AUTOBIOGRAPHY BY B. FRANKLIN | AUTOBIOGRAFIA B. FRANKLINA

Drogi synu: zawsze sprawiało mi przyjemność, wynajdywanie historyjek o moich przodkach. Może pamiętasz moje poszukiwania pośród pamiątek po krewnych, jak byłeś ze mną w Anglii, oraz podróż, którą dla tego celu podjąłem. Wyobrażając sobie, że i ty chciałbyś wiedzieć o okolicznościach w moim życiu, z których wiele nie jest tobie jeszcze wiadome, a spodziewając się przyjemności od całego tego tygodnia nieprzerwanego wypoczynku w moim obecnym wiejskim oddaleniu, siadam aby je dla ciebie spisać. Mam po temu i inne zachęty. Wzniósłszy się ponad biedę i mrok, w których się urodziłem i dorastałem, do stanu zamożnego, a przy tym do pewnej reputacji w świecie, żyjąc dotąd życiem w znacznym stopniu szczęśliwym, myślę, iż moi potomni mogą zechcieć poznać środki jakich używałem, a które z błogosławieństwem bożym tak dobrze zaskutkowały, jako że mogą się one okazać przydatne w ich własnych okolicznościach, a takoż warte naśladowania.

 

Owa szczęśliwość, jak się nad nią zastanawiałem, skłaniała mnie czasem by mówić, iż jak by mi dano wybór, nie sprzeciwiałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, a to od początku, jedynie prosząc o ową korzyść, jaką autorzy mają w drugim wydaniu książki, które pozwala poprawić pewne wady pierwszego. Mógłbym wtedy, oprócz poprawy wad, zmienić niektóre ponure przypadki i wydarzenia, na takie bardziej przychylne. Ale nawet jak by mi tego nie dano, zdecydowałbym się. Jako że takiej powtórki nie należy się spodziewać, wygląda na pomysł ponownemu przeżywaniu żywota najbliższy, owego życia wspominanie, a uczynienie tego wspominania trwałym jak możliwe, zapisując je.

 

Czynię też tutaj zadość tej skłonności tak naturalnej u ludzi starszych, aby mówić o sobie i swoich przeszłych działaniach, a czynię to bez naprzykrzania się innym, co z szacunku dla wieku mogliby się uznać do słuchania obowiązanymi, jako że tutejsze można sobie czytać albo nie, jak wola. Na koniec (co mogę przyznać, jako że w moje przeczenie nikt nie uwierzy), może i dość zadowolę swoją własną próżność. W rzeczy samej, rzadko słyszałem czy widziałem słowa wstępu bez żadnej próżności, a mogę powiedzieć, że jakaś próżnostka zawsze się przynajmniej potem pojawiała. Większość ludzi nie lubi próżności u innych, jakąkolwiek sami w sobie mają, ale ja jej daję szczere uznanie gdziekolwiek napotykam, w przekonaniu iż często przynosi dobro swemu gospodarzowi, a także tym, co się w sferze jego działań znajdują; takoż, w wielu przypadkach, nie byłoby to ogólnie absurdem, gdyby człowiek dziękował Bogu za swoją próżność, pomiędzy innymi zaletami życia.

 

A teraz, gdy mówię o dziękowaniu Bogu, z całą pokorą przyznać pragnę, że nadmieniane tu szczęście dotychczasowego żywota zawdzięczam Jego łaskawej opatrzności, która wskazała mi środki i sprawiła ich powodzenie. Moja wiara przynosi mi nadzieję, chociaż zakładać mi z góry nie wolno, iż to samo dobro dalej będzie mi sprzyjać, nadal szczęśliwość przynosząc, bądź dając siłę aby znieść jakąś fatalną zmianę, która może się mi przydarzyć tak samo, jak innym: charakter mojego przyszłego losu znany jest tylko Jemu, który ma moc uświęcić i zsyłane na nas niedole.

 

Notatki, które mi kiedyś wręczył jeden z wujów (który miał takie samo zainteresowanie w zbieraniu rodzinnych dykteryjek), dostarczyły mi paru szczegółów o naszych przodkach. Z tych notatek dowiedziałem się, że rodzina żyła w tej samej wiosce, Ecton, w Northhamptonshire, przynajmniej trzysta lat, a ile jeszcze przedtem, nie wiedział (może i od czasu kiedy imię Franklin, jak wołano niekórych ludzi, zostało przyjęte za nazwisko, kiedy wszyscy nazwiska w królestwie przyjmowali), na własnym gospodarstwie, akrów jakieś trzydzieści, z kuźnią, którą to profesję kontynuowano w rodzinie do czasów owego wuja, zawsze przysposabiając do zawodu najstarszego syna; a zwyczaj ten podtrzymywał i on, i mój ojciec, dla swoich najstarszych synów. Kiedy przeszukiwałem rejestry w Ecton, znalazłem zapisy ich urodzin, małżeństw i pogrzebów, ale tylko od roku 1555, jako że w tej parafii żadnych rejestrów z czasów wcześniejszych nie trzymano. Z tych zapisów dowiedziałem się, że byłem najmłodszym synem najmłodszego syna od pięciu pokoleń. Mój dziadek Thomas, urodzony w roku 1598, mieszkał w Ecton aż stał się za stary, żeby dalej pracować w biznesie, kiedy to poszedł mieszkać ze swoim synem Johnem, farbiarzem w Banbury, w Oxfordshire, u którego mój ojciec odbywał praktykę. Tam mój dziadek zmarł i został pochowany. Widzieliśmy jego grób w 1758. Jego najstarzy syn Thomas mieszkał w domu w Ecton, a zostawił go razem z ziemią jego jedynemu dziecku, córce, która z mężem, niejakim Fisherem z Wellingborough, sprzedała go panu Isted, teraz tam właścicielowi. Mój dziadek dochował się czterech synów, mianowicie Thomasa, Johna, Benjamina i Josiaha. Przekażę ci o nich co wiem, tutaj z papierów, a jeżeli się gdzieś nie zgubią pod moją nieobecność, znajdziesz w nich wiele więcej szczegółów.
(Work in progress)

Advertisements

Feel welcome to comment

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s