepisów. W jednym takim ostatnio, który dawał pięćdziesiąt tysięcy funtów, jego proponowaną poprawką było tylko jedno słowo. Przepis mówił wyraźnie, „wszelki majątek, osobisty zarówno jak nieruchomości, mają być opodatkowane, nie wyłączając właścicieli ziemskich”. Jego poprawką było, zamiast nie czytaj jedynie: bardzo mała, ale znacząca zmiana. Kiedy wieści o katastrofie dotarły do Anglii, nasi tamtejsi przyjaciele, co do których dbaliśmy, aby mieli wszystkie odpowiedzi Zgromadzenia na wiadomości gubernatora, wszczęli hałas przeciwko ziemskim właścicielom, o ich skąpstwo i niesprawiedliwość, jaką było wydawanie gubernatorowi takich instrukcji; niektórzy posunęli się tak daleko, jak stwierdzenie, że ograniczanie obronności regionu odbierało im do owej obrony prawo. To wzbudziło ich obawy i wysłali do swojego skarbnika zlecenia na dodanie z ich pieniędzy pięciu tysięcy funtów do jakiejkolwiek sumy zebranej na ten cel przez Zgromadzenie.

*****

Zgodziłem się z nim pojechać następnego poranka. Pan Hanbury zabrał mnie do owego szlachcica swoim powozem, a ten przyjął z wielką uprzejmością. Po paru pytaniach o obecny stan spraw w Ameryce i na ten temat opinii, powiedział, „Wy Amerykanie macie błędne pojęcie o naturze waszej konstytucji; spieracie się, że instrukcje króla dla jego gubernatorów nie są prawem, a uważacie, że macie swobodę ich słuchać albo i nie, wedle własnego uznania. Te instrukcje nie są jak wskazania do protokołu, które się wkłada ministrowi w kieszeń przed wyjazdem za granicę, aby się sprawował przy jakimś trywialnym punkcie ceremonii. Te instrukcje piszą nasi sędziowie, uczeni w prawie; są rozważane, dyskutowane i jeśli poprawiane, to w Radzie, po czym podpisuje je król. Stają się wtedy, odnośnie do was, prawem państwowym, jako że król jest LEGISLATOREM KOLONII”. Powiedziałem jego lordowskiej mości, że była to dla mnie doktryna nowa. Zawsze rozumiałem z naszych statutów, że nasze prawa miały być stanowione przez nasze Zgromadzenia, w rzeczy samej przedstawiane królowi dla jego zgody, ale potem król nie mógł ich zmieniać ani unieważniać. A ponieważ Zgromadzenia nie mogły ustanawiać trwałych praw bez jego zgody, tak samo nie mógł on, bez zgody z ich strony. Zapewnił mnie, że zupełnie się mylę. Nie uważałem tak, a rozmowa z jego lordowską mością nieco mnie zaalarmowała w kwestii odczuć i skłonności dworu względem Ameryki.