Thomas Paine, Wiek rozumu

Thomas Paine

Zaraz gdy ukończę tłumaczenie, wysyłam zawiadomienie pocztą elektroniczną.

B. Franklin, Autobiografia | Autobiography

Poczucie osobistego szczęścia, jak je brałem na rozum, sprawiło czasem że powiedziałem, jak by mi dano wybór, nie wahałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki co daje poprawić pewne wady pierwszej. ■→More | Więcej

US Constitution | Konstytucja USA

My, naród Zjednoczonych Stanów, ażeby tworzyć unię tym doskonalszą, utwierdzać sprawiedliwość, zabezpieczać w kraju pokój, dbać o wspólną obronę, wspierać ogólny dobrostan, oraz zachowywać dobrodziejstwa wolności dla siebie, jak i nam potomnych, wyznaczamy i ustanawiamy tę Konstytucję dla Stanów Zjednoczonych Ameryki. ■→More | Więcej

Mija już parę lat, jak się noszę z zamiarem publikacji moich przemyśleń o religii. Dobrze jestem świadom, jakie trudności temu tematowi towarzyszą, i z tego względu pozostawiłem go na okres w moim życiu bardziej zaawansowany. Zamierzyłem tutejsze na moją ostatnią dla podobnych mi obywateli wszelkich narodów ofertę, a na czas kiedy czystość moich pobudek nie będzie ulegać wątpliwości, nawet dla tych, co się z tą pracą nie zgodzą.

Okoliczności jakie mają teraz we Francji miejsce, zupełne obalenie w całym kraju kapłańskiego porządku, wraz z wszystkim co przynależy z systemem religijnego przymusu, jak obowiązkowe artykuły wiary, nie tylko ponagliły mnie w zamiarze, ale uczyniły pracę takiego rodzaju niezwykle potrzebną, ażeby przy tym ogółem rozbiciu przesądu, systemu sztucznych stanowisk władzy, a przy tym i fałszywej teologii, nie stracić z oczu moralności, człowieczeństwa, oraz teologii która jest prawdą.

Jako że kilku moich kolegów, a też paru innych francuskich współobywateli dało mi przykład swym dobrowolnym, indywidualnym wyznaniem wiary, ja również dokonam swojego; a uczynię to z całą ową szczerością i uczciwością, z jaką umysł człowieka rozumie sam siebie.

Wierzę w jednego Boga, a nie w bogów wielu, oraz mam nadzieję zaznawać szczęścia i po tym życiu.

Wierzę że ludzie są równi, zasię obowiązki wiary to oddawać sprawiedliwość, chwalić łagodne obejście, a takim jak my stworzeniom spróbować dać nieco szczęścia.

Gdyby jednak miało powstawać wrażenie, że wierzę w wiele spraw poza tymi, będę w miarę postępu pracy deklarował w co nie wierzę i podawał powody by nie wierzyć.

Nie wierzę w obrządek kościoła żydowskiego, rzymskiego, greckiego, tureckiego, protestanckiego, ani jakiegokolwiek znanego mi kościoła. Mój własny umysł jest moim własnym miejscem by pielęgnować swą wiarę.

Wszelkie w narodach kościelne instytucje, czy to żydowskie, chrześcijańskie, czy tureckie, nie widzą się mi inaczej niż wynalazki człowieka by ludzkość przerażać i zniewalać, dla monopolu na władzę i zysk.

Nie mam na celu tutaj swą deklaracją potępić tych co wierzą inaczej; mają do swoich przekonań prawo takie samo, jak ja do moich. Człowiek jednak potrzebuje być sobie umysłowo wierny, aby być szczęśliwym. Niewierność nie zasadza się tutaj na byciu osobą wierzącą czy nie; to twierdzić iż się wierzy, gdy się nie wierzy.

ROZDZIAŁ II

Każdy narodowy kościół czy religia ustanawia się udając jakieś specjalne posłannictwo od Boga, zakomunikowane wybranym ludziom. Żydzi mają swojego Mojżesza; chrześcijanie Chrystusa, apostołów i świętych, a Turcy Mahometa; jak gdyby droga do Boga nie była otwarta dla wszystkich.

Każdy z tych kościołów pokazuje wybrane książki, a nazywa je objawieniem albo Bożym Słowem. Żydzi mówią, ich Słowo dał Bóg Mojżeszowi twarzą w twarz; chrześcijanie mówią, ich Boże Słowo przyszło z boskim natchnieniem; natomiast Turcy mówią, ich Słowo Boga (Koran) przyniesione zostało z nieba przez anioła. Każdy z tych kościołów oskarża inne o niewiarę; ja natomiast ze swojej strony nie pokładam wiary w żadnym z nich.

Jako że jest potrzeba kształt słowa właściwie z pojęciem kojarzyć, zanim dalej temat rozwinę, oferuję parę spostrzeżeń o słówku objawienie. W odniesieniu do religii, objawienie znaczy coś zakomunikowanego człowiekowi bezpośrednio od Boga.

Nikt nie zaprzeczy ni podda dyspucie zdolności Wszechmocnego by się porozumiewać, o ile ów zechce. Jednakowoż gdy uznamy, iż objawiono coś jednej osobie i żadnej innej, objawieniem jest to dla tej jedynie osoby. Kiedy ta przekazuje treść drugiej, owa trzeciej, a trzecia — czwartej i tak dalej, dla tych osób nie jest to już objawienie, bo nie objawia im Bóg.

Jest to sprzeczność w pojęciach, nazywać objawieniem cokolwiek z drugiej ręki mamy w mowie czy piśmie. Objawienie koniecznie się ogranicza do pierwszej wieści. Potem mamy już do czynienia z relacją jedynie z tego, co dana osoba mówi iż jej zostało objawione; a choć człowiek ów może się czuć zobowiązany do wiary, nie ma jak z tego dla mnie wynikać bym wierzył tak samo, bo nie było to objawienie mi udzielone, a mam tylko czyjeś słowo, że wieść taka była do niego czy niej skierowana.

***

Nic z tej tu mowy się nie stosuje, z choćby i cieniem nieposzanowania, do postaci jak realna Jezusa Chrystusa. To człowiek waloru i budzi umiłowanie. Moralność jaką głosi i praktykuje jak najbardziej jest ową dobrej woli, a choć podobne porządki moralne głosił wiele lat wcześniej Konfucjusz, czy niektórzy greccy filozofowie, a potem kwakrzy i wielu dobrych ludzi w różnych stuleciach, niczyja nie ma większej miary.

Jezus Chrystus nic o sobie nie napisał, o swoim urodzeniu, rodzicach, czymkolwiek innym. Ani jedna linijka w tym, co jest zwane Nowym Testamentem, nie jest jego rękopisem. Opowieść o nim to w całości prace innych ludzi; a co do relacji o jego zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu, to była koniecznym uzupełnieniem opowieści o jego narodzinach. Jego dziejopisowie, sprowadziwszy go na ten świat drogą nadprzyrodzoną, takąż musieli mu znaleźć poza ten świat z powrotem, albo upadłaby opowieści część pierwsza.

Owa zużyta już sztuczka w końcowej części opowieści posuwa się dalej niż wszystko co przyszło przed nią. W części początkowej, o cudownym poczęciu, sprawa nie była taka by dopuszczać widownię; takoż ludzie co tę część opowiadali, mieli ten atut, że choć można im było nie wierzyć, nie dało się ich przyłapać. Nie dało się od nich oczekiwać iż opowieści dowiodą, bo nie była to sprawa o jakiej by rozumować na próbach późniejszych, a niemożliwością było dla osoby o której mowa dowieść sprawy indywidualnie.

Jednakowoż powstanie zmarłej osoby z grobu i jej wstąpienie drogą powietrzną w niebiosa to sprawa względem dowodów jakie dopuszcza bardzo inna, od niewidocznego poczęcia dziecka w łonie. Zmartwychwstanie i wniebowstąpienie, jak założyć że miały miejsce, dopuszczały publiczny pokaz dla wzroku, jak przy unoszeniu się balonu, albo wstępowaniu słońca o południu w jasny dzień, a to przynajmniej dla całego Jeruzalem. Rzecz w którą każdy by miał wierzyć wymaga potwierdzenia i dowodu co jest dla wszystkich jednakowy i uniwersalny; a że jedynym usprawiedliwieniem na część poprzednią opowieści byłoby unaocznić akt ostatni dla wszystkich, upada cała historia, bo nigdy takiego pokazu nie przeprowadzono. Zamiast tego pokazuje się światu niewielką liczbę ludzi jako prokurę, nie więcej niż ośmiu czy dziewięciu, aby mówili że to widzieli, a całą resztę świata się wzywa by wierzyli na słowo. Widać jednak, Tomasz w zmartwychwstanie nie uwierzył; a jak podają, i by nie uwierzył, bez wzrokowego i manualnego potwierdzenia dla siebie samego. Takoż nie będę wierzył ja, a mój powód jest dla mnie czy każdej innej osoby równie dobry jak Tomasza.

Próżno by tę sprawę łagodzić czy ukrywać. W swojej nadnaturalnej części opowieść nosi wszelkie i wyraźne znamię oszustwa i narządzenia. Kim byli jej autorzy, nie mamy dziś jak wiedzieć, a tak samo nie możemy być pewni iż książki z tą opowieścią zostały napisane przez osoby których noszą imiona. Najlepszym po dziś dzień żyjącym sprawdzianem jaki nam teraz dla tej sprawy pozostaje są Żydzi. Zachowują oni regularne linie pochodzenia od ludzi co żyli w czasach kiedy się nam mówi owo zmartwychwstanie i wniebowstąpienie miało miejsce, a ci twierdzą, że to nieprawda. Od dawna mi to wygląda na dziwną nieścisłość, Żydów cytować na potwierdzenie jakoby ta opowieść mówiła prawdę. Tak samo by człowiek mógł twierdzić, dowiodę prawdziwości tego, co ci powiedziałem, przedstawiając ludzi mówiących iż to fałsz.

***

Opowiadają nam starożytni mitolodzy, rasa Olbrzymów zgotowała wojnę przeciwko Jowiszowi, a był taki jeden, cisnął na boga sto kamieni jednym rzutem; Jowisz pokonał go gromem i uwięził pod górą Etna; a za każdym razem gdy się Olbrzym z boku na bok obraca, Etna bucha ogniem. Łatwo tutaj zauważyć, że góra ta jest wulkanem i właśnie ta okoliczność dała bajce kanwę, natomiast cała bajka tak jest ułożona, ażeby do owej okoliczności pasować i na niej mieć swe zakończenie.

Chrześcijańscy mitolodzy mówią, ich Szatan zgotował przeciwko Wszechmocnemu wojnę, a ten pokonał go oraz uwięził, tyle że nie pod górą, a w otchłani. Tutaj łatwo zauważyć, że pierwsza z bajek zainspirowała drugą, gdyż bajkę o Jowiszu i Olbrzymach ludzie opowiadali na wiele setek lat zanim się ta o Szatanie pojawiła.

Jak dotąd mitolodzy starożytni i chrześcijańscy niewiele się wzajem od siebie różnią. Ci drudzy powzięli jednak przeprowadzić sprawę znacznie dalej. Podjęli się połączyć fabuły, ową bajeczną część opowieści o Jezusie Chrystusie z kanwą osnutą na górze Etna; natomiast aby powiązać wszelkie części w jedną całość, chwycili się ku swej pomocy tradycji Żydów; bowiem mitologia chrześcijańska utworzona jest po części z mitów antycznych, a częściowo z żydowskich tradycji.

Uwięziwszy Szatana w otchłani, chrześcijańscy mitolodzy musieli go potem znów wypuścić, ażeby dać fabule ciąg dalszy. Kanwa wprowadza go w kształcie jak żmija czy też wąż do ogrodu Eden, gdzie w takiej właśnie postaci wdaje się on w poufałą pogawędkę z Ewą, której nie dziwi bynajmniej słyszeć węża co mówi; a jest pokłosiem owego tête-à-tête, iż przekonuje on ją by zjadła jabłko, i to zjedzenie owego jabłka sprowadza potępienie na całą ludzkość.

Obdarzywszy Szatana triumfem nad całym aktem stworzenia, można by się spodziewać, kościelni mitolodzy byliby uprzejmi choć na tyle, by go posłać w otchłań z powrotem, a jeśli tego by nie zrobili, przynajmniej postawiliby na nim górę (bo mówią, ich wiara potrafi górę poruszyć), albo jak mitolodzy wcześniejsi, pod górę by go wsadzili, żeby się nie miał jak znów dostać między kobiety i szkodzić. Zamiast tego dają mu jednakowoż żyć na wolności, nawet nań nie nakładając obowiązków warunkowego zwolnienia. Sekret w tym, że nie mogą się bez niego obejść; toteż uporawszy się z jego tworzeniem, dali mu łapówkę by został. Obiecali mu wszystkich Żydów, a wedle przewidywań, i wszystkich Turków, do tego dziewięć dziesiątych świata, dorzuciwszy do targu Mahometa. Czyż da się przy tym wątpić w szczodrość chrześcijańskiej mitologii?

Urządzili takoż w niebie insurekcję i bitwę, gdzie nikt nie miał jak w walce zginąć czy też rany ponieść — wsadzili Szatana w otchłań — wypuścili go znowu — dali mu triumfować nad aktem stworzenia — za zjedzenie jabłka potępili ludzki rodzaj cały, a tak oto wiążą chrześcijańscy mitolodzy jeden koniec ich bajki z drugim. Przedstawiają owego zacnego i sympatycznego człowieka, Jezusa Chrystusa, ażeby był za jednym razem Bogiem tak samo jak i człowiekiem, a też Synem Boga poczętym niebiańsko, w celu jak złożenie go w ofierze, bo mówią, Ewa zapragnęła i zjadła jabłko.

ROZDZIAL V

Odkładając na bok wszystko co budziłoby śmiech swym absurdem, czy też zniechęcenie niesioną przez się zniewagą, a ograniczając się do badania tylko części składowych: nie da się wymyślić opowieści bardziej wobec Wszechmocnego obelżywej, bardziej z jego mądrością niezgodnej, bardziej z jego mocą sprzecznej, niż jest ta opowieść.

Ażeby dać swej opowieści fundament, wynalazcy owi z własnej potrzeby przypisali istocie co ją sami zwą Szatanem moc równie wielką, o ile nie większą niż Wszechmocnemu uznają. Nie tylko przyznali Szatanowi moc samodzielnie się z otchłani uwolnić, po jak mówią upadku, ale dają owej mocy rosnąć następnie w nieskończoność. Przed owym upadkiem prezentują go jako jedynie anioła o ograniczonej egzystencji, takiego samego jak opisują całą ich resztę. Po upadku staje się on wedle ich opowieści wszechobecny. Istnieje wszędzie i o tym samym czasie. Zajmuje cały ogrom przestrzeni.

Jeszcze nie dość tym ubóstwieniem Szatana zadowoleni, przedstawiają go w kształcie jednego ze zwierząt aktu stworzenia, jak swą strategią pokonuje wszelką zdolność i mądrość Wszechmocnego. Piszą jakoby wpędził on Wszechmocnego w bezpośrednią potrzebę, gdzie mógłby albo poddać całość stworzenia owego Szatana rządom i panowaniu, albo to stworzenie odkupić, kapitulując oraz zstępując na Ziemię i wystawiając się na pokaz na krzyżu w postaci mężczyzny.

Gdyby wynalazcy tej opowieści inaczej ją podawali, to jest, gdyby Wszechmocnego przedstawili jak nagli Szatana do pokazania się na krzyżu w postaci węża, jako pokaranie za jego kolejne wykroczenie po zesłaniu w otchłań, opowieść byłaby mniej absurdalna, mniej sprzeczna. Jednak zamiast tego dają triumfować występkowi, a Wszechmocnemu upaść.

Nie wątpię, wielu dobrych ludzi wierzyło w tę dziwną bajkę, a żyło się im z tym wierzeniem dobrze (bo łatwowierność zbrodnią nie jest). Po pierwsze, tak ich już wychowano żeby wierzyli, a wierzyliby i w coś innego, gdyby im tak wskazywała wpojona maniera. Wielu ludzi także wziął jakiś entuzjazm, do czegoś co pojmowali jako nieograniczoną miłość Boga do człowieka, którą okazałby siebie ofiarując, a impet jakiego im przydał ten pomysł nie pozwolił pomyśleć i odstręczył od zbadania absurdu oraz profanacji, jakie sobą niesie taka historia. Im bardziej coś jest nienaturalne, tym większa tego zdolność stać się przedmiotem mrocznego podziwu.

Jeżeli nam potrzeba obiektów dla wdzięczności i podziwu, czyż nie prezentują się one naszym oczom cały czas? Czyżby nam nie był widomy ten jasny akt stworzenia, zdolny nas przyjąć w chwili narodzin — świat nam w ręce dany, a co nas nie kosztuje? Czyżbyśmy rozświecali słońce, wylewali deszcz, a ziemię napełniali obfitością? Czy śpimy czy przytomni, wielka sekwencja wszechświata zachowuje swój bieg. Czyżby to wszystko, wraz z dobrodziejstwem jakie na przyszłość wskazuje, było dla nas niczym? Czy nic już w nas nie budzi większego uczucia, tylko tragedia i samobójstwo? Czy też ludzka pycha tak jest nieznośna, że nic jej nie schlebia, tylko ofiara ze Stwórcy?

***

W całej owej książce zwanej Biblią nie ma ni jednego słowa na opis kogoś, kogo dziś zwać by poetą, ani też na opis tego, co mienimy poezją. Kwestia jest taka, że słówko „prorok”, do którego późniejsze czasy dodały afiksem nowy pomysł, stało w Biblii za poetę, a słówko „prorokowanie” oznaczało sztukę układania poezji. Odnosiło się też do sztuki jej przedstawiania z melodią na dowolny instrument.

Czytać możemy o prorokowaniu z dudkami, bębenkami i rogami — o prorokowaniu z harfami, psalterionami, cymbałkami i każdym innym wtedy w modzie muzycznym instrumentem. Jak teraz by mówić o prorokowaniu ze skrzypcami, dudką, czy bębenkiem, nie miałoby to dla ludzi sensu, albo śmiesznie im wyglądało, czy też niektórym i na drwinę, bo człowiek zmienił już znaczenie tego słówka.

Mówi się nam, Saul był pośród proroków, a też sam prorokował; nie mówi się nam jednak co owi prorokowali, ani co wieszczył on. Tu kwestia jest taka, że nie było wieści do przekazania, bo ci prorocy byli trupą muzyków i poetów, a Saul dołączył do przedstawienia i to nazwano prorokowaniem.

Relacja z tego w Księdze zwanej Samuela mówi, Saul napotkał kompanię proroków: całą ich firmę! Przybywali z psalterionem, bębenkiem, dudką i harfą, oraz że prorokowali, i on prorokował razem z nimi. Dalej wygląda jednak na to, że Saul prorokował źle, czyli niedobrze się sprawiał ze swoją częścią przedstawienia, bo jest tam powiedziane, „złe natchnienie od Boga [4] przyszło na Saula, a prorokował”.

***

Jeżeli sobie dozwolimy właściwie rzecz pojmować, koniecznie musimy przyłączyć myśl nie tylko o niezmienności, ale też dosłownie niemożliwości by zmiana miała miejsce, przypadkiem czy jakkolwiek inaczej, do tej z jaką honorujemy pojęcie Słowa Boga; takoż egzystencja owego Słowa nie zasadza się na jakimkolwiek pisanym czy ludzkim ogółem języku.

Owa ciągła i postępująca zmiana, jakiej podlega znaczenie słów, ów brak języka uniwersalnego co czyni z translacji potrzebę, błędy jakie z kolei w tłumaczeniu zdarzyć się mogą, pomyłki kopistów i drukarzy, wraz z możliwością taką, że ktoś z własnej woli, celowo zmieni tekst: wszystko to samo w sobie dowodzi iż język ludzki, czy to w mowie, czy w druku, nie ma jak stanowić o bytności Słowa Boga. — Egzystencja owego Słowa zasadza się na czymś innym.

ROZDZIAŁ X

Jedyną ideą jaką człowiek potrafi do nazwania Boga przyłączyć jest pierwsza przyczyna, przyczyna wszystkiego. A jakkolwiek trudno człowiekowi pomyśleć czym taka pierwsza przyczyna jest, daje jej wiarę, bo nie wierzyć byłoby z dziesięć razy trudniej. Ponad wszelki opis trudno jest pojąć, że przestrzeń może nie mieć końca; ale jeszcze trudniej pomyśleć o takim końcu. Jest ponad zdolność człowieka, pojąć wieczne trwanie tego co nazywamy czasem; ale tym bardziej niemożliwe jest myśleć o takim czasie, kiedy czas by nie istniał.

Podobnie rozumując, wszystko co widzimy, nosi w sobie dowody wewnętrzne iż samo siebie nie stworzyło. Każdy człowiek jest sobie dowodem, że siebie nie stworzył; ani jego ojciec, ani dziadek, ani nikt z jego rodzaju sam siebie nie stworzył; ani żadne drzewo, roślina lub zwierzę siebie samo nie stworzyło; i to właśnie z tych dowodów wynikające przekonanie skłania nas dosłownie z potrzeby ku wierze w jakąś wiecznie istniejącą pierwszą przyczynę, której natura jest zupełnie inna od jakiejkolwiek znanej nam egzystencji materialnej, a za której działaniem istnieje wszystko; tą pierwszą przyczynę człowiek nazywa Bogiem.

Jedynie poprzez ćwiczenie rozumu może człowiek odkryć Boga. Zabrać człowiekowi rozumowanie, a nie byłby w stanie pojąć niczego; a w takim przypadku równie rozsądnym byłoby czytać książkę zwaną Biblią człowiekowi, jak koniowi. Jakżeż się więc to dzieje, że ci ludzie udają wyrzeczenie się rozumu?

ROZDZIAŁ XIII

Chociaż wiara w wielość światów była znajoma starożytnym, dopiero w ciągu ostatnich trzech stuleci określono zakres i wymiary globu na którym mieszkamy. Kilka statków popłynęło szlakiem oceanicznym dookoła świata, jak człowiek potrafi obmaszerować koło, i przypłynęły od strony przeciwnej okręgu wyznaczonego sobie od miejsca skąd wyruszyły. Wymiar obwodu naszego świata, w zakresie najszerszym, jakby człowiek mierzył jabłko w obwodzie, albo piłkę, to jedynie jakieś dwadzieścia pięć tysięcy i dwadzieścia angielskich mil, dając w rachunku gdzieś z sześćdziesiąt dziewięć i pół mili na równoleżnik równikowy; a opłynąć go dokoła da się na przestrzeni mniej więcej trzech lat. [3]

Na pierwszą myśl, świat o takim zakresie może się wydawać wielki; ale jak go porównać z ogromem przestrzeni gdzie zawisa, jak bańkę mydlaną czy balon w powietrzu, jest proporcją niepomiernie maleńki, bardziej niż najmniejsze ziarnko piasku do rozmiaru tego świata, albo najdrobniejsza cząstka rosy do całego oceanu; nasz świat jest takoż mały, a jak wykażę, jest jeden, ale w układzie ciał niebieskich co się komponują w dzieło uniwersalne.

Nietrudno sobie wyrobić choćby blade pojęcie o ogromie przestrzeni gdzie ten oraz inne światy mają balans, jak pójdziemy za postępem w pojęciach. Kiedy myślimy o wielkości lub wymiarach pokoju, nasze myśli ograniczają się do ścian i tam się zatrzymują. Jednak gdy się wzrokiem lub wyobraźnią zapuścimy w przestrzeń, to jest, jak by oko skierować w górę na otwartym powietrzu, nie mamy jak myśleć o ścianach czy innym dla przestrzeni limicie; a jeśli nam trzeba granicy by nań oprzeć swe pojęcie, kwestia zaraz się wznawia i powstaje pytanie, co jest poza tym limitem? A w ten sam sposób, co poza następnym limitem? A tak dalej, póki zmęczona wyobraźnia nie wróci i powie: nie ma końca. Stwórca z pewnością nie miał ciągoty do przestrzeni, kiedy ten świat stwarzał nie większym niż jest; natomiast owego powodu poszukać musimy w czymś innym.

Jeśli dokonamy przeglądu naszego świata, czy też raczej tego, co nam Stwórca dał do użytkowania jako dla nas część w bezmiernym porządku stworzenia, stwierdzimy, że każdy tego świata obszar, lądy, wody i otaczające powietrze, są pełne życia, od największych jakie znamy zwierząt po najmniejsze owady co je bez powiększenia dostrzega oko, a stąd do tworów jeszcze mniejszych, zupełnie niewidocznych bez pomocy mikroskopu. Każde drzewo, każda roślina, każdy liść służy nie tylko za zamieszkanie, ale jest też dla jakiegoś licznego sortu życia światem, aż zwierzęca egzystencja staje się tak niezwykle drobna, że rozpad źdźbła trawy staje się pokarmem dla tysięcy.

Skoro żadna część naszej Ziemi nie pozostaje niezamieszkana, dlaczegóż mniemać iż bezmiar kosmosu jest tylko pozbawioną życia pustką na wieczną zatratę? Miejsca jest dość na miliony światów dużych jak nasz bądź większych, choćby były jeden od drugiego oddalone o miliony mil. Tu doszedłszy w naszym rozumowaniu, jak rozwiniemy myśl tylko krok dalej, być może zobaczymy prawdziwy bądź przynajmniej bardzo dobry powód by się cieszyć; otóż dlaczego Stwórca, zamiast stworzyć jeden bezmierny świat, rozciągający się poprzez ogromną przestrzeń, wolał podzielić ową ilość materii na kilka odrębnych i oddzielnych światów co je zwiemy planetami, jedną pośród których jest nasza Ziemia. Zanim jednak wyłożę moje myśli na ten temat, trzeba wykazać (nie dla tych co już wiedzą, ale dla tych co nie wiedzą), czym jest porządek wszechświata.

Nietrudno sobie wyrobić choćby blade pojęcie o ogromie przestrzeni gdzie ten oraz inne światy mają balans, jak pójdziemy za postępem w pojęciach. Kiedy myślimy o wielkości lub wymiarach pokoju, nasze myśli ograniczają się do ścian i tam się zatrzymują. Jednak gdy się wzrokiem lub wyobraźnią zapuścimy w przestrzeń, to jest, jak by oko skierować w górę na otwartym powietrzu, nie mamy jak myśleć o ścianach czy innym dla przestrzeni limicie; a jeśli nam granicy dla oparcia pojęć trzeba, kwestia zaraz się wznawia i powstaje pytanie, co jest poza tym limitem? A w ten sam sposób, co poza następnym limitem? A tak dalej, póki zmęczona wyobraźnia nie wróci i powie: nie ma końca. Stwórca z pewnością ciągoty do przestrzeni nie miał, kiedy ten świat stwarzał nie większym niż jest; a przyczyny musimy poszukać w czymś innym.

ROZDZIAŁ XV

Takoż Stwórca niczego na próżno nie stworzył, a trzeba także ufać iż strukturę wszechświata zorganizował na sposób optymalny, z jakiego korzystać może człowiek; a gdy widzimy i z doświadczenia odczuwamy korzyści jakie czerpiemy ze struktury wszechświata, uformowanego jak jest, a którymi nie mielibyśmy okazji się cieszyć gdyby owa struktura, przynajmniej w zakresie w jakim się odnosi do naszego układu planet, była samotnym globem, odkrywamy jedną rację przynajmniej dla której istnieją światy mnogie, i racja ta dopomina się od człowieka dedykowanej wdzięczności, a także podziwu.

Korzyść z wielości światów nie ogranicza się do zamieszkania na tym globie. Na każdym ze światów w naszym układzie byłaby dla mieszkańców taka sama okazja do nabywania wiedzy jaką my mamy. Ruch obrotowy naszej Ziemi byłby z owych planet widoczny tak samo, jak my widzimy ich obiegi. Wszystkie planety krążą sobie wzajem na widoku; takoż dla wszystkich przedstawia się ta sama, uniwersalna szkoła nauki {Przypis tłumaczki}.

{Teresa Pelka} Przekładam powyższe jako spekulację, gdyż u początku jest tu teza, Had the quantity of matter been blended into one solitary globe, the consequence to us would have been… (Gdyby tę ilość materii zmieszać w pojedynczy glob, w konsekwencji albo by nie zaistniał…)

Życie poza planetą Ziemią nie jest niemożliwe, jednak większość planet w Układzie Słonecznym widzialna była w czasach Tomasza Paine w kolorach piaskowych żółci, czerwieni oraz brązów, a tereny takie są na Ziemi przeważnie przez ludzi niezamieszkane.

Sam Tomasz Paine przywodzi kilkakrotnie podróż balonem, skąd takie ziemskie tereny da się widzieć z odległości, a też porównać z ziemiami nawodnionymi.

Tomasz Paine nie miał skłonności do konfabulacji, toteż przyjmuję iż jego kolejną spekulacją mogło być nawodnienie i zamieszkanie innych planet Układu Słonecznego przez człowieka, raczej niż twierdzenie o mieszkańcach Układu Słonecznego innych niż człowiek bez potwierdzenia w faktach (o których by w takim razie napisał). Podróż kosmiczną uznano może w drukarni za takie szaleństwo, że nie dopuszczono owego do druku.

Niewielkie tylko rozwinięcie myśli u początku passusu dałoby rozumieć cały fragment jako formę zdania czasowego, time clause, stąd jako taką formę ten fragment tłumaczę; “łatki” (angielskie patch) dostarczyć może rozdział XI.

But it is not to us, the inhabitants of this globe, only, that the benefits arising from a plurality of worlds are limited, should man discover that canonical book of the word of God, for the agency of attraction, gravitation, or repulsion, and travel the cosmos, and live on other planets or worlds.

Korzyść z wielości światów nie ogranicza się do zamieszkania na tym globie, o ile człowiek odkryłby ów kolejny kanon Bożego Wyrazu, dla czynnika przyciągania, grawitacji czy odpychania, a zaczął w kosmosie podróżować, i mieszkać na innych planetach czy światach. — Koniec przypisu

Okazja do nabywania wiedzy się tutaj nie kończy. Układ planet względem naszego sąsiedni wykazywałby swym mieszkańcom, w swych obrotach, te same zasady i szkołę wiedzy jak nasz układ planet ukazuje nam, i tak dalej, poprzez bezmiar kosmosu.

ROZDZIAŁ XVII

Natura i zamysł religii, jak by to powiedzieć, dowodzą nawet naocznie iż nie powinna niczego tajemniczego sobą nieść, ani nie powinna być niczym tajemniczym otaczana. Gdzie się ją rozważa jako powinność, religia sięga tak samo po każdą żywą duszę, a zatem musi być na poziomie pojmowania i rozumowania dostępnym dla wszystkich. Człowiek nie uczy się religii tak, jak się uczy sekretów i tajemnic zawodu. Człowiek uczy się religijnej teorii poprzez refleksję. Współtworzy ją działanie jego własnego umysłu, względem rzeczy które widzi, czy zdarza się mu może o nich słyszeć lub czytać, a praktyka na to przychodzi.

Kiedy ludzie, czy dla polityki czy dla nabożnego oszustwa, tworzyli porządki religijne niezgodne z Bożym wyrazem lub dziełem stworzenia, a nie tylko niezrozumiałe, ale i dla ludzkiego pojmowania odstręczające, rządziła nimi potrzeba by wymyślić bądź przyjąć słowo co by zakazywało pytań, dociekań i spekulacji. Słowo tajemnica spełniało ten wymóg i tak oto się stało że religia, sama w sobie tajemnicą nie będąc, została zamącona w mgłę tajemnicy.

Jako że tajemnica zaspokoiła cele ogólne, następny był cud, jako środek pomocniczy od okazji. Pierwsze miało umysł sprowadzić na manowce; drugie zadać zmysłom zagadkę. Jedno było żargonem, drugie kuglarską sztuczką.

Ale zanim pójdę w temat dalej, właściwym będzie zapytać, co należy rozumieć przez cud.

W takim samym sensie jak każdą rzecz się da uznać za tajemnicę, tak też się da powiedzieć że wszystko jest cudem, a nic nie jest cudem większym niż coś innego. Słoń, choć większy, nie jest cudem większym niż roztocza; ani góra nie jest cudem większym niż atom. Dla zdolności wszechmocnej zrobić jedno nie jest trudniej niż zrobić drugie, ani stworzyć milion światów nie jest trudniej niż stworzyć jeden świat. W jednym sensie takoż wszystko jest cudem, podczas gdy w innym czegoś takiego jak cud nie ma nawet wcale. Widzimy coś jako cud wedle naszej zdolności i naszego pojmowania. To samo nie jest cudem wedle zdolności co owej rzeczy dokonuje. Jako że jednak nic w tym opisie nie przekazuje pojęcia łączonego ze słówkiem cud, potrzebujemy poprowadzić nasze dochodzenie dalej.

Ludzie przyswoili sobie pewne prawa, wedle których miałoby się zachowywać to, co nazywają naturą; a cud to coś sprzecznego z działaniem i skutkiem owych praw. Jednakowoż o ile nie znamy całego zakresu owych praw oraz tego, co potocznie nazywane jest siłami natury, nie jesteśmy w stanie osądzić czy coś, co się nam jawi jako czarodziejskie albo cudowne w owym zakresie pozostaje, jest ponad nim, czy też jest z naturalnym działaniem sprzeczne.

Wzniesienie się człowieka w powietrzu na kilka mil w górę miałoby w sobie wszystko co się składa na pojęcie cudu, gdyby nie było wiadomo iż da się wygenerować rodzaj powietrza kilka razy lżejszego niż zwykłe, atmosferyczne; a ma ono jednak dość elastyczności, żeby balon co je zawiera nie ulegał kompresji przez zwykłe, otaczające go atmosferyczne powietrze do wielokrotnie mniejszego rozmiaru. Podobnie iskanie z ludzkiego ciała przebłysków czy elektrycznych iskier, widomie jak ze stali uderzanej krzemieniem, czy powodowanie ruchu żelaza lub stali bez żadnego widocznego czynnika, również by się zgadzało z pojęciem cudu, gdybyśmy nie znali się wcale na elektryczności i magnetyźmie; takoż by było w wielu innych eksperymentach filozofii naturalnej, wedle tych, co nie znają tematu. Przywracanie do życia osób które wyglądają na martwe, jak się praktykuje na topielcach, też byłoby cudem gdyby nie wiedza iż procesy życiowe mogą być w zawieszeniu bez ich całkowitego zaniku.

Są poza tym przedstawienia, sztuczki kuglarskie, także przez osoby działające pospołu, co mogą wyglądać na czarodziejskie, ale wyjawione nie robią żadnego wrażenia. Są też jeszcze mechaniczne i optyczne złudzenia. W Paryżu jest teraz wystawa duchów czy widm, które, choć nie wmawia się ich widzom jako fakt, budzą wyglądem zadziwienie. Skoro więc nie znamy całości zakresu do jakiego zadziałać potrafi czy natura, czy sztuka, nie istnieje żadne kryterium wedle którego byśmy mogli wyznaczyć dokładnie, czym jest cud; natomiast ludzkość, dając wiarę pozorom gwoli założenia że istnieją cuda, naraża się stale iż będzie oszukiwana.

Jako że pozory potrafią być oszukańcze, a obiekty nieprawdziwe miewają do tych rzeczywistych silne podobieństwo, nic nie ma jak być niespójne bardziej, niż przypuszczenie że Wszechmogący używałby takich środków, jak te nazywane cudami, a które rzucałyby na osobę co owych cudów dokonuje podejrzenie o oszustwo, a na osobę co o owych cudach opowiada podejrzenie o kłamstwo; natomiast na naukę co by ją cudami wspierać, podejrzenie iż jest wynalezioną bajką.

Spośród wszystkich wynalezionych sposobów by dowodzić na rzecz porządku czy opinii jakim by nadać imię religii i zyskać wiarę, cud, jakkolwiek mistyfikacja byłaby skuteczna, jest z religią najbardziej niespójny. Po pierwsze, zawsze gdy potrzebne jest powtórzenie, ażeby do danej wiary pozyskiwać (bo cud, jakkolwiek to słowo rozumieć, to widowisko), da się dorozumieć iż nauczanie owo jakoś kuleje i słabuje. Po drugie, sprowadza postać Wszechmocnego do owej estradowca co pokazuje sztuczki by się ludzie bawili, wpatrywali i dziwili. Cud jest też najbardziej niejednoznacznym rodzajem dowodu by się nań powoływać, gdyż wiara nie polegałaby na samej owej rzeczy zwanej cudem, ale na zaufaniu jakim darzony jest sprawozdawca co mówi iż cud widział, a takoż rzecz, choćby sama nawet była prawdziwa, szansy budzić wiarę nie miałaby większej niż kłamstwo.

Przypuśćmy, powiedziałbym, jak siadałem do pisania tej książki, pojawiła się w powietrzu ręka, podjęła pióro i napisała każde tutaj słowo: czy ktokolwiek by mi uwierzył? Oczywiście nie. A czy wierzono by mi odrobinę więcej, gdyby to był fakt? Oczywiście nie. Stąd prawdziwy cud, gdyby do niego doszło, podlegałby losowi takiemu samemu jak fałsz, a niespójność staje się tym większa, jak zakładać iż Wszechmocny by używał środków niezdolnych przynieść zamierzany skutek, nawet jeśli byłyby same w sobie prawdziwe.

Opowieść o wielorybie co połyka Jonasza, choć wieloryb by coś takiego zrobić jest dość duży, graniczy z czarodziejską; ale bliżej by jej do pojęcia cudu było, gdyby Jonasz połknął był wieloryba. Przykład tutaj posłużyć może dla wszelkich cudownych wypadków, a sprawa sama się rozstrzyga, mianowicie: Czy jest bardziej prawdopodobne, że człowiek połknął wieloryba, czy też że skłamał?

A jak by dopuścić iż Jonasz naprawdę połknął wieloryba i poszedł z nim w brzuchu do Niniwy, a żeby ludzi przekonać iż to prawda, wystawił im tego wieloryba na widok, w całej długości i rozmiarze, czy nie wierzyliby raczej że jest diabłem, a nie prorokiem? A gdyby to wieloryb zaniósł był Jonasza do Niniwy i tam go na taki sam sposób ludziom publicznie pokazał, czy nie uwierzyliby oni iż wieloryb ów jest diabłem, Jonasz natomiast jednym z jego chochlików?

Najbardziej niezwykła ze wszystkich owych rzeczy zwanych cudami co są relacjonowane w Nowym Testamencie, to diabeł jak odlatuje z Jezusem Chrystusem, niesie go na szczyt wysokiej góry, tam na szczyt najwyższego wierzchołka świątyni, a pokazuje mu i obiecuje wszystkie królestwa świata. Jakżeż się stało, że nie odkrył Ameryki? Czy też tylko w królestwach ma jego okopcona wysokość jakiekolwiek zainteresowanie.

Najbardziej niezwykła ze wszystkich owych rzeczy zwanych cudami co są relacjonowane w Nowym Testamencie, to diabeł jak odlatuje z Jezusem Chrystusem, niesie go na szczyt wysokiej góry, tam na szczyt najwyższego wierzchołka świątyni, a pokazuje mu i obiecuje wszystkie królestwa świata. Jakżeż się stało, że nie odkrył Ameryki? Czy też tylko w królestwach ma jego okopcona wysokość jakiekolwiek zainteresowanie.

Mam za dużo szacunku dla moralnego charakteru Chrystusa by wierzyć, że on sam o tym megacudzie opowiadał: nie jest też łatwo wyjaśnić, po co taką opowieść fabrykować, chyba że miała robić wrażenie na cudów koneserach, jak to się czasem praktykuje na znawcach groszaków z królową Anną, oraz kolekcjonerach reliktów i antyków; czy też aby wiarę w cuda ośmieszyć poprzez wyolbrzymienie, jak Don Kichot przeszedł siebie samego w rycerskości; albo żeby wzbudzić w wierzących zakłopotanie, wprowadzając wątpliwość, czy cudu dokonuje moc Boga, czy też diabła. Tak czy tak, aby uwierzyć w ten cud, trzeba wielkiej wiary w diabła.

Z każdej strony, owe rzeczy zwane cudami, gdziekolwiek je umiejscowić i jakkolwiek je rozważać, nie są realnie prawdopodobne, a nie potrzeba też by istniały. Nie przydałyby się one, jak już zanotowałem, dla żadnego użytecznego celu nawet gdyby były prawdziwe; bo trudniej wzbudzić wiarę w cud, niż w ewidentnie moralną zasadę bez żadnego cudu. Zasada moralna uniwersalnie mówi sama za siebie. Cud natomiast to nic więcej niż rzecz chwili, i to widomej ludziom niewielu; po owym czasie wymaga przeniesienia obiektu wiary z Boga na człowieka, żeby wierzył w cud z opowieści. Zamiast zatem akceptować wyliczanie cudów w dowód prawdziwości religijnego porządku, cuda powinny być uważane za symptomy jego bajeczności. Ażeby prawda była pełna i prawa, odrzucić trzeba podpórkę; bajkom to przystoi jedynie, szukać pomocy co ją prawda odrzuca. Tyle o Tajemnicy i Cudzie.

Podczas gdy Tajemnica i Cud objęły kontrolę nad przeszłością i teraźniejszością, Proroctwo wzięło prym nad przyszłością, a okrasiło czasy gramatyczne wierzeń. Nie wystarczyło wiedzieć co zostało zrobione, ale co zrobione by było. Domniemany prorok stał się rzekomym historykiem przyszłości; a jeśli się mu udało z cięciwy lat tysiąca sięgnąć mil tysiąc z dala od celu, pomysłowość potomności umiała zrobić z tego trafienie; a jeżeli wprost się mu zdarzyło popełnić błąd, dozwolonym li tylko było przypuszczać, jak w przypadku Jonasza i Niniwy, że Bóg się pokajał i zmienił zdanie. Cóż za głupca potrafią zrobić z człowieka bajeczne porządki!

Ukazałem w poprzedniej części tej pracy, że pierwotne znaczenie słów prorok oraz prorokowanie zostało zmienione, a prorok w sensie tego słowa jak używane obecnie to wytwór nowożytnej wynalazczości; a to przez ową zmianę znaczenia słów, polot i metafory żydowskich poetów, a też frazy i wyrażenia dzisiaj dla nas niejasne z powodu braku znajomości lokalnego kontekstu, gdzie się stosowały w czasie ich przynależności z językowym uzusem, wyniesiono na proroctwa i nagięto do objaśnień wedle woli i kaprysu zarozumiałych sekciarzy, dydaktyków i komentatorów. Wszystko czego nie rozumieli, było prorocze, a wszystko co obiektywnie nieistotne, służyło kreowaniu typów. Gafa posłużyłaby do utworzenia przepowiedni; a ścierka do naczyń byłaby typowana na zjawisko.

Jeżeli mamy co do proroka przyjmować, że to człowiek któremu Wszechmocny zakomunikował o czymś w przyszłości, albo tacy ludzie byli, albo takich nie było. Jeżeli byli tacy, spójną jest wiara iż takowa komunikacja o wydarzeniu odbyłaby się w pojęciach zrozumiałych, a nie narracją o manierze tak luźnej i niejasnej, że umyka pojmowaniu tych co ją słyszą, a jest tak niejednoznaczna, że pasuje do niemal każdej okoliczności co może później zaistnieć. Takie pojmowanie Wszechmocnego nader pozbawione jest szacunku, to jak się spodziewać iżby po kuglarsku ludzkość traktował; jednak wszelka rzecz zwana proroctwem w księdze zwanej Biblią pasuje do tego opisu.

Jest zasię z Proroctwem jak z Cudem. Nie miałoby jak prowadzić do skutku, nawet gdyby było prawdziwe. Ci co by mieli proroctwo odbierać, powiedzieć jak nie mają czy człowiek prorokował czy kłamał, czy treść mu objawiono, czy ją wymyślił; oraz czy rzecz o której prorokował bądź iż prorokuje udawał, miałaby się wydarzyć dosłownie, czy też byłoby to coś tylko podobnego, pośród owego mnóstwa rzeczy co się codziennie dzieją i znów, nikt nie ma jak wiedzieć czy prorok miał jasnowidzenie, czy zgadł że tak będzie, czy też może zdarzyło się to przypadkiem. Takoż prorok to postać nieużyteczna i niepotrzebna; a bezpieczniej jest chronić się od oszustwa i nie dawać takim relacjom wiary.

Na ogół Tajemnica, Cud i Proroctwo to załączniki do bajkowej tradycji, a nie prawdziwej religii. To one niosły wiele owych „Słuchajcie, słuchajcie” co się już rozległy po świecie, a z religii zrobiono targ. Sukces jednego oszusta dodawał odwagi drugiemu, a opornych uciszały wiwaty na cześć czegoś dobrego, co to go dokonano nabożne oszustwo podtrzymując i owych oszustów chroniąc od żalu.

PODSUMOWANIE

(…) Nie martwię się o sposób istnienia przyszłego. Zadowalam się wiarą, a nawet przekonaniem iż zdolność która mi dała istnienie jest w stanie owo kontynuować, w formie i na sposób przez siebie wybrany, z cielesną powłoką bądź i bez niej; a wygląda mi na bardziej prawdopodobne iż moje istnienie będzie trwać po mej śmierci, niż pogląd że miałbym egzystencję jaką mam teraz, zanim się zaczęło moje istnienie.

(…) Przypisy 1. „W dzieciństwie świata” według pierwszej wersji po francusku; a ścisłe tłumaczenie ostatniego zdania to: “Religią Adama był deizm, zakładając, że nie jest on istotą wyobrażoną; niemniej pozostawić należy ludziom do wyboru, gdyż to ich prawo, jaką chcą uprawiać religię i kult”. — Wydawca.

(Praca w toku)


Thomas Paine rozpoczął pracę nad Wiekiem Rozumu w paryskim więzieniu Luxembourg. Wyciągnął go zeń James Monroe, później prezydent Stanów Zjednoczonych. W pracy tutejszej Paine zaleca Deizm, a przedstawia argumenty przeciwko religiom zinstytucjonalizowanym, szczególnie chrześcijaństwu, mówi ■→Wikipedia.


%d bloggers like this: