AUTOBIOGRAPHY BY B. FRANKLIN | AUTOBIOGRAFIA B. FRANKLINA

Translation by | Tłumaczenie: Teresa Pelka, 2019.
Standard copyright | Standardowe prawo autorskie
Praca w toku.

Drogi synu: zawsze lubiłem wynajdywać historyjki o moich przodkach. Może pamiętasz moje poszukiwania pośród pamiątek po krewnych, jak byłeś ze mną w Anglii, oraz podróż, którą dla tego celu podjąłem. Wyobrażam sobie, że i ty chciałbyś się zapoznać z moimi życiowymi okolicznościami, o których wiele ci jeszcze nie jest wiadome; a że spodziewam się, iż cały ten tydzień nieprzerwanego wypoczynku w moim obecnym wiejskim oddaleniu upłynie przyjemnie, siadam, aby je dla ciebie spisać. Mam po temu i inne zachęty. Wzniósłszy się ponad niedostatek i mrok, w których się urodziłem i wychowywałem, do stanu zamożnego i przy tym pewnej reputacji w świecie, a żyjąc dotąd życiem w znacznej mierze szczęśliwym, myślę, iż moi potomni mogą zechcieć poznać te moje sposoby, które z bożym błogosławieństwem przyniosły dobry skutek, gdyż sposoby takie mogą się okazać przydatne w ich własnych okolicznościach, a takoż warte naśladowania.

Moje poczucie osobistego szczęścia, jak się nad nim zastanawiałem, skłaniało mnie czasem do myśli, iż jak by mi dano wybór, nie sprzeciwiałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od jego początku, prosząc jedynie o tę autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki, która pozwala poprawić pewne wady pierwszej. Mógłbym wtedy nie tylko naprawić wady, ale i zmienić niektóre ponure przypadki i wydarzenia na takie bardziej przychylne. A nawet jak by mi tego nie dano, jednak bym się zdecydował. Jako że takiej powtórki nie należy się spodziewać, najbliższe ponownemu przeżywaniu własnego życia może być jego wspominanie w formie jak najtrwalszej, czyli w piśmie.

Uczynię też tutaj zadość tej skłonności tak naturalnej u ludzi starszych, aby mówić o sobie i swoich przeszłych działaniach. Zrobię to bez naprzykrzania się innym, ponieważ do słuchania mogliby się czuć zobowiązani szacunkiem dla wieku, a zapiski można sobie czytać albo nie, jak wola. Na koniec (co mogę równie dobrze przyznać, bo w zaprzeczanie i tak nikt nie uwierzy), może i dość zadowolę swoją próżność. W rzeczy samej z rzadka, ale słyszałem bądź widziałem słowa wstępu jak „Bez próżności mogę powiedzieć”, tyle że coś próżnego następowało zaraz potem. Większość ludzi nie lubi próżności u innych, jakąkolwiek sami w sobie mają, ale ja mam dla niej szczere uznanie, gdziekolwiek napotykam, bo mam spostrzeżenie, iż często przynosi dobro swemu gospodarzowi, a też innym ludziom w sferze jego działań. Takoż w wielu przypadkach nie byłoby to ogólnie absurdem, gdyby człowiek dziękował Bogu za swoją próżność, pomiędzy innymi zaletami życia.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHERDeklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

W owym mniej więcej czasie wpadł mi w oko wolumin Spektatora, numer trzeci. Przedtem żadnego nie widziałem. Kupiłem go, czytałem raz i drugi, a delektowałem się nim bardzo. Styl pisania uznałem za świetny i chciałem się w miarę możliwości takiego nauczyć. Z tym na widoku wziąłem parę kartek, zanotowałem krótkie wzmianki o temacie, każdą w jednym zdaniu, odłożyłem na parę dni, a potem, bez zaglądania do magazynu, powziąłem każdy temat rozwinąć do postaci pełnej, jaką miał przedtem, w dowolnych o właściwym charakterze słowach jakie przychodziły pod pióro. Potem porównałem mojego „Spektatora” z oryginałem, odkryłem niektóre z moich niedociągnięć i je poprawiłem. Zauważyłem, że mi trzeba pewnego zasobu słów bądź zdolności ich przywodzenia na myśl i pożytkowania. Myślałem co do tego, że już powinienem był mieć taką wprawę od pisania wierszem, gdyż daje ono stale okazję do słów tej samej wagi a różnej długości, dla dopasowania miary, bądź też różnych w brzmieniu, dla rymu; przymuszało mnie to do ciągłego wyszukiwania rozmaitości, a utrwalało ją w umyśle i czyniło w niej sprawnym. Takoż zacząłem wybierać treści i zapisywać je wierszem, a po jakimś czasie, jak już zapomniałem prozę dość dobrze, zmieniałem je z powrotem. Czasem też mieszałem moje kolekcje wzmianek i po paru tygodniach próbowałem ułożyć w jak najlepszy porządek, po czym rozpisywałem w pełne zdania i dopełniałem do artykułu. Miało mi to pomóc sobie wyrobić metodę dla organizowaniu myśli. Porównując potem moje prace z oryginałem, znajdowałem wady i je naprawiałem, jednak czasem miałem przyjemność w bawieniu się myślą, że względem niektórych szczegółów pomniejszego znaczenia miałem dość szczęścia metodę lub język usprawnić, a to mnie podbudowywało, że z czasem mógł być ze mnie znośny po angielsku autor, co do czego miałem olbrzymią ambicję.


Miałem chęć doskonalić język. Napotkałem na angielską gramatykę (myślę, że był to Greenwood), u której końca były dwa krótkie szkice literackie o sztukach, retoryki oraz logiki. Ten drugi kończył się próbką dyskusji w stylu metody sokratejskiej. Niedługo potem zdobyłem Ksenofonta „Rzeczy pamiętne o Sokratesie”, gdzie jest wiele przykładów tej samej metody. Urzekła mnie, przybrałem ją, porzuciłem szorstkie sprzeczności i argumenty drogą stwierdzenia, a przyjąłem skromnego badacza i sceptyka. A byłem wtedy sceptykiem rzeczywiście, co do wielu punktów naszej religijnej nauki, przeczytawszy Shaftesbury’ego i Collinsa. Metoda okazała się najbezpieczniejsza dla mnie, a najbardziej kłopotliwa dla tych, na których ją stosowałem. Rozkoszowałem się w niej, ćwiczyłem stale i nabyłem znacznej wprawy we wciąganiu ludzi, nawet o wiedzy wyższej niż moja, w ustępstwa o skutkach przez nich nieprzewidywanych, oplątując ich trudnościami dla nich bez wyjścia, a odnosząc zwycięstwa, na które ja czy moje powody nie zawsze zasługiwały. Uprawiałem ową metodę jakieś parę lat, ale po trochu zacząłem od niej odchodzić, zachowując tylko zwyczaj wyrażania się w pojęciach skromnej nieokreśloności. I dziś wnosząc rzecz do dyskusji, nie używam słów jak oczywiście, niewątpliwie, czy wielu innych z tych, co dają opinii aurę twierdzenia. Wolę mówić, jak tę rzecz pojmuję lub widzę, na co mi wygląda, bądź jak by wynikało, z takich to a takich powodów, jak sobie to wyobrażam, lub jak jest, o ile się nie mylę. Ten zwyczaj, jak wierzę, przyniósł mi wiele korzyści, gdy miałem okazję krzewić swoje opinie i przekonywać ludzi do sposobów jakie chciałem promować. Jako że głównym celem rozmowy jest poinformować lub informację otrzymać, sprawić przyjemność czy przekonać, chciałbym, aby ludzie rozsądni, o dobrych intencjach, nie umniejszali swojej zdolności do czynienia dobra poprzez twierdzącą, taką, co z góry zakłada, manierę; bo ta rzadko zawodzi w budzeniu niechęci i oporu, czy przynoszeniu porażki każdemu z tych na rozum celów, aby mowę mieć, to jest, informacji bądź przyjemności. Gdyż jeśli informujesz, stwierdzająca i dogmatyczna maniera w przekazywaniu pojęć może prowokować opór i uniemożliwiać uczciwą rozwagę. A jeśli chcesz informacji i usprawnienia z zasobów wiedzy innych ludzi, a wyrażasz się w tym samym czasie jak osoba stanowczo utwierdzona w swoim obecnym zdaniu, rozsądni ludzie, którzy dysput nie kochają, zapewne pozostawią cię w niezmąconej niczym nieświadomości popełnianego przez ciebie błędu. Bardzo rzadko jest nadzieja sprawić słuchaczom taką manierą przyjemność, czy też przekonać tych, których potrzebujesz po jednej z sobą stronie. Jak rozsądnie mówi Pope:
Jakby nikt nie nauczał, należy ludzi uczyć,
Rzeczy nowych jak tych, co je pamięci przywrócić;

Dalej zaleca on:
Bo mówić, to miast pewności przybrać przypuszczenie.

A mógł tu połączyć wers, który z innym złączył, myślę, mniej stosownie:
Wszak to umiarkowania chęć jest sensu pragnieniem.

Gdybyś pytał, dlaczego mniej stosownie, muszę tu powtórzyć:
Gdyż nieumiarkowanych słów próżne jest bronienie,
Wszak to umiarkowania chęć jest sensu pragnieniem.

Czy pragnienie sensu (kiedy człowiek jest tak nieszczęsny, że mu brak) nie jest jakimiś usprawiedliwieniem dla chęci umiarkowania? A czy nie byłoby lepiej, gdyby tak ułożyć?
Nieumiarkowanych słów to jedno jest bronienie,
Gdy umiarkowania chęć jest sensu pragnieniem
.
Poddałbym to jednak lepszemu osądowi.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHERDeklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

Poszedłem do Andrew Bradforda, drukarza. Spotkałem tam jego ojca, owego znajomego z Nowego Jorku. Podróżując konno, dotarł do Filadelfii przede mną. Przedstawił mnie swojemu synowi, a ten przyjął mnie uprzejmie, dał śniadanie, ale powiedział, że nie potrzebuje pomocy, bo właśnie kogoś znalazł. Był jednak w mieście nowy drukarz, niejaki Keimer, i może była szansa, że mi da pracę. Jeśli nie, zapraszał na stancję u siebie; dawałby mi od czasu do czasu drobne prace, póki nie byłoby lepszego interesu.

Starszy dżentelmen powiedział, że pójdzie ze mną do owego drukarza, a jak go znaleźliśmy, rzekł, „Sąsiedzie, przyprowadziłem ci młodego człowieka po fachu, może takiego zechcesz”. Ten zadał mi parę pytań, dał w ręce wierszownik, żeby zobaczyć jak sobie radzę, i powiedział, że niedługo mnie zatrudni, chociaż wtedy akurat nie miał dla mnie nic do roboty. Bradforda też nigdy przedtem nie widział. Zaczął z nim rozmowę, mając go po prostu za jednego z ludzi dobrej woli z tego samego miasta. Mówił o swoich bieżących przedsięwzięciach i projektach, a Bradford nie ujawniał, że był ojcem jedynego innego w mieście drukarza. Kiedy Keimer powiedział, że się wkrótce spodziewa objąć większą część rynku, Bradford zaczął mu zadawać zręczne pytania i podnosząc drobne wątpliwości, dociekał poglądów, oparcia w biznesie oraz sposobu, żeby interes prowadzić dalej. Ja stałem nieopodal i wszystko słyszałem. Zaraz się zorientowałem, że jeden był zręcznym starym wygą, a drugi zwykłym nowicjuszem. Bradford zostawił mnie z Keimerem, który bardzo się zdziwił, kiedy mu powiedziałem, kim był ów starszy mężczyzna.

Okazało się, iż drukarnia Keimera to stara rozklekotana prasa i jeden mały, wytarty zestaw angielskich czcionek, którego sam właśnie używał, komponując elegię o Aquila Rose, owym wspomnianym przedtem bystrym młodym człowieku o dużym poszanowaniu w mieście, kanceliście Zgromadzenia i całkiem sobie poecie. Keimer też układał wiersze, ale całkiem inaczej. Nie dało się powiedzieć, że je zapisywał, bo jego sposobem było układać czcionki od razu, z głowy. Jako że nie było kopii tekstu, a była tylko jedna para dużych i małych liter i dało się spodziewać, że elegia będzie wymagała wszystkich, nie było jak mu pomóc. Podjąłem się ustawić jego prasę (której nigdy przedtem nie używał i na której wcale się nie znał), a obiecawszy przyjść i wydrukować jego elegię jak tylko będzie gotowa, wróciłem do Bradforda. Ten dał mi drobne zajęcie na tymczasem, u niego też zamieszkałem i jadłem. Po paru dniach Keimer przysłał po mnie, żeby drukować elegię. Miał teraz następną parę czcionek oraz pamflet do przedruku i powiedział, żebym się do tego też zabrał.

Obydwaj drukarze byli kiepsko przygotowani do zawodu. Bradford nie był wychowywany do fachu i miał bardzo mało oczytania. A Keimer, chociaż w miarę scholar, był raczej twórcą i nie znał się nic a nic na drukarstwie. Był jednym z francuskich profetystów i umiał udawać ich entuzjastyczną ekscytację. Nie praktykował jednak w owym czasie żadnej konkretnej religii, tylko od okazji po trochu z wszystkiego. Mało wiedział o świecie i jak się później przekonałem, miał w sobie sporo z łobuza. Nie podobało mu się, że pracuję u niego i mieszkam u Bradforda. Miał dom ale bez mebli, nie mógł więc oferować kwatery, lecz dostał dla mnie miejsce u pana Read, tego o którym już pisałem, że miał własny dom. Mój kufer i ubrania do owej pory przybyły, więc moja powierzchowność mogła się stać dla oczu panny Read szacowna bardziej, niż pierwszego razu, kiedy mnie widziała na ulicy jedzącego bułkę.


Okazja do Bostonu nadarzyła się pod koniec kwietnia 1724 roku, małą łódką. Wziąłem od Keimera wolne, mówiąc, że się wybieram zobaczyć z przyjaciółmi. Gubernator dał mi do ojca pokaźny list: chwalił mnie w wielu słowach i mocno polecał projekt założenia przeze mnie biznesu w Filadelfii. Było to coś, napisał, co musi przynieść fortunę. Na zatoce trafiliśmy na mieliznę i nabawili się w łódce dziury. Na szerokiej wodzie głośno się czubiliśmy i musieli prawie cały czas pompować, w czym odrobiłem swoje. Jednak dotarliśmy do Bostonu bezpiecznie, w jakieś dwa tygodnie. Moja nieobecność trwała już wtedy około siedmiu miesięcy, a przyjaciele nie mieli o mnie żadnych wieści, bo szwagier Holmes ani jeszcze nie wrócił, ani nie napisał. Moje nieoczekiwane pojawienie się było dla rodziny niespodzianką, ale byli zadowoleni i witali mile, z wyjątkiem brata. Poszedłem do niego do drukarni. Ubrany lepiej niż kiedykolwiek na służbie u niego: elegancki komplet od stóp po głowę, zegarek i jakieś pięć funtów szterlingów srebrem w kieszeniach. Przyjął mnie niezbyt otwarcie, obejrzał, i wrócił do pracy.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHERDeklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79

Podjąłem się dzielnie i żarliwie moralnego doskonalenia. Chciałem żyć bez moralnego defektu; przełamywałem wszelką skłonność naturalną lub zwyczaj, a rezygnowałem z towarzystwa, czegokolwiek, co by mnie do defektu prowadziło. Jako że wiedziałem vądź też myślałem, że wiem, co jest racją, a co nią nie jest, nie rozumiałem, dlaczego nie udawało mi się zawsze trzymać racji i unikać błędu. Szybko się przekonałem, że podjąłem się zadania trudniejszego, niż sobie wyobrażałem. Podczas gdy unikałem jednego defektu, zaskakiwał mnie inny; nawyk korzystał z nieuwagi, a skłonność bywała zbyt silna wobec rozumu. Doszedłem do wniosku, że zwykłe czyli spekulatywne założenie, iż trzeba nam waloru, nie wystarcza dla ochrony przed potknięciami; że wpierw należy się pozbyć sprzecznych nawyków, nabyć i utrwalić dobre, a dopiero potem może człowiek mieć podporę w postępowaniu statecznym, spójnym i prawym. Dla tego celu obmyśliłem następującą metodę.


Załączyłem pod trzynastoma nazwami zalet wszystko, co wtedy wyglądało mi na potrzebne i godne, a do każdej dodałem krótkie prawidło czy też opis, w pełni wyjaśniający zakres, jaki nadawałem każdemu z pojęć.

Nazwy zalet i ich opisy były, jak następuje:
1. POWŚCIĄGLIWOŚĆ. Nie jedz do ociężałości; nie pij alkoholu do stanu uniesienia.
2. CISZA. Nie mów, chyba że korzystnie to oddziałuje na innych lub ciebie; unikaj mowy bez sensu.
3. PORZĄDEK. Niech twoje rzeczy mają swoje miejsce; niech każda część twojego biznesu ma swój czas.
4. STANOWCZOŚĆ. Decyduj się dokonać tego, co powinieneś; bez uchybienia dokonuj tego, co zdecydowałeś.
5. OSZCZĘDNOŚĆ. Nie wydawaj pieniędzy, chyba że dla dobra innych lub swojego, to jest, nie marnuj niczego.
6. PRACOWITOŚĆ. Nie marnuj czasu; zajmuj się zawsze czymś, co się tobie przydaje; odrzuć działania zbędne.
7. UCZCIWOŚĆ. Nie mijaj się z prawdą, gdy to szkodzi; bądź prostoduszny, a mów stosownie.
8. SPRAWIEDLIWOŚĆ. Nie krzywdź nikogo kontuzją lub urazem, czy też nie dopełniając obowiązku.
9. UMIARKOWANIE. Unikaj ekstremów; nie oburzaj się o urazę bardziej, niż na to zasługuje.
10. CZYSTOŚĆ. Nie toleruj brudu ciała, ubrania, czy mieszkania.
11. SPOKÓJ. Nie pozwalaj, by cię wzburzały nieistotne drobiazgi, czy też przypadki zwykłe lub nieuniknione.
12. CZYSTOŚĆ OBYCZAJÓW. Nie oddawaj się często płciowości, a jedynie, gdy zdrowo lub by mieć potomstwo; nigdy do stanu otępienia, osłabienia, czy szwanku na reputacji.
13. SKROMNOŚĆ. Niech ci będą wzorem Jezus i Sokrates.


W 1751 roku doktor Thomas Bond, mój przyjaciel, wystąpił z pomysłem założenia w Filadelfii szpitala (był to zamysł dobroczynny, później mi go przypisano, ale oryginalnie był on jego), aby przyjmować i leczyć osoby ubogie, z miasta czy regionu. Był bardzo gorliwy i aktywny, podjął się samodzielnie zebrać podpisy, ale propozycja była w Ameryce nowością, do tego z początku nie za dobrze rozumianą, nie odniósł więc większego sukcesu.

Przyszedł po jakimś czasie do mnie z komplementem, że zauważył, iż żadnej sprawy publicznej nie dało się bez mojego zaangażowania uskutecznić. Mówi, „Gdy proponuję zapisy, ludzie często pytają, Czy skonsultował się pan z Franklinem w sprawie tego biznesu? Co myśli o tym Franklin? A jak im mówię, że nie zapytałem (spodziewając się, że to pomysł raczej nie po twojej linii), nie zapisują się i mówią, że się zastanowią”. Wypytałem go o naturę oraz możliwą użyteczność pomysłu, a otrzymawszy bardzo zadowalające wyjaśnienie, nie tylko sam się zapisałem, ale zająłem z serca zbieraniem podpisów od innych. Przed zbiórką jednak podjąłem się przygotować na pomysł umysły, pisząc o nim w gazecie, co już było w takich przypadkach moim zwyczajem, a czego on nie powziął.


OGŁOSZENIE
LANCASTER, 26 kwietnia 1755.
Ponieważ siły zbrojne jego wysokości, które mają się niedługo spotkać przy Will’s Creek, potrzebują na służbę stu pięćdziesięciu wozów po cztery konie na każdy wóz, piętnastu setek wierzchowców oraz koni jucznych, a jego ekscelencja Generał Braddock stwierdził, że z przyjemnością mnie upoważni do zakontraktowania ich wynajmu, daję niniejszym ogłoszenie, że będę dla tego celu obecny w Lancaster od dzisiaj do następnej środy wieczorem, a w Yorku od następnego czwartku rano do piątku wieczorem. Będę gotów zawierać umowy na wozy, pojedyncze konie oraz czwórki, na następujących terminach: 1. Za każdy wóz z czterema zdatnymi końmi i woźnicą, piętnaście szylingów na dzień; za każdego zdatnego konia z siodłem jucznym lub innym i uprzężą, dwa szylingi na dzień; a za każdego zdatnego konia bez siodła, osiemnaście pensów na dzień. 2. Płaca zaczyna się od dnia dołączenia do sił zbrojnych przy Will’s Creek, co musi mieć miejsce w dniu bądź też przed 20. Maja, a za czas potrzebny na podróż do Will’s Creek i z powrotem do domu, po zakończeniu służby, zostanie uiszczona rozsądna płaca. 3. Każdy wóz i czwórka, każdy wierzchowiec i każdy koń juczny, będą oceniane przez osoby neutralne względem mnie i właściciela; a w przypadku utraty któregoś wozu, czwórki, czy pojedynczego konia na służbie, zostanie zapłacona cena, stosownie do wyceny jak wyżej. 4. Jeżeli będzie to wymagane, wypłacę właścicielowi każdego wozu, czwórki, czy konia, siedmiodniową zaliczkę na rękę w czasie zawierania kontraktu, a resztę zapłaci Generał Braddock, bądź skarbnik armii, o czasie zwolnienia ze służby, bądź też od czasu do czasu, jak okaże się potrzebnym. 5. Żaden woźnica czy opiekun wynajętych koni, nie zostanie, w żadnym wypadku wzięty do służby wojskowej, czy też zatrudniony inaczej niż przy dbaniu o wozy i konie. 6. Wszelkie zboża, indiańskie ziarna, czy inna żywność, jaką wozy czy konie przyniosą do obozu w ilości większej niż potrzeba dla utrzymania koni, zostaną zabrane na użytek armii, a zostanie za nie zapłacona rozsądna cena.

Nota. Mój syn William Franklin jest upoważniony do zawierania takich kontraktów z osobami w okręgu Cumberland. Benjamin Franklin.


Zgodziłem się z nim pojechać następnego poranka. Pan Hanbury zabrał mnie do owego szlachcica swoim powozem, a ten przyjął z wielką uprzejmością. Po paru pytaniach o obecny stan spraw w Ameryce i na ten temat opinii, powiedział, „Wy Amerykanie macie błędne pojęcie o naturze waszej konstytucji. Spieracie się, że instrukcje króla dla jego gubernatorów nie są prawem, a uważacie, że macie swobodę ich słuchać albo i nie, wedle własnego uznania. Te instrukcje nie są jak wskazania do protokołu, które się wkłada ministrowi w kieszeń przed wyjazdem za granicę, aby się sprawował przy jakimś trywialnym punkcie ceremonii. Te instrukcje piszą nasi sędziowie, uczeni w prawie. Są rozważane, dyskutowane i jeśli poprawiane, to w Radzie, po czym podpisuje je król. Stają się wtedy, odnośnie do was, prawem państwowym, jako że król jest LEGISLATOREM KOLONII”. Powiedziałem jego lordowskiej mości, że była to dla mnie doktryna nowa. Zawsze rozumiałem z naszych statutów, że nasze prawa miały być stanowione przez nasze Zgromadzenia, w rzeczy samej przedstawiane królowi dla jego zgody, ale potem król nie mógł ich zmieniać ani unieważniać. A tak jak Zgromadzenia nie mogły ustanawiać praw bez jego zgody, tak samo nie mógł on, bez zgody z ich strony. Zapewnił mnie, że zupełnie się mylę.

HARD COVER, DECLARATION, CONSTITUTION, BILL, AND FURTHERDeklaracja Niepodległości, Konstytucja, Karta Praw i dalsze poprawki, Proklamacja Emancypacji, Przemowa Gettysburska oraz amerykański hymn narodowy.
102 strony, okładka twarda, pełny wgląd, $19.79