AUTOBIOGRAPHY BY B. FRANKLIN | AUTOBIOGRAFIA B. FRANKLINA

Moje poczucie osobistego szczęścia, jak je brałem na rozum, sprawiło czasem że powiedziałem, jak by mi dano wybór, nie wahałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki, która daje poprawić pewne wady pierwszej.  

Mógłbym wtedy nie tylko naprawić wady, ale i zmienić niektóre ponure wydarzenia oraz ich dla innych osób skutki na bardziej przychylne. A nawet jak by mi tego nie dano, jednak bym się zdecydował. Jako że takiej powtórki nie należy się spodziewać, najbliższe ponownemu przeżywaniu swojego życia zdaje się być jego wspominanie, w formie jak najtrwalszej, czyli w piśmie.


Tłumaczenie z oryginalnego manuskryptu Benjamina Franklina, za porównaniem treści w edycji Johna Bigelow: © Teresa Pelka, 2020, Standard Copyright, Standardowe prawo autorskie; Praca na ukończeniu.

Format elektroniczny oraz
okładka twarda gloss:
papier 80, rozmiar US Letter 8.5 x 11 cali;
zaznaczone odniesienie do stron manuskryptu;
czcionka Garamond 13 0.04em, odstęp 22;
druk czarno-biały premium, ca. 248 stron.

Przestankowanie wyjaśnia artykuł “Zaburzenie kommatoformowe” (“The commatoform disorder”, potocznie znane jako przecinkoza).

W domenie publicznej:
materiał oryginalny dostępny drogą elektroniczną z Huntington Library, https://hdl.huntington.org/digital/collection/p15150coll7/id/4

wydanie w edycji Johna Bigelow dostępne w Internet Archive, https://archive.org/details/benjaminfrautobio00franrich/page/n5/mode/2up.


Dogodzę też tutaj tej skłonności tak naturalnej u ludzi starszych, aby mówić o sobie i swoich przeszłych działaniach; a zrobię to bez naprzykrzania się innym, gdyż do słuchania mogliby się czuć zobowiązani szacunkiem dla wieku, a zapiski można sobie czytać albo nie, jak wola. Na koniec (do czego się mogę równie dobrze przyznać, bo przeczeniu by nikt i tak nie uwierzył), może i dość zadowolę swą próżność. Doprawdy rzadko się mi zdarzyło usłyszeć lub zobaczyć w ramach wstępu słowa jak „Bez próżności mogę powiedzieć” i podobne, bez czegoś próżnego zaraz potem. Większość ludzi nie lubi próżności u innych, jakąkolwiek sami w sobie mają, ale ja mam dla niej szczere uznanie wszędzie gdzie napotykam, przekonany iż często przynosi dobro swemu gospodarzowi, a też innym osobom w sferze jego działań; takoż nieraz nie byłoby człowiekowi absurdem dziękować Bogu za swą próżność, pomiędzy innymi zaletami życia.


REKLAMA

Darmowe ibuki

W owym mniej więcej czasie wpadł mi w oko egzemplarz Spektatora. Numer trzeci. Nigdy przedtem żadnego nie widziałem. Kupiłem go, czytałem raz za razem, i delektowałem się bardzo. Styl pisania był mi świetny i chciałem się w miarę możliwości takiego nauczyć. Z tym na widoku chwyciłem parę artykułów, zanotowałem krótkie wzmianki o przesłance w każdym zdaniu, odłożyłem na parę dni, a potem, bez zaglądania do magazynu, spróbowałem każdy temat rozwinąć do postaci pełnej, jaką miał przedtem, w dowolnych słowach o właściwym charakterze jakie mi przychodziły pod pióro. Potem porównałem mojego „Spektatora” z oryginałem, odkryłem niektóre z moich niedociągnięć i je poprawiłem. Zauważyłem niedobór w moim zasobie słów, bądź zdolności ich przywodzenia na myśl i użycia, co do czego pomyślałem, już bym taką wprawę był rozwinął, gdybym dalej pisał wierszem, jako że daje to stale okazję do słów tej samej wagi a różnej długości, dla dopasowania miary, bądź tej samej wagi a różnego brzmienia, dla rymu, co by mnie przymusiło do ciągłego wyszukiwania rozmaitości, a utrwalało ją w umyśle i czyniło w niej sprawnym. Takoż wybrałem parę tekstów i zapisałem je rymem; po jakimś czasie, jak już dość dobrze zapomniałem prozę, zmieniłem je z powrotem. Mieszałem też czasem moje kolekcje wzmianek i po paru tygodniach próbowałem ułożyć w jak najlepszy porządek, zanim rozpisałem w zdania i dopełniłem do artykułu. Miało mnie to nauczyć metody w organizowaniu myśli. Porównując potem moje opracowanie z oryginałem, znajdowałem wady i je naprawiałem, jednakowoż zdarzało się mi przyjemnie bawić myślą, że względem niektórych szczegółów pomniejszego znaczenia miałem dość szczęścia metodę lub język usprawnić, co podbudowywało mnie w zamiarze by się stać po trochu znośnym w języku angielsku autorem, co do czego miałem olbrzymią ambicję. Czas na te ćwiczenia i czytanie miałem w nocy, po pracy albo zanim się rano zaczynała, oraz w niedziele, kiedy mogłem być sam w drukarni, unikając jak się da uczestnictwa w religijnych obrzędach, którą to obecność ojciec egzekwował gdy byłem pod jego opieką, a ja nadal uznawałem za obowiązek, tyle że zdawało się, nie stać mnie było na jego dopełnianie.


Chętny doskonalić język, napotkałem na angielską gramatykę (myślę, Greenwooda), u której końca były dwa krótkie szkice literackie o sztukach, retoryki oraz logiki, a ten drugi kończył się próbką dysputy metodą sokratejską. Niedługo potem zdobyłem „O Sokratesie rzecz pamiętną”, autorstwa Ksenofonta, gdzie jest wiele przykładów tej samej metody. Urzekła mnie, przyjąłem ją, porzuciłem moje nieokrzesane sprzeczności i argumenty drogą stwierdzenia, a przybrałem postawę skromnego badacza i sceptyka. A będąc wtedy, po lekturze Shaftesbury’ego i Collinsa, rzeczywiście sceptykiem co do wielu punktów naszej religijnej nauki, poznałem się na tej metodzie jako najbezpieczniejszej dla mnie i bardzo kłopotliwej dla tych, przeciwko którym ją kierowałem; rozkoszowałem się w niej, ćwiczyłem stale i nabyłem znacznej wprawy we wciąganiu ludzi, nawet o wiedzy wyższej niż moja, w ustępstwa o skutkach przez nich nie przewidywanych, oplątując ich trudnościami z jakich się nie mieli jak wywikłać, a odnosząc zwycięstwa na które ja czy moje powody nie zawsze zasługiwały. Uprawiałem tę metodę jakieś parę lat, ale potem po trochu od niej odszedłem, a zachowałem tylko zwyczaj wysławiania się w pojęciach skromnej nieokreśloności; wnosząc rzecz do dyskusji, nie używam słówek jak oczywiście, niewątpliwie, czy wielu tych innych, które dają opinii aurę stwierdzenia; wolę mówić, jak tę rzecz pojmuję lub widzę, na to mi wygląda, bądź też jak by wynikało, z takich to a takich powodów, tak sobie to wyobrażam, lub jest tak, o ile się nie mylę. Ten zwyczaj wierzę, przyniósł mi wiele korzyści gdy mi przychodziło krzewić swe opinie, a przekonywać ludzi do sposobów jakie bywałem angażowany promować; a że głównym celem rozmowy jest dostarczyć informacji lub informację otrzymać, sprawić komuś przyjemność, czy kogoś przekonać, chciałbym aby ludzie rozsądni, o dobrych intencjach, swej zdolności do czynienia dobra nie umniejszali twierdzącą, taką co z góry zakłada manierą, bo ta rzadko zawodzi w budzeniu niechęci i oporu, niosąc porażkę każdemu z tych na rozum celów aby mowę mieć, to jest informacji bądź przyjemności. Ponieważ jeśli informujesz, stwierdzająca i dogmatyczna maniera w przekazywaniu odczuć może prowokować sprzeciw i odmawiać miejsca uczciwej rozwadze. Natomiast jeśli chcesz się poinformować i ulepszyć swą wiedzę za pomocą tej od innych ludzi, a w tym samym czasie wyrażasz się jak osoba stanowczo utwierdzona w obecnym zdaniu, rozsądni ludzie, którzy dysput nie kochają, zapewne pozostawią cię w niezmąconej niczym nieświadomości błędu. Bardzo rzadko jest nadzieja sprawić słuchaczom takim stylem przyjemność, czy też przekonać tych, których potrzebujesz po jednej z tobą stronie. Jak rozważnie mówi Pope:

„Ludzi tak by uczyć, jakby nikt nie uczył,
Rzeczy nowej, jakby pamięci przywrócił;”


REKLAMA

Internet Archive, repozytorium darmowych ilustracji i tekstów

■→Zapraszam do korzystania z materiałów na moim koncie.


Starszy dżentelman stwierdził że ze mną pójdzie do owego drukarza, a jak go znaleźliśmy, rzekł, „Sąsiedzie, przyprowadziłem ci młodego człowieka po fachu, może takiego zechcesz”. Ten zadał mi parę pytań, dał w ręce wierszownik by zobaczyć sprawność, i powiedział że wkrótce by mnie zatrudnił, ale akurat wtedy nic do roboty dla mnie nie miał; a biorąc starego Bradforda, którego nigdy przedtem nie widział, za jednego z ludzi dobrej woli z tego samego miasta, zaczął z nim rozmowę o swoich bieżących przedsięwzięciach i projektach; Bradford, nie ujawniając że jest ojcem jedynego innego w mieście drukarza, gdy Keimer stwierdził iż się spodziewa wkrótce objąć większą część rynku, zaczął mu zadawać zręczne pytania, a podnosząc drobne wątpliwości, dociekał poglądów, bazy w biznesie, oraz sposobu by interes prowadzić. Ja, który stałem obok i wszystko słyszałem, zaraz się rozeznałem że jeden był zręcznym starym wygą, a drugi zwykłym nowicjuszem. Bradford zostawił mnie z Keimerem, a ten, gdy mu powiedziałem kto zacz ów starszy mężczyzna, był wielce zdziwiony.

Okazało się, drukarnia Keimera to stara rozklekotana prasa i jeden mały, wytarty zestaw angielskich czcionek, którego sam właśnie używał, komponując elegię o Aquila Rose, wspomnianym już przedtem bystrym młodym człowieku, szanowanym w mieście, kanceliście Zgromadzenia i całkiem sobie poecie. Keimer też układał wiersze, ale zupełnie inaczej. Nie dało się powiedzieć że je zapisywał, bo jego sposobem było układać czcionki od razu, z głowy. Jako że nie było kopii tekstu, a była tylko jedna para dużych i małych liter i dało się spodziewać że elegia będzie potrzebować wszystkich, nie było jak mu pomóc. Podjąłem się ustawić jego prasę (której nigdy przedtem nie używał i wcale się na niej nie znał), a obiecawszy przyjść i wydrukować jego elegię jak tylko będzie gotowa, wróciłem do Bradforda, który dał mi drobne zajęcie na tymczasem, a tam też zamieszkałem i jadłem. Po paru dniach Keimer przysłał po mnie, żeby drukować elegię. Miał teraz następną parę czcionek oraz pamflet do przedruku i powiedział bym się do tego też zabrał.


Pod koniec kwietnia 1724 roku nadarzyła się okazja małą łódką do Bostonu. Wziąłem wolne od Keimera, niby na wizytę u przyjaciół. Gubernator dał mi do ojca pokaźny list; chwalił mnie w wielu słowach i mocno polecał projekt założenia przeze mnie biznesu w Filadelfii, jako rzecz co musi przynieść majątek. Na zatoce uderzyliśmy w mieliznę i nabawili się w łódce dziury; na szerokiej wodzie głośno się czubiliśmy i musieli prawie cały czas pompować, w czym odrobiłem swoje. Dotarliśmy jednak do Bostonu bezpiecznie, w jakieś dwa tygodnie. Nie było mnie tam wtedy już jakieś siedem miesięcy, a przyjaciele nie mieli żadnych wieści, bo szwagier Holmes ani jeszcze nie wrócił, ani nie napisał. Moje nieoczekiwane pojawienie się zaskoczyło rodzinę, ale byli zadowoleni i witali mile, z wyjątkiem brata. Poszedłem do niego do drukarni. Ubrany byłem lepiej niż kiedykolwiek u niego na służbie, garnitur i elegancja od stóp po głowę, zegarek i jakieś pięć funtów szterlingów srebrem w kieszeniach. Przyjął mnie niezbyt otwarcie, obejrzał dokoła, i wrócił do pracy.


Wtedy to podjąłem się dzielnie i żarliwie moralnego doskonalenia. Chciałem żyć nie popadając z własnej woli w moralny defekt; zwalczałem wszelką wadę do jakiej skłonność naturalna, zwyczaj, lub towarzystwo by prowadziło. Jako że wiedziałem, bądź też myślałem że wiem co jest dobre a co złe, nie rozumiałem dlaczego bym nie mógł zawsze czynić jedno a nie drugie. Jak się jednak szybko przekonałem, podjąłem się zadania trudniejszego niż moja o nim wyobraźnia. Podczas gdy się starałem unikać jednego defektu, zaskakiwał mnie inny; nawyk wykorzystywał nieuwagę; skłonność bywała silniejsza od rozumu. Poniewczasie doszedłem do wniosku iż zwykłe spekulatywne założenie, że w naszym interesie jest żyć zupełnie moralnie, nie wystarcza do ochrony przed potknięciami; oraz że należy przełamać sprzeczne nawyki, a nabyć i utrwalić dobre, zanim człowiek może osiągnąć jakąkolwiek stałość w postępowaniu rozważnym, spójnym i prawym. Dla tego celu obmyśliłem następującą metodę.

Spośród licznych wzmianek o moralnych walorach na jakie napotkałem w moich lekturach, wynalazłem dość obszerny katalog, jako że różni autorzy zawierali pod tą samą nazwą więcej lub mniej pojęć. Umiarkowanie, na przykład, bywało przez niektórych ograniczane do jedzenia i picia, podczas gdy inni obejmowali nim każdą przyjemność, apetyt, skłonność czy pasję, ciała bądź ducha, także ludzką chęć zysku i ambicję. Dla jasności zaprojektowałem sobie użyć raczej więcej nazw a mniej skojarzonych pojęć, niż parę tylko nazw, a z wieloma pojęciami; pod trzynastoma nazwami zalet zawarłem wszystko co mi wtedy wyglądało na potrzebne i godne, a dodałem do każdej krótkie prawidło czy też opis, by wyjaśnić w pełni zakres jaki każdemu z pojęć nadaję.

Nazwy zalet oraz ich opisy były jak tutaj:

1. UMIARKOWANIE. Nie jedz do ociężałości; nie pij alkoholu do stanu uniesienia.

2. MILCZENIE. Nie mów, chyba że korzystnie to wpływa na innych lub ciebie; unikaj mowy bez sensu.

3. PORZĄDEK. Niech twoje rzeczy mają swoje miejsce; a każda część twojego biznesu swój czas.

4. STANOWCZOŚĆ. Wybieraj co robić powinieneś; bez uchybienia wykonuj swe decyzje.

5. OSZCZĘDNOŚĆ. Nie wydatkuj, chyba że dla dobra innych lub swojego, tj. niczego nie trać.

6. PRACOWITOŚĆ. Nie marnuj czasu; zawsze rób coś przydatnego; odrzuć działania zbędne.

7. PROSTOLINIJNOŚĆ. Nie mijaj się z prawdą, gdy to szkodzi; w myśleniu bądź prostoduszny, a jeśli mówisz, mów stosownie.

8. PRAWOŚĆ. Nie krzywdź nikogo wyrządzając uraz, czy nie dopełniając obowiązku.

9. ROZWAGA. Unikaj ekstremów; nie oburzaj się o urazę bardziej, niż na to zasługuje.

10. CZYSTOŚĆ. Nie toleruj brudu ciała, ubrania, czy mieszkania.

11. SPOKÓJ. Nie wzburzaj się o nieistotne drobiazgi, czy też przypadki zwykłe lub nieuniknione.

12. CZYSTOŚĆ OBYCZAJÓW. Rzadko oddawaj się płciowości, tylko dla zdrowia lub potomstwa, nigdy do marazmu, osłabienia, czy szwanku na reputacji.

13. SKROMNOŚĆ. Wzoruj się na Jezusie i Sokratesie.

Chciałem uczynić z wszystkich owych zalet swój zwyczaj, stąd pomyślałem, lepiej się nie rozpraszać na próbowanie wszystkich naraz, ale się skupić w danym czasie na jednej, a jak już ją opanuję, przejść do ćwiczenia następnej i tak dalej, aż się sprawię z wszystkimi trzynastoma; a ponieważ wprawa w jednej zalecie potrafi ułatwić nabycie niektórych dalszych, ułożyłem je sobie z tym na widoku, w kolejności jak tutaj. Jako pierwsze Umiarkowanie, bo jest zdatne przynosić ów chłodny i jasny osąd, tak potrzebny kiedy się trzeba ciągle pilnować wobec niewygasłego powabu dawnych zwyczajów oraz siły nawracającej pokusy. Jak nabyć i utrwalić tę zaletę, Milczenie staje się łatwiejsze; a że było moim życzeniem w tym samym czasie jak się staję lepszy w kształtowaniu zalety, nabywać także wiedzę, natomiast uważałem że w rozmowie zyskuje się wiedzę dzięki uszom raczej niż językowi, zechciałem takoż przełamać nawyk w jaki popadałem, oddawania się gadce, kalamburom i dowcipom, mile widziany tylko w lekkim towarzystwie, i dałem Milczeniu drugie miejsce. Spodziewałem się, Milczenie wraz z następnym w kolejności Porządkiem da mi więcej czasu na zajmowanie się moimi projektami i nauką. Stanowczość, jak stałaby się już zwyczajem, twardo by mnie trzymała przy staraniach by osiągać dalsze zalety. Oszczędność i Pracowitość uwolniłyby mnie od pozostałego długu, a przynosząc zamożność i niezależność, uczyniłyby Prostolinijność i Prawość łatwiejszymi, i tak dalej. Zamyślając w zgodzie z poradą Pitagorasa w jego Złotych Wersach, iż codziennie by trzeba rzecz przepatrywać, obmyśliłem następującą metodę dla dokonywania oceny.

Zrobiłem sobie notatnik, gdzie przeznaczyłem na każdą zaletę jedną kartkę. Na każdej stronie zrobiłem czerwonym atramentem pionowe linie na siedem kolumn, jedną na każdy dzień tygodnia, oznaczając dni pierwszymi literami. W kolumnach zrobiłem trzynaście linii poziomych, oznaczając początek pierwszą literą dla danej zalety, na której to linii, we właściwej kolumnie, mogłem zaznaczać małą czarną kropką każde uchybienie, jakie po zastanowieniu się nad daną zaletą stwierdziłem danego dnia.


Postanowiłem poświęcić tydzień ścisłej uwagi każdej z zalet po kolei. Tak oto w pierwszym tygodniu bardzo się pilnowałem by nie uchybić Umiarkowaniu, a inne zalety zostawiłem zwykłemu im losowi, zaznaczając tylko wieczorem przewiny dnia. Jeżeli w pierwszym tygodniu udało się mi zachować bez kropek pierwszą linię, oznaczoną U, uznałem zaletę za tak wzmocnioną, a przeciwne jej wady za tak osłabione, że mogłem się zabrać za następną zaletę i przez następny tydzień trzymać bez kropek dwie linie. Postępując tak do ostatniej zalety, byłem w stanie odbyć jeden kurs w trzynaście tygodni, a cztery kursy w roku. A jak człowiek co ma w ogrodzie chwasty, nie próbuje wyplenić wszystkich niedobrych roślin od razu, bo przerastałoby to jego siły i zasięg dłoni, ale pracuje nad grządkami po kolei i przechodzi do drugiej ukończywszy pierwszą, tak samo ja powinienem mieć zachętę i przyjemność, widząc jak moje strony pokazują dokonywany w zaletach postęp, linijki stopniowo oczyszczają się z kropek, aż w końcu, odbywszy ileś kursów, powinienem cieszyć się widokiem czystego notatnika, po trzynastu tygodniach codziennego przepatrywania.

Mój mały notatnik miał za motto te oto wersy z Cato Addisona:
„Tu zostaję. Jeśli jest stwórca nad nami
(A że jest, świadczy głośno natura
Jej pracami), to cieszy Go walor;
Kto Jego cieszy, zaznaje szczęścia”.

Kolejne z Cycerona,
„O, wieść życie filozofa! Waloru dociekać, przeciwstawić się wadzie! Pewnego dnia, dobrym a mądrością wiedzionym czynem, nieśmiertelność stanie ponad przewiną”.

Inne z Przysłów Salomona, które mówi o mądrości i zalecie:
„Dni ma ona wiele w dłoni prawej, w lewej ma bogactwo i honor. Jej drogi są tymi przyjemności, a ścieżki jej wszystkie to ścieżki spokoju”. iii 16, 17.

A uważając, że Bóg musi być źródłem mądrości, uznałem za stosowne prosić o jego pomoc w mądrości zdobywaniu; dla tego celu napisałem krótką modlitwę, którą trzymałem z moimi tabelkami, dla codziennego użytku.

“O potężna Dobroci! Obfitości Ojcze! Miłosierny Przewodniku! Wspomóż we mnie mądrość co wskaże me szczere dobro. Daj zamysłowi siłę wedle tej mądrości działać. Przyjmij me dobre uczynki dla innych Twych dzieci, jako jedyną w mej mocy wzajemność za Twe stałe wspieranie.”

Czasem używałem krótkiej modlitwy wziętej spośród poematów Thomsona.
Mianowicie:
„Światła i życia Ojcze, Najwyższe ty Dobro!
Nauczaj mnie dobra, nauczaj mnie o Tobie!
Od głupoty, próżności i zła mnie uchowaj,
Od dążeń podłych; a moją duszę wypełnij
Wiedzą, spokojem myśli i walorem czystym;
Niegasnącą i świętą, błogością prawdziwą!”


W 1751 roku doktor Thomas Bond, mój przyjaciel, wystąpił z pomysłem założenia w Filadelfii szpitala (był to zamysł dobroczynny, później mi go przypisano, ale oryginalnie był on jego), aby przyjmować i leczyć osoby ubogie, z miasta czy regionu. Był bardzo gorliwy i aktywny, podjął się samodzielnie zebrać podpisy, ale propozycja była w Ameryce nowością, do tego z początku nie za dobrze rozumianą, nie odniósł więc większego sukcesu.

Przyszedł po jakimś czasie do mnie z komplementem, że zauważył, iż żadnej sprawy publicznej nie dało się bez mojego zaangażowania uskutecznić. Mówi, „Gdy proponuję zapisy, ludzie często pytają, Czy skonsultował się pan z Franklinem w sprawie tego biznesu? Co myśli o tym Franklin? A jak im mówię, że nie zapytałem (spodziewając się, że to pomysł raczej nie po twojej linii), nie zapisują się i mówią, że się zastanowią”. Wypytałem go o naturę oraz możliwą użyteczność pomysłu, a otrzymawszy bardzo zadowalające wyjaśnienie, nie tylko sam się zapisałem, ale zająłem z serca zbieraniem podpisów od innych. Przed zbiórką jednak podjąłem się przygotować na pomysł umysły, pisząc o nim w gazecie, co już było w takich przypadkach moim zwyczajem, a czego on nie powziął.


OGŁOSZENIE
LANCASTER, 26 kwietnia 1755.
Ponieważ siły zbrojne jego wysokości, które mają się niedługo spotkać przy Will’s Creek, potrzebują na służbę stu pięćdziesięciu wozów po cztery konie na każdy wóz, piętnastu setek wierzchowców oraz koni jucznych, a jego ekscelencja Generał Braddock stwierdził, że z przyjemnością mnie upoważni do zakontraktowania ich wynajmu, daję niniejszym ogłoszenie, że będę dla tego celu obecny w Lancaster od dzisiaj do następnej środy wieczorem, a w Yorku od następnego czwartku rano do piątku wieczorem. Będę gotów zawierać umowy na wozy, pojedyncze konie oraz czwórki, na następujących terminach: 1. Za każdy wóz z czterema zdatnymi końmi i woźnicą, piętnaście szylingów na dzień; za każdego zdatnego konia z siodłem jucznym lub innym i uprzężą, dwa szylingi na dzień; a za każdego zdatnego konia bez siodła, osiemnaście pensów na dzień. 2. Płaca zaczyna się od dnia dołączenia do sił zbrojnych przy Will’s Creek, co musi mieć miejsce w dniu bądź też przed 20. Maja, a za czas potrzebny na podróż do Will’s Creek i z powrotem do domu, po zakończeniu służby, zostanie uiszczona rozsądna płaca. 3. Każdy wóz i czwórka, każdy wierzchowiec i każdy koń juczny, będą oceniane przez osoby neutralne względem mnie i właściciela; a w przypadku utraty któregoś wozu, czwórki, czy pojedynczego konia na służbie, zostanie zapłacona cena, stosownie do wyceny jak wyżej. 4. Jeżeli będzie to wymagane, wypłacę właścicielowi każdego wozu, czwórki, czy konia, siedmiodniową zaliczkę na rękę w czasie zawierania kontraktu, a resztę zapłaci Generał Braddock, bądź skarbnik armii, o czasie zwolnienia ze służby, bądź też od czasu do czasu, jak okaże się potrzebnym. 5. Żaden woźnica czy opiekun wynajętych koni, nie zostanie, w żadnym wypadku wzięty do służby wojskowej, czy też zatrudniony inaczej niż przy dbaniu o wozy i konie. 6. Wszelkie zboża, indiańskie ziarna, czy inna żywność, jaką wozy czy konie przyniosą do obozu w ilości większej niż potrzeba dla utrzymania koni, zostaną zabrane na użytek armii, a zostanie za nie zapłacona rozsądna cena.

Nota. Mój syn William Franklin jest upoważniony do zawierania takich kontraktów z osobami w okręgu Cumberland. Benjamin Franklin.


Zgodziłem się z nim pojechać następnego poranka. Pan Hanbury zabrał mnie do owego szlachcica swoim powozem, a ten przyjął z wielką uprzejmością. Po paru pytaniach o obecny stan spraw w Ameryce i na ten temat opinii, powiedział, „Wy Amerykanie macie błędne pojęcie o naturze waszej konstytucji. Spieracie się, że instrukcje króla dla jego gubernatorów nie są prawem, a uważacie, że macie swobodę ich słuchać albo i nie, wedle własnego uznania. Te instrukcje nie są jak wskazania do protokołu, które się wkłada ministrowi w kieszeń przed wyjazdem za granicę, aby się sprawował przy jakimś trywialnym punkcie ceremonii. Te instrukcje piszą nasi sędziowie, uczeni w prawie. Są rozważane, dyskutowane i jeśli poprawiane, to w Radzie, po czym podpisuje je król. Stają się wtedy, odnośnie do was, prawem państwowym, jako że król jest LEGISLATOREM KOLONII”. Powiedziałem jego lordowskiej mości, że była to dla mnie doktryna nowa. Zawsze rozumiałem z naszych statutów, że nasze prawa miały być stanowione przez nasze Zgromadzenia, w rzeczy samej przedstawiane królowi dla jego zgody, ale potem król nie mógł ich zmieniać ani unieważniać. A tak jak Zgromadzenia nie mogły ustanawiać praw bez jego zgody, tak samo nie mógł on, bez zgody z ich strony. Zapewnił mnie, że zupełnie się mylę.

Published by Teresa Pelka

Linguist, specialized in American English and psycholinguistics; inventor of Language Mapping, a generative grammar method; author and translator.