AUTOBIOGRAPHY BY B. FRANKLIN | AUTOBIOGRAFIA B. FRANKLINA

Moje poczucie osobistego szczęścia, jak je brałem na rozum, skłaniało mnie czasem by mówić, iż jak by mi dano wybór, nie wahałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki, która daje poprawić pewne wady pierwszej.  

Mógłbym wtedy nie tylko naprawić wady, ale i zmienić niektóre ponure przypadki oraz ich skutki dla innych na takie bardziej przychylne. A nawet jak by mi tego nie dano, jednak bym się zdecydował. Jako że takiej powtórki nie należy się spodziewać, najbliższe ponownemu przeżywaniu swojego życia zdaje się być jego wspominanie, w formie jak najtrwalszej, czyli w piśmie.


Translation by | Tłumaczenie: Teresa Pelka, 2020.
Standard copyright | Standardowe prawo autorskie
Praca w toku.


Dogodzę też tutaj tej skłonności tak naturalnej u ludzi starszych, aby mówić o sobie i swoich przeszłych działaniach; a zrobię to bez naprzykrzania się innym, gdyż do słuchania mogliby się czuć zobowiązani szacunkiem dla wieku, a zapiski można sobie czytać albo nie, jak wola. Na koniec (co mogę równie dobrze przyznać, bo przeczeniu i tak by nikt nie uwierzył), może i dość zadowolę swą próżność. Doprawdy z rzadka, ale zdarzało się mi słyszeć lub widzieć w ramach wstępu słowa jak „Bez próżności mogę powiedzieć”, i tym podobne, tyle że coś próżnego było zaraz potem. Większość ludzi nie lubi próżności u innych, jakąkolwiek sami w sobie mają, ale ja mam dla niej szczere uznanie wszędzie gdzie napotykam, przekonany iż często przynosi dobro swemu gospodarzowi, a też innym ludziom w sferze jego działań; takoż w wielu przypadkach nie byłoby człowiekowi absurdem dziękować Bogu za swoją próżność, pomiędzy innymi zaletami życia.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHER

Deklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

W owym mniej więcej czasie wpadł mi w oko egzemplarz Spektatora. Był to numer trzeci. Nigdy przedtem żadnego nie widziałem. Kupiłem go, czytałem raz za razem, i delektowałem się bardzo. Styl pisania uznałem za świetny i chciałem się w miarę możliwości takiego nauczyć. Z tym na widoku chwyciłem parę artykułów, zanotowałem krótkie wzmianki o przesłance w każdym zdaniu, odłożyłem na parę dni, a potem, bez zaglądania do magazynu, spróbowałem każdy temat rozwinąć do postaci pełnej, jaką miał przedtem, w dowolnych słowach o właściwym charakterze jakie mi przychodziły pod pióro. Potem porównałem mojego „Spektatora” z oryginałem, odkryłem niektóre z moich niedociągnięć i je poprawiłem. Zauważyłem jednak niedobór w moim zasobie słów, bądź zdolności ich przywodzenia na myśl i użycia, co do czego pomyślałem że już bym taką wprawę był rozwinął, gdybym dalej pisał wierszem, jako że daje to stale okazję do słów tej samej wagi a różnej długości, dla dopasowania miary, bądź tej samej wagi a różnych w brzmieniu, dla rymu, co by mnie przymuszało do ciągłego wyszukiwania rozmaitości, a utrwalało ją w umyśle i czyniło w niej sprawnym. Takoż wybrałem parę tekstów i zapisałem je wierszem; po jakimś czasie, jak już dość dobrze zapomniałem prozę, zmieniłem je z powrotem. Pomieszałem też czasem moje kolekcje wzmianek i po paru tygodniach próbowałem ułożyć w jak najlepszy porządek, zanim rozpisałem w pełne zdania i dopełniłem do artykułu. Miało mnie to nauczyć metody w organizowaniu myśli. Porównując potem moje wypracowanie z oryginałem, znajdowałem wady i je naprawiałem, jednak zdarzało mi się też przyjemnie bawić myślą, że względem niektórych szczegółów pomniejszego znaczenia miałem dość szczęścia metodę lub język usprawnić, co podbudowywało mnie w zamiarze by się stać po trochu znośnym po angielsku autorem, co do czego miałem olbrzymią ambicję. Czas na te ćwiczenia i czytanie miałem w nocy, po pracy albo zanim się rano zaczynała, oraz w niedziele, kiedy udawało mi się być samemu w drukarni, unikając jak się da uczestnictwa w religijnych obrzędach, którą to obecność ojciec egzekwował jak byłem pod jego opieką, a ja nadal uznawałem za obowiązek, tyle że zdawało mi się, nie stać mnie wtedy było na jego wypełnianie.


Chętny doskonalić język, napotkałem na angielską gramatykę (myślę, Greenwooda), u której końca były dwa krótkie literackie szkice o sztukach, retoryki oraz logiki, a ten drugi kończył się próbką dysputy metodą sokratejską. Niedługo potem zdobyłem „O Sokratesie rzecz pamiętną”, autorstwa Ksenofonta, gdzie jest wiele przykładów tej samej metody. Urzekła mnie, przyjąłem ją, porzuciłem moje nieokrzesane sprzeczności i argumenty drogą stwierdzenia, a przybrałem skromnego badacza i sceptyka. A będąc wtedy, po lekturze Shaftesbury’ego i Collinsa, rzeczywiście sceptykiem co do wielu punktów naszej religijnej nauki, poznałem się na tej metodzie jako najbezpieczniejszej dla mnie i bardzo kłopotliwej dla tych, przeciwko którym ją kierowałem; rozkoszowałem się w niej, ćwiczyłem ją stale i nabyłem znacznej wprawy we wciąganiu ludzi, nawet o wiedzy wyższej niż moja, w ustępstwa o skutkach przez nich nie przewidywanych, oplątując ich trudnościami z których się nie mieli jak wywikłać, a odnosząc zwycięstwa, na które ja czy moje powody nie zawsze zasługiwały. Uprawiałem tę metodę jakieś parę lat, ale po trochu od niej odszedłem, a zachowałem tylko zwyczaj wyrażania się w pojęciach skromnej nieokreśloności; wnosząc rzecz do dyskusji, nie używam słów jak oczywiścieniewątpliwie, czy wielu tych innych, które dają opinii aurę stwierdzenia; wolę mówić, jak tą rzecz pojmuję lub widzęna to mi wygląda, bądź jak by wynikało, z takich to a takich powodów, tak sobie to wyobrażam, lub jest tak, o ile się nie mylę. Ten zwyczaj, jak wierzę, przyniósł mi wiele korzyści, gdy miałem okazję krzewić swoje opinie i przekonywać ludzi do sposobów w których promocję bywałem angażowany; a że głównym celem rozmowy jest dostarczyć informacji lub informację otrzymać, sprawić komuś przyjemność, czy kogoś przekonać, chciałbym, aby ludzie rozsądni, o dobrych intencjach, nie umniejszali swojej zdolności do czynienia dobra poprzez twierdzącą, taką, co z góry zakłada, manierę, bo ta rzadko zawodzi w budzeniu niechęci i oporu, niosąc porażkę każdemu z tych celów, na rozum, aby mowę mieć, to jest informacji bądź przyjemności. Ponieważ jeśli informujesz, stwierdzająca i dogmatyczna maniera w przekazywaniu odczuć może prowokować sprzeciw i odmawiać miejsca uczciwej rozwadze. Natomiast jeśli chcesz się poinformować i polepszyć swoją wiedzę tą od innych ludzi, a w tym samym czasie wyrażasz się jak osoba stanowczo utwierdzona w swoim obecnym zdaniu, rozsądni ludzie, którzy dysput nie kochają, zapewne pozostawią cię w niezmąconej niczym nieświadomości błędu. Bardzo rzadko jest nadzieja sprawić słuchaczom takim stylem przyjemność, czy też przekonać tych, których potrzebujesz po jednej z sobą stronie.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHER

Deklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

Starszy dżentelman powiedział że pójdzie ze mną do owego drukarza, a jak go znaleźliśmy, rzekł, „Sąsiedzie, przyprowadziłem ci młodego człowieka po fachu, może takiego zechcesz”. Ten zadał mi parę pytań, dał w ręce wierszownik żeby zobaczyć moją sprawność, i powiedział że wkrótce by mnie zatrudnił, tyle że akurat wtedy nie miał dla mnie nic do roboty; biorąc starego Bradforda, którego nigdy przedtem nie widział, za jednego z ludzi dobrej woli z tego samego miasta, zaczął z nim rozmowę o swoich bieżących przedsięwzięciach i projektach; a Bradford, nie ujawniając że był ojcem jedynego drugiego w mieście drukarza, gdy Keimer stwierdził, że się spodziewa wkrótce objąć większą część rynku, zaczął mu zadawać zręczne pytania i podnosząc drobne wątpliwości, dociekał poglądów, bazy w biznesie, oraz sposobu by interes prowadzić. Ja, który stałem obok i wszystko słyszałem, zaraz się zorientowałem, że jeden był zręcznym starym wygą, a drugi zwykłym nowicjuszem. Bradford zostawił mnie z Keimerem, a ten, gdy mu powiedziałem kto zacz ów starszy mężczyzna, był wielce zdziwiony.

Okazało się, drukarnia Keimera to stara rozklekotana prasa i jeden mały, wytarty zestaw angielskich czcionek, którego sam właśnie używał, komponując elegię o Aquila Rose, wspomnianym już przedtem bystrym młodym człowieku, szanowanym w mieście, kanceliście Zgromadzenia i całkiem sobie poecie. Keimer też układał wiersze, ale zupełnie inaczej. Nie dało się powiedzieć że je zapisywał, bo jego sposobem było układać czcionki od razu, z głowy. Jako że nie było kopii tekstu, a była tylko jedna para dużych i małych liter i dało się spodziewać że elegia będzie potrzebować wszystkich, nie było jak mu pomóc. Podjąłem się ustawić jego prasę (której nigdy przedtem nie używał i wcale się na niej nie znał), a obiecawszy przyjść i wydrukować jego elegię jak tylko będzie gotowa, wróciłem do Bradforda, który dał mi drobne zajęcie na tymczasem, a tam też zamieszkałem i jadłem. Po paru dniach Keimer przysłał po mnie, żeby drukować elegię. Miał teraz następną parę czcionek oraz pamflet do przedruku i powiedział, żebym się do tego też zabrał.


Pod koniec kwietnia 1724 roku nadarzyła się okazja małą łódką do Bostonu. Wziąłem wolne od Keimera niby na wizytę u przyjaciół. Gubernator dał mi do ojca pokaźny list; chwalił mnie w wielu słowach i mocno polecał projekt założenia przeze mnie biznesu w Filadelfii, jako rzecz co musi przynieść majątek. Na zatoce uderzyliśmy w mieliznę i nabawili się w łódce dziury; na szerokiej wodzie głośno się czubiliśmy i musieli prawie cały czas pompować, w czym odrobiłem swoje. Dotarliśmy jednak do Bostonu bezpiecznie, w jakieś dwa tygodnie. Nie było mnie jakieś siedem miesięcy, a przyjaciele nie mieli żadnych wieści, bo szwagier Holmes ani jeszcze nie wrócił, ani nie napisał. Moje nieoczekiwane pojawienie się zaskoczyło rodzinę, ale byli zadowoleni i witali mile, z wyjątkiem brata. Poszedłem do niego do drukarni. Ubrany byłem lepiej niż kiedykolwiek u niego na służbie, garnitur i elegancja od stóp po głowę, zegarek i jakieś pięć funtów szterlingów srebrem w kieszeniach. Przyjął mnie niezbyt otwarcie, obejrzał, i wrócił do pracy.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHER

Deklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

Podjąłem się dzielnie i żarliwie moralnego doskonalenia. Chciałem żyć bez moralnego defektu; przełamywałem wszelką skłonność naturalną lub zwyczaj, a rezygnowałem z towarzystwa, czegokolwiek, co by mnie do defektu prowadziło. Jako że wiedziałem bądź też myślałem, że wiem, co jest racją, a co nią nie jest, nie rozumiałem, dlaczego nie udawało mi się zawsze trzymać racji i unikać błędu. Szybko się przekonałem, że podjąłem się zadania trudniejszego, niż sobie wyobrażałem. Podczas gdy unikałem jednego defektu, zaskakiwał mnie inny; nawyk korzystał z nieuwagi, a skłonność bywała zbyt silna wobec rozumu. Doszedłem do wniosku, że zwykłe czyli spekulatywne założenie, iż trzeba nam waloru, nie wystarcza dla ochrony przed potknięciami; że wpierw należy się pozbyć sprzecznych nawyków, nabyć i utrwalić dobre, a dopiero potem może człowiek mieć podporę w postępowaniu statecznym, spójnym i prawym. Dla tego celu obmyśliłem następującą metodę.


Załączyłem pod trzynastoma nazwami zalet wszystko, co wtedy wyglądało mi na potrzebne i godne, a do każdej dodałem krótkie prawidło czy też opis, w pełni wyjaśniający zakres, jaki nadawałem każdemu z pojęć.

Nazwy zalet i ich opisy były, jak następuje:
1. POWŚCIĄGLIWOŚĆ. Nie jedz do ociężałości; nie pij alkoholu do stanu uniesienia.
2. CISZA. Nie mów, chyba że korzystnie to oddziałuje na innych lub ciebie; unikaj mowy bez sensu.
3. PORZĄDEK. Niech twoje rzeczy mają swoje miejsce; niech każda część twojego biznesu ma swój czas.
4. STANOWCZOŚĆ. Decyduj się dokonać tego, co powinieneś; bez uchybienia dokonuj tego, co zdecydowałeś.
5. OSZCZĘDNOŚĆ. Nie wydawaj pieniędzy, chyba że dla dobra innych lub swojego, to jest, nie marnuj niczego.
6. PRACOWITOŚĆ. Nie marnuj czasu; zajmuj się zawsze czymś, co się tobie przydaje; odrzuć działania zbędne.
7. UCZCIWOŚĆ. Nie mijaj się z prawdą, gdy to szkodzi; bądź prostoduszny, a mów stosownie.
8. SPRAWIEDLIWOŚĆ. Nie krzywdź nikogo kontuzją lub urazem, czy też nie dopełniając obowiązku.
9. UMIARKOWANIE. Unikaj ekstremów; nie oburzaj się o urazę bardziej, niż na to zasługuje.
10. CZYSTOŚĆ. Nie toleruj brudu ciała, ubrania, czy mieszkania.
11. SPOKÓJ. Nie pozwalaj, by cię wzburzały nieistotne drobiazgi, czy też przypadki zwykłe lub nieuniknione.
12. CZYSTOŚĆ OBYCZAJÓW. Nie oddawaj się często płciowości, a jedynie, gdy zdrowo lub by mieć potomstwo; nigdy do stanu otępienia, osłabienia, czy szwanku na reputacji.
13. SKROMNOŚĆ. Niech ci będą wzorem Jezus i Sokrates.


W 1751 roku doktor Thomas Bond, mój przyjaciel, wystąpił z pomysłem założenia w Filadelfii szpitala (był to zamysł dobroczynny, później mi go przypisano, ale oryginalnie był on jego), aby przyjmować i leczyć osoby ubogie, z miasta czy regionu. Był bardzo gorliwy i aktywny, podjął się samodzielnie zebrać podpisy, ale propozycja była w Ameryce nowością, do tego z początku nie za dobrze rozumianą, nie odniósł więc większego sukcesu.

Przyszedł po jakimś czasie do mnie z komplementem, że zauważył, iż żadnej sprawy publicznej nie dało się bez mojego zaangażowania uskutecznić. Mówi, „Gdy proponuję zapisy, ludzie często pytają, Czy skonsultował się pan z Franklinem w sprawie tego biznesu? Co myśli o tym Franklin? A jak im mówię, że nie zapytałem (spodziewając się, że to pomysł raczej nie po twojej linii), nie zapisują się i mówią, że się zastanowią”. Wypytałem go o naturę oraz możliwą użyteczność pomysłu, a otrzymawszy bardzo zadowalające wyjaśnienie, nie tylko sam się zapisałem, ale zająłem z serca zbieraniem podpisów od innych. Przed zbiórką jednak podjąłem się przygotować na pomysł umysły, pisząc o nim w gazecie, co już było w takich przypadkach moim zwyczajem, a czego on nie powziął.


OGŁOSZENIE
LANCASTER, 26 kwietnia 1755.
Ponieważ siły zbrojne jego wysokości, które mają się niedługo spotkać przy Will’s Creek, potrzebują na służbę stu pięćdziesięciu wozów po cztery konie na każdy wóz, piętnastu setek wierzchowców oraz koni jucznych, a jego ekscelencja Generał Braddock stwierdził, że z przyjemnością mnie upoważni do zakontraktowania ich wynajmu, daję niniejszym ogłoszenie, że będę dla tego celu obecny w Lancaster od dzisiaj do następnej środy wieczorem, a w Yorku od następnego czwartku rano do piątku wieczorem. Będę gotów zawierać umowy na wozy, pojedyncze konie oraz czwórki, na następujących terminach: 1. Za każdy wóz z czterema zdatnymi końmi i woźnicą, piętnaście szylingów na dzień; za każdego zdatnego konia z siodłem jucznym lub innym i uprzężą, dwa szylingi na dzień; a za każdego zdatnego konia bez siodła, osiemnaście pensów na dzień. 2. Płaca zaczyna się od dnia dołączenia do sił zbrojnych przy Will’s Creek, co musi mieć miejsce w dniu bądź też przed 20. Maja, a za czas potrzebny na podróż do Will’s Creek i z powrotem do domu, po zakończeniu służby, zostanie uiszczona rozsądna płaca. 3. Każdy wóz i czwórka, każdy wierzchowiec i każdy koń juczny, będą oceniane przez osoby neutralne względem mnie i właściciela; a w przypadku utraty któregoś wozu, czwórki, czy pojedynczego konia na służbie, zostanie zapłacona cena, stosownie do wyceny jak wyżej. 4. Jeżeli będzie to wymagane, wypłacę właścicielowi każdego wozu, czwórki, czy konia, siedmiodniową zaliczkę na rękę w czasie zawierania kontraktu, a resztę zapłaci Generał Braddock, bądź skarbnik armii, o czasie zwolnienia ze służby, bądź też od czasu do czasu, jak okaże się potrzebnym. 5. Żaden woźnica czy opiekun wynajętych koni, nie zostanie, w żadnym wypadku wzięty do służby wojskowej, czy też zatrudniony inaczej niż przy dbaniu o wozy i konie. 6. Wszelkie zboża, indiańskie ziarna, czy inna żywność, jaką wozy czy konie przyniosą do obozu w ilości większej niż potrzeba dla utrzymania koni, zostaną zabrane na użytek armii, a zostanie za nie zapłacona rozsądna cena.

Nota. Mój syn William Franklin jest upoważniony do zawierania takich kontraktów z osobami w okręgu Cumberland. Benjamin Franklin.


Zgodziłem się z nim pojechać następnego poranka. Pan Hanbury zabrał mnie do owego szlachcica swoim powozem, a ten przyjął z wielką uprzejmością. Po paru pytaniach o obecny stan spraw w Ameryce i na ten temat opinii, powiedział, „Wy Amerykanie macie błędne pojęcie o naturze waszej konstytucji. Spieracie się, że instrukcje króla dla jego gubernatorów nie są prawem, a uważacie, że macie swobodę ich słuchać albo i nie, wedle własnego uznania. Te instrukcje nie są jak wskazania do protokołu, które się wkłada ministrowi w kieszeń przed wyjazdem za granicę, aby się sprawował przy jakimś trywialnym punkcie ceremonii. Te instrukcje piszą nasi sędziowie, uczeni w prawie. Są rozważane, dyskutowane i jeśli poprawiane, to w Radzie, po czym podpisuje je król. Stają się wtedy, odnośnie do was, prawem państwowym, jako że król jest LEGISLATOREM KOLONII”. Powiedziałem jego lordowskiej mości, że była to dla mnie doktryna nowa. Zawsze rozumiałem z naszych statutów, że nasze prawa miały być stanowione przez nasze Zgromadzenia, w rzeczy samej przedstawiane królowi dla jego zgody, ale potem król nie mógł ich zmieniać ani unieważniać. A tak jak Zgromadzenia nie mogły ustanawiać praw bez jego zgody, tak samo nie mógł on, bez zgody z ich strony. Zapewnił mnie, że zupełnie się mylę.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHER

Deklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

Published by Teresa Pelka

Linguist, specialized in American English and psycholinguistics; inventor of Language Mapping, a generative grammar method; author and translator.