Agrarian Justice | Sprawiedliwość agrarna

ZACHOWAĆ pożytek z tego, co nazywane jest życiem cywilizowanym, a zaradzić jednocześnie niesionemu przezeń złu, powinno być pierwszym przedmiotem myśli przy reformowaniu prawa.

Czy ów stan tak dumnie, a być może błędnie zwany cywilizacją, jak najlepiej promuje, czy też jak najgorzej ludzkie poczucie szczęścia poniewiera, to kwestia gdzie spierać się można mocno. — Jak człowiek patrzy, z jednej strony zaślepia wzrok wspaniałość wystroju; z drugiej, porażają skrajności niedoli, a obydwu im człowiek sam dał początek. Najzamożniejszych zarówno jak najnędzniejszych spośród ludzkiego rodzaju znajdziemy w krajach zwanych cywilizowanymi.

Thomas Paine, Sprawiedliwość agrarna
Standard Copyright | Standardowe prawo autorskie

Przeciwko Agrarnemu Prawu oraz Monopolowi, będąca planem ku polepszeniu ludzkiej kondycji, poprzez utworzenie w każdym narodzie funduszu, dla wypłaty każdej osobie sumy szterlingów, gdy osiągnie wiek lat dwudziestu jeden, oraz po pięćdziesiątce, aby łatwiej było wkroczyć w świat, a podeszłe lata dało się spędzić bez niedoli.

Smashwords e-pub, 50% tekstu do wglądu ■→USD 2.99

Ażeby rozumieć, jaki stan społeczeństwa być powinien, trzeba mieć jako takie pojęcie o człowieka stanie naturalnym i prymitywnym, jak dzisiaj pośród Indian Ameryki Północnej. Nie ma w owym naturalnym stanie nic z tego spektaklu ludzkiej nędzy, co go ubóstwo i niedostatek wystawiają naszym oczom na ulicach wszelkich miast w Europie. Ubóstwo to wytwór tego, co nazywane jest życiem cywilizowanym. Nie istnieje w stanie naturalnym. Z drugiej strony, stan naturalny to życie bez zalet płynących z rolnictwa, sztuk pięknych, nauki, oraz masowej produkcji.

Życie Indianina to w porównaniu z żywotami europejskiej biedoty nieustające święto; wygląda jednak po dziadowsku, gdy je porównać ze stylem życia człowieka bogatego. Takoż cywilizacja czy też to, co jest nią nazywane, działa na dwie strony: czyni jedną część społeczeństwa zamożniejszą, a drugą uboższą, niż byłoby losem jednej czy drugiej w stanie naturalnym.

Przejść od stanu naturalnego do cywilizowanego udaje się zawsze, ale nigdy się nie da przejść z cywilizowanego w naturalny. Powód jest taki, że człowiek w stanie naturalnym, żywiąc się z łowiectwa, potrzebuje do swego bytowania ziemi dziesięć razy więcej, niż by potrzebował w stanie cywilizowanym, w którym się ziemię uprawia. Kiedy więc w danym kraju przybywa ludności, dzięki środkom z rolnictwa, sztuk i rzemiosł, oraz nauki, nastaje potrzeba rzecz w stanie cywilizowanym zachować, gdyż bez niego nie byłoby środków do życia dla więcej niż może jednej dziesiątej mieszkańców. Przychodzi nam więc sprawy takiej dokonać, żeby zaradzić złu, a zachować korzyści co je społeczeństwo zyskało, zmianą ze stanu naturalnego w ten, który nazywany jest cywilizowanym.

Internet Archive, repozytorium darmowych ilustracji i tekstów
■→Zapraszam do korzystania z materiałów na moim koncie.
Źródłowe | Source HTML: Mozilla Firefox 56.0; 80%.

US Constitution in Polish
Konstytucja USA po polsku

Czcionka Adobe Caslon Pro 14pt, rozstaw liter średnio +0.7 pt, kerning 1pt i więcej, akapit 8pt LEX (po łacinie ■→prawo, Perseusz); grubość linii 1; skalowalne 32×48 cali.
Wraz z HTML | With HTML
■→Internet Archive
Font Adobe Caslon Pro 14pt, character spacing +0.7pt on average, kerning 1pt and above, indentation 8pt LEX (Latin for ■→law, Perseus); line height 1; scalable 32×48 inches.

Purchase print | Zakup druk

Na ten oto grunt kwestię biorąc, pierwszą zasadą cywilizacji powinno było zawsze i nadal być powinno, ażeby jakość życia człowieka urodzonego po nastaniu cywilizacji nie była gorsza niż gdyby się był urodził przed czasem cywilizowanym. Faktem jest jednak, że stan milionów osób w każdym w Europie kraju jest dalece gorszy, niż gdyby przyszły były na świat zanim się cywilizacja rozpoczęła, bądź też pośród Indian Ameryki Północnej dnia obecnego. Zaprezentuję teraz, jak do tego faktu doszło.

Niepodważalne jest zapatrywanie, iż ziemia, w swoim stanie pierwotnym i nieuprawnym, była, a także zawsze by nadal pozostawała WSPÓLNĄ WŁASNOŚCIĄ LUDZKIEGO GATUNKU. W owym stanie każdy człowiek by przychodził na świat do jakiegoś stanu posiadania. Byłby wraz z innymi za życia współwłaścicielem ziemi oraz jej produktów naturalnych, roślinnych i zwierzęcych.

Jednak ziemia w stanie pierwotnym, jak wzmiankowano, zdolna jest żywić niewielką tylko liczbę mieszkańców, gdy porównać jej wydajność pod uprawą. A ponieważ udogodnień niesionych uprawą nie da się brać osobno od uprawianej ziemi, pojęcie własności ziemskiej powstało z takiego oto, niepodzielnego związku; nie mniej prawdą pozostaje, iż to nie ziemia sama w sobie, ale wartość owego uprawą niesionego udogodnienia staje się własnością indywidualną. W konsekwencji tego każdy właściciel ziemi uprawnej winien jest społeczności opłatę gruntową, bo nie znam lepszej frazy na wyraz tego pojęcia, za trzymany przez się obszar: i właśnie z tej gruntowej opłaty proponuje się w tutejszym planie utworzyć fundusz.

Zarówno z natury rzeczy, jak i wszelkich historycznych przekazów da się wnioskować, iż pojęcie własności ziemskiej nastało wraz z uprawą, a przed owym czasem czegoś takiego jak własność ziemska nie było. Pojęcie nie miało jak istnieć w stanie pierwotnym człowieka, kiedy był myśliwym. Nie było go też w stanie następnym, kiedy ludzie byli pasterzami: ni Abraham, ni Izaak, Jakub czy Hiob, o ile brać historię wedle Biblii za prawdopodobną, nie mieli ziemi na własność. Ich stan posiadania, jak to się zawsze wymienia, obejmował stada oraz trzody, z którymi wędrowali z miejsca na miejsce. Częste w tamtych czasach spory o dostęp do studni, jako że ludzie ci żyli w suchym arabskim kraju, także ukazują, iż własności ziemskiej wtedy nie było. Nie uznawano lokowania ziemi na własność indywidualną.

U zarania dziejów coś takiego jak własność ziemska istnieć nie mogło. Człowiek ziemi nie stworzył, a chociaż miał naturalne prawo na niej mieszkać, nie miał jej prawa lokować jako swą własność wieczystą nawet po części: ani Stwórca tej planety nie otworzył ziemskiego urzędu, skąd powinny by pochodzić pierwsze tytuły własności. Skąd się więc wzięło pojęcie posiadania ziemi? Odpowiadam jak przedtem, kiedy zaczęła się uprawa, zaczęło się pojęcie ziemskiej własności, bo usprawnień niesionych uprawą i uprawianej ziemi brać osobno się nie dało. Wartość owego udogodnienia tak dalece przewyższyła wartość ziemi w jej stanie prymitywnym, że jedno pojęcie wchłonęło w owym czasie drugie; aż w końcu powszechne prawo wszystkich ludzi zostało pomieszane z prawem pojedynczego człowieka do uprawy. To jednakowoż jedno z owych dystynktywnych uprawnień co będą kontynuowane tak długo, jak długo trwa ziemia.

Shop the US civics and collectanea
Cywika USA i collectanea w sklepie

Wyłącznie śledząc rzecz po jej początek, da się zyskać o niej właściwe pojęcie, a takie tylko pojęcie pozwala odkryć granicę między racją a jej brakiem, gdzie by się człowiekowi uczyć rozeznania w swoich prawach. Dałem temu dyskursowi tytuł Sprawiedliwość agrarna, dla odróżnienia od Agrarnego Prawa. Nic nie może być niesprawiedliwe bardziej, niż Agrarne Prawo w kraju gdzie się stosuje uprawę; a choć każdy człowiek jest, jako mieszkaniec planety, współwłaścicielem ziemi w jej stanie pierwotnym, nie czyni go to współposiadaczem ziemi uprawnej. Wartość jakiej dodaje ziemi uprawa przeszła po zaprowadzeniu systemu w posiadanie ludzi co uprawy dokonywali, bądź odziedziczyli doń prawo, czy je zakupili. Stan pierwotny nie miał właściciela. Takoż wspierając prawa wszystkich tych ludzi, co ich wyrzucono z naturalnego dziedzictwa poprzez zaprowadzenie systemu ziemskiej własności, a ciekawi mnie ich trudny przypadek, na równi bronię prawa posiadacza do tej części, co do niego należy.

Uprawa to bodaj jedno z najwspanialszych naturalnych udogodnień drogą ludzkiego wynalazku. Dała ziemi jak stworzona wartość dziesięciokrotną. Jednak monopol ziemskiej własności co się wraz z nią zaczął, ma skutki jak najgorsze. W każdym narodzie wywłaszczył z naturalnego dziedzictwa ponad połowę ludności, nie przyznając podówczas żadnej, chociaż był powinien, asekuracji za tę stratę; a wytworzył tym samym gatunek ubóstwa oraz niedoli co nigdy przedtem nie istniał.

Wspierając sprawę ludzi tak oto wywłaszczonych, oręduję na rzecz uprawnienia, a nie dobroczynności. Jest to taki rodzaj uprawnienia, że jak je z początku zaniedbać, nie udaje się go przywrócić, póki niebiosa drogi nie otworzą dla rewolucji w ustroju. Oddajmy takoż cześć rewolucjom, czyniąc sprawiedliwość, oraz przydajmy ich zasadom walutę w ramach dobrodziejstwa.

Przedstawiwszy w paru słowach meritum sprawy, przejdę do proponowanego przeze mnie planu, mianowicie:

Ażeby utworzyć Narodowy Fundusz, skąd by wypłacić każdej osobie kiedy osiąga wiek lat dwudziestu jeden, kwotę piętnastu funtów szterlingów, jako częściową kompensatę za przepadek jego lub jej naturalnego dziedzictwa skutkiem systemu własności ziemskiej;

A także,

Kwotę dziesięciu funtów rocznie do końca życia, każdej obecnie żyjącej osobie w wieku lat pięćdziesięciu, oraz wszystkim innym gdy ów wiek osiągną.

Sformułowałem już założenie, mianowicie, ziemia w swym stanie prymitywnym i nieuprawnym była, a też zawsze by pozostawała WSPÓLNĄ WŁASNOŚCIĄ LUDZKIEGO GATUNKU — przy takim jej stanie każdy człowiek przychodziłby na świat do jakiejś własności — a to system posiadania ziemi, poprzez niepodzielny związek z kultywacją oraz tym, co jest nazywane cywilizowanym życiem, wchłonął własność ludzi przez się wydziedziczanych, nie przyznając im, choć był powinien, za tę stratę żadnej asekuracji.

Nie jest to jednakowoż wina dzisiejszych posiadaczy. Żadna skarga czy zarzut nie jest tu intencją, chyba że opowiedzą się oni za przestępstwem i stawią opór sprawiedliwości. Wina tkwi w systemie; przedostawszy się na świat ukradkiem, wsparła na agrarnym prawie miecza. Błąd ten jednak da się poddać reformie za życia kolejnych pokoleń; nie ograniczając czy wypaczając praw własności żadnego z obecnych posiadaczy, fundusz może rozpocząć oraz rozwinąć pełną działalność w pierwszym roku od założenia bądź niedługo potem, jak wykazuję.

Proponuje się dokonywać wypłat, jak już określone, każdej osobie, bogatej czy biednej. To sposób najlepszy, by uniknąć zawistnych podziałów. Jest to także sposób słuszny, gdyż wypłata jest z tytułu naturalnego dziedzictwa, a to, jako uprawnienie, należy się każdemu, niezależnie od własności jaką sam mógł był wytworzyć, czy też odziedziczyć po innych. Osoby które wypłaty nie zechcą, mogą ją oddać do wspólnego funduszu.

Wychodząc zatem z założenia, iż nikt urodzony w tym, co nazywane jest stanem cywilizowanym, nie powinien mieć się gorzej niż gdyby się był urodził w stanie naturalnym, a cywilizacja powinna była i nadal powinna tworzyć na ten cel zasoby, sprawy da się dokonać jedynie poprzez odjęcie od wartości stanu posiadania proporcji finansowo równoważnej wchłoniętemu przezeń dziedzictwu naturalnemu.

Rozmaite jest możliwe po temu proponować metody, najlepszą jednak widzi się taka, a nie tylko dlatego, że operowałaby nie wypaczając praw dzisiejszych posiadaczy i nie zakłócała poboru podatków bądź działalności pożyczkowej na potrzeby rządu oraz obiegu, ale też dlatego, że to metoda jak najmniej kłopotliwa i jak najbardziej skuteczna, gdzie poboru środków by dokonywano o czasie jak najstosowniejszym, czyli w momencie kiedy własność przechodzi z jednej osoby na drugą poprzez śmierć tej pierwszej. Testator nie dokonuje w takim przypadku darowizny; spadkobierca nic nie płaci. Tyle go jedynie dotyczy, iż monopol naturalnego dziedziczenia, do którego prawa nigdy nie było, zaczyna wraz z jego osobą wygasać. Człowiek hojny nie chciałby go kontynuować, a sprawiedliwego cieszyć będzie jego zniesienie.

Stan zdrowia nie pozwala mi teraz dokonać wystarczających poszukiwań względem nauki prawdopodobieństwa, na której należy budować kalkulacje o takim stopniu pewności, na jaki pozwala sytuacja. Takoż oferuję tutaj w temacie spostrzeżenia i refleksje, raczej niż wyniki z otrzymanej informacji; jednakowoż wierzę, okażą się one wystarczająco spójne z faktami.

Po pierwsze, biorąc wiek lat dwudziestu jeden za ów dojrzałości, cała w narodzie własność, dobra nieruchome jak i ruchome, jest zawsze w posiadaniu osób powyżej owego wieku. Trzeba zatem określić jako daną dla kalkulacji, średnią powyżej tego wieku długość życia. Przyjmuję jakieś trzydzieści lat, bo choć wielu ludzi pożyje lat czterdzieści, pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt, osiągnąwszy wiek lat dwudziestu jeden, inni umrą o wiele wcześniej, każdego roku.

Przyjmując zatem lat trzydzieści za ów średni czas życia, otrzymamy bez znaczącej w jedną czy drugą stronę wariancji statystyczny okres czasu, w jakim całość własności czy kapitału w narodzie, lub jego finansowa równowartość, dopełni obiegu w dziedziczeniu, czyli przejdzie skutkiem śmierci do nowych właścicieli; bo choć w wielu przypadkach jakaś część tego kapitału będzie własnością jednej osoby lat czterdzieści, pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt, inne dokonają obiegu dwa lub trzy razy, zanim upłynie owych trzydzieści lat, co rzecz sprowadzi do średniej; ponieważ jeśli połowa kapitału w narodzie dokonałaby w lat trzydzieści obiegu dwa razy, fundusz byłby jak z całości po obiegu jeden raz.

Takoż biorąc lat trzydzieści za ów średni czas, w którym cały w narodzie kapitał czy jego finansowa równowartość raz dokona obiegu, jedna trzydziesta część tej wartości to średni obieg roczny drogą spadkową; i ta właśnie finansowa wartość określona w walucie pozwoli obliczyć procent, który od niej odjęty, stanowić będzie roczną kwotę czy też dochód dla proponowanego funduszu, do użycia jak nadmieniono.

Przeglądając dyskurs angielskiego ministra Pitta, w jego wstępie do tego, co nazywane jest w Anglii budżetem (plan finansowy na rok 1796), znajduję oszacowanie w owym kraju kapitału w posiadaniu osób narodowości rodzimej. Jako że mam ów szacunek gotowy w ręku, przyjmuję go jako finansową daną do rachuby. Kalkulacja kapitałowa na skalę narodu przydaje się w połączeniu z liczebnością owego narodu jako miernik dla każdego innego, w proporcji mniej więcej, względem kapitału i liczby ludzi. A tym bardziej skłonny jestem przyjąć oszacowanie pana Pitta, że mi pozwala owemu ministrowi na jego własnym obliczeniu wykazać, iż pieniądz wiele lepiej się da zatrudnić, niż marnując jak to on zrobił, na dziki projekt gwoli usadowienia Burbonów. Kimże są, na Niebiosa, królowie owej dynastii dla ludności Anglii? Lepiej, jak ludzie mają chleb. Pan Pitt określa wartość kapitału w posiadaniu narodu Anglii, dóbr nieruchomych i ruchomych, na tysiąc trzysta milionów funtów szterlingów, co się równa około jednej czwartej kapitału w posiadaniu rodzimym we Francji wraz z Belgią. Tegoroczne żniwa dowodzą, że francuska gleba jest produktywna bardziej niż ta Anglii, oraz lepiej zdolna żywić dwadzieścia cztery czy dwadzieścia pięć milionów mieszkańców niż ta w Anglii potrafi milionów siedem, czy też siedem i pół.

Benjamin Franklin, Autobiografia
Standard Copyright | Standardowe prawo autorskie

Poczucie osobistego szczęścia, jak je brałem na rozum, sprawiło czasem że powiedziałem, jak by mi dano wybór, nie wahałbym się i miał takiego samego życia powtórkę, od początku, prosząc jedynie o tą autorską korzyść jak przy drugiej edycji książki co daje poprawić pewne wady pierwszej.
■→More | Więcej
PDF sample | Próbka PDF
■→Pages 1-70 | Strony 1-70
Entire PDF book | Cała książka PDF

■→240 pages | stron, USD 2.99
E-pub Smashwords
■→$ 2.99

W przygotowaniu: Prawo człowieka, Tomasz Paine

Rozpoczynam od krótkiej notki o przecinkach, gdyż czasy tego wymagają. Rada Języka Polskiego wymaga przecinka przed słówkami „jaki”, „który”, itp. — bez względu na kontekst. Ja natomiast nie mogę sobie pozwolić w tłumaczeniu na taką poradę, bo albo mi „ucieknie” sens tekstu, albo dopuszczać bym się musiała dziwactw. Przedstawiam przykłady by okazać, że nie żartuję (oczywiście), a mam szczerą nadzieję iż dla języka polskiego będzie nieco więcej swobody, i to na rzecz sensu.

Bez przecinka, jak w moim przekładzie:
Ludzie uczą się pokarania od rządów pod jakimi żyją; a odwzajemniają kary które ich przyzwyczajono widzieć.

Z przecinkiem, jak wymaga Rada:
… odwzajemniają kary, które ich przyzwyczajono widzieć.

Kwestia przynależy w angielskim z defining clauses, natomiast nie jest jedną z różnic między językami składniowymi a fleksyjnymi. Przecinki zakreślają słówka lub zdania podrzędne. Każdy naturalny język rozpoznaje zakresy dookreślone i niedookreślone. Powyżej, przykłady z przecinkiem skutkowałyby zakresem leksemicznym dookreślonym gdzie powienien on pozostać niedookreślony.

Porównajmy oryginał:
They learn it from the governments they live under; and retaliate the punishments they have been accustomed to behold (nie ma przecinka); sens jest taki, że ludzie uczą się kar i je powtarzają za rządami. 
Przecinek Rady bądź „warszawski” tak by po angielsku wyglądał:
… (they) retaliate punishments, which they have been accustomed to behold; sens byłby taki, że ludziom pokazuje się głównie kary i stąd ludzie stosują ogółem kary dla wzajemności, jak w psychologicznym science fiction.

W naturalnej polskiej mowie tu w kontekście przecinka nie będzie, a w prostych słowach i na przykładach:
■ bez przecinka, kary które, samo słówko kary (leksem) nie jest w zdaniu zakresem dookreślonym, stąd może je definiować zdanie podrzędne (clause), które ich przyzwyczajono widzieć; sens jest taki, że ludzie powtarzają kary za władzami.

■ gdy przecinek zakreśla leksem, kary, które, zdanie podrzędne może jedynie coś dodawać; sens także po polsku byłby jak w psychologicznym filmie grozy, gdzie ludzie widzą głównie kary i względem wzajemności nauczyli się kary stosować (jakiekolwiek, byle kary; zakres dookreślony); człowiek odrzuca taką możliwość, ale nie na gruncie logiki zdaniowej, a prawdopodobieństwa.

O czym by się jeszcze nie śniło filozofom… Logika językowa nie jest uniwersalna we wszelkich swych przejawach, ale względem zakreślania zakresu znaczenia, rzecz się ma w polskim jak w angielskim, wystarczy polskiego posłuchać w mowie. Natomiast gdyby naturalną polską mowę spisać ze słuchu, wstawić przecinki jak zaleca Rada, a potem poprosić od odczytanie tekstu, mowa byłaby zmieniona, a może i nawet dziwna, jedynie z powodu interpunkcji — choćby tekst odczytywała ta sama osoba, która mówiła.

O ile się nad naturalną logiką i mową jednak zastanowić, przykładem przyjemniejszym mogą być ciasteczka. Wyobraźmy sobie, jest duża okazja, jak święta, przychodzą goście, pomagają nam ich przyjąć przyjaciele, no i „nie wiedzą gdzie wszytko w domu jest”. Zastanawiamy się, podać na stół ciasteczka które są w spiżarni (pieczywo kruche), czy może sernikowe kremówki z chłodziarki.
Jeśli serniczków już nie ma, a w spiżarni jest też piaskowa babka, możemy się zdecydować na ciasteczka, które tam są.
Taka definiująca funkcja języka przydaje się i na co dzień w domu, a nie wierzę by naturalna intonacja miała przecinek, gdy pomyśleć ciasteczka które; nacisk na słówko ciasteczka jest jednak prawdopodobny w przykładzie drugim, ciasteczka, które. Wystarczy sobie wyobrazić, pomyśleć i wymówić, dlaczego nie, z przyjaciółmi. Przejawi się językowa natura.

Bez funkcji dookreślającej języka, może i pozostać człowiekowi jedynie „nagle rozumieć starą pieśń”, co do czego ufam podobnie jak Tomasz Paine, człowiek „woli wiedzieć w co wierzy” — w cudzysłowie, bo przecież wie człowiek i tak — a sam jeden wystarcza by o swych przekonaniach decydować.
A Kay i Gerda spojrzeli sobie w oczy i nagle zrozumieli starą pieśń (Królowa Śniegu).
Kay and Gerda looked into each other’s eyes and then all at once the meaning of the old hymn came to them (The Snow Queen).

Dla naturalnej logiki języka polskiego zwracanie się ku bajkom bądź innym językom nie jest konieczne, ale z drugiej strony polski nie jest przecież językiem izolowanym i tak zupełnie odrębnie od świata go widzieć nie ma potrzeby. Podstawowa, naturalna logika pomaga rozumieć teksty o wydarzeniach na świecie. Kolejny przykład:
Broglio nadal stacjonował wokół miasta, ale dalej już owego dnia wojskiem nie postępował, a noc upłynęła w spokoju jak tylko przy takowej scenerii możliwy — był to względny spokój, sielanka nie była możliwa;
Oryginał:
and the succeeding night passed with as much tranquility as such a scene could possibly produce (nie ma przecinka).

Gdyby “dodać przecinek” i powiedzieć z całą dla przecinka intonacją, noc upłynęła w spokoju, jak tylko przy takowej scenerii możliwy — powiedziałby człowiek iż tylko w takiej scenerii spokój jest osiągalny; a że tutaj okolicznością jest Rewolucja Francuska, wymogi dla względnego spokoju byłyby tak na co dzień bardzo męczące.
Po angielsku z przecinkiem:
… and the succeeding night passed with tranquility, as only such a scenery could possibly produce it.

Natomiast wymóg przecinka przed każdym “że” lub “iż” porównuje się zupełnie do rekomendacji by przecinek stawiać przed każdym “that” w angielskim; ażeby spróbować tego na osobie anglojęzycznej, wybrać należy osobę zrównoważoną i z poczuciem humoru.

Po polsku w piśmie bardziej niż mowie, „że” bądź „iż” (które jest bardziej literackie) uznać nawet można za taki słowny ekwiwalent przecinka. Tomasz Paine pisze o równości mężczyzn i kobiet:
O ile nie jest to autorytet boski, jest to autorytet historyczny, a ukazuje iż ludzka równość wcale nie jest jakąś nowoczesną doktryną; to najstarsza w zapisach nauka.
…a ukazuje, ludzka równość wcale nie jest jakąś nowoczesną doktryną; to najstarsza w zapisach nauka.
Domaganie się tu przecinka, zależnie od kontekstu może i językową funkcję duplikować do redundancji, przy czym redundancja lingwistycznie to niefunkcjonalny nadmiar, czyli „masło maślane”; nie chodzi o poszukiwanie jakiegoś „niezbędnego minimum”, co sugerować może słownik Doroszewskiego.

W angielskim to właśnie “that” da się widzieć także jako taki słowny ekwiwalent:
…it shews that the equality of man…
…it shews, the equality of man….

Styl i kontekst ogółem przecinka przed „że” bądź „iż” nie zabronią, a przykład tutaj mam nadzieję pokazuje w czym rzecz.
Zaobserwować też należy, wszelkie znane w świecie religie są pobudowane, na ile się do człowieka odnoszą, na człowieka gatunkowej jedności, że wszyscy są w równym stopniu ludźmi. Czy w niebie, czy w piekle, jakkolwiek by miał człowiek po śmierci istnieć, jedyne rozróżnienia to zło i dobro. A nawet rządowe przepisy się muszą zasadzie przychylić i jak stopniują, to przestępstwo, a nie osoby.

Cóż, jest jeszcze przyszłość. Dziś zalecenia Rady są jakie są, arbitralne, czyli bez uzasadnienia w językowej logice bądź polu semantycznym. Nie jest sensownym twierdzić, iż mamy przecinek bo potem jest czasownik. Części mowy nie są interpunkcją, a pole semantyczne zmieści i więcej niż jeden czasownik, także po kropce (i niekoniecznie za trudno się nauczyć).

Być może już wnuki (albo i wcześniej) dzisiejszej młodzieży takie zalecenia odrzucą, gdyż logika językowa rozwinęła się we wszelkiej mowie naturalnie, stąd możliwie przeważy. Może nie będzie trzeba nawet pięćdziesięciu lat, a ludzie i takie zalecenia obśmieją?

Ja wolę, żeby moje tłumaczenia trwały. Nie będę robiła tłumaczeń „tylko na dzisiaj”, a szczerze, zalecenia Rady względem przecinka nie mają dla mnie sensu: fragmentują mowę. W żadnej szkole listy słówek dla przecinka się ode mnie nie domagano (pewnie bym się była oddała civil disobedience), z jakąś „pamięciówą na umyśle” nie wyobrażam sobie ani mówić, ani pisać, a zależeć od oprogramowania dosłownie, to dla mnie pomysł chory: umiejętność trzeba mieć samodzielnie, w głowie, a nie — „do sprawdzenia z listą”. Natomiast jeżeli na dany sposób nie myślę, dlaczego miałabym tak pisać. Co do kwestii filologicznych wie człowiek, w Antyku „dawano do zapamiętania”, przeważnie plebejuszom bez statusu obywatelskiego, a było to w starożytnym Rzymie. Językowa umiejętność nigdy nie jest wyuczona na pamięć; jest zawsze nabyta, kognitywnie zinternalizowana. Człowiek nie ma bezpośredniej świadomości poszczególnych procesów mózgowych, ale żeby nie miał pojęcia co, bądź dlaczego mówi czy pisze — tak, to człowiek nie ma.

Porównując, na pamięć by można się uczyć czasowników nieregularnych w angielskim bardzo długo. Jak skojarzyć jakości samogłosek, przebiega to szybciej, a pamięć jest trwała. Tak działa mózg. Porównać czasowniki angielskie można tutaj.

Styl politycznego pamfletu czy legislacji jest wyjątkiem, gdyż formy są w nim przeważnie dookreślone, więc przecinek jak Rady da się mieć. Nie da się jednak cały czas myśleć, mówić, i pisać jakby się przeprowadzało wywód bądź ustanawiało przepisy, a wybrany językowy styl, perswazyjny na przykład, nie może wyznaczać całości standardu języka. Nie ma też takiego naturalnego języka, żeby w nim cały czas solennie deklarować. Ja wierzę i chcę wierzyć, że tłumaczę na język który istnieje, a nie tworzę inspirację dla science fiction.

Polski wygląda na rzeczywisty język, jak sobie spojrzeć na forum prawne. Sprzedawca sprzedał towar którego nie miał,  sklep sprzedał mi w systemie ratalnym towar którego nie posiada, OC na mnie za samochód którego nigdy nie miałam,  Lokator który nie ma i nigdy nie miał umowy najmu,  i wiele więcej. Uzus ewidentnie istnieje.

Można by tu dodać, ciasteczka ciasteczkami, ale „OC za samochód, którego nigdy nie miałam”, mówiłoby, „samochodu nie miałam wcale”, pojazdem mechanicznym jest i motorówka; natomiast ze zdaniem definiującym, za samochód którego nie miałam, daje sobie coś jeszcze zostawić w garażu. Błędem będzie „ojciec którego nigdy na oczy nie widziałam chce alimentów od matki”: ojciec biologiczny (a na to wskazuje kontekst) to pojęcie dookreślone, gdyż natura pozwala na jednego; jak na razie. Przecinek między widziałam a chce też by nie zaszkodził. Szkodzi, kiedy burzy funkcję definiującą języka.

Słówka “który, która, które” niekoniecznie dokonują wyboru. Raczej wprowadzają określenie lub dodają opis. Wyobraźmy sobie, są w wioseczce dwie Ewy,
Ewa która miała białą furtkę (określenie), przemalowała ją na niebiesko; ta z zieloną dodała białe ciapki.
Jeśli mowa o jednej Ewie, bo na przykład jedna jest w wioseczce,
Nasza Ewa, która pojęcia o malowaniu furtek nie miała (opis), kupiła sprej i uskuteczniła kolorowe wzorki.

Gdyby gubić tą definiującą czy też określającą rolę języka (jest też uzus dla kształtu słownego ) — a mówić sobie, pojazdy mechaniczne są głównie drogowe; określenie czy opis, co za różnica, nasze Ewy wszystkie znamy, a Jacek i tak nie ma garażu — na to by wychodziło, że Polak czy Polka to taki człowiek co się lubi zastanawiać, czy sprejem da się malować. Opis (z przecinkiem) może być też o czymś “zaprzeszłym”; określenie (bez przecinka) częściej dotyczy okoliczności bezpośrednio towarzyszącej.

Obserwacje powoli finalizując, oddychać bez przecinka człowiek umie naturalnie. Dokonując wdechu przy każdym przecinku, człowiek by się hiperwentylował, a język i mowa nie są narzędziami do warunkowania funkcji wegetatywnych, a taką jest oddech przede wszystkim. Ja na nieobecność przecinka szczególnie nie nalegam, natomiast “na jednym oddechu” nie czytają i po angielsku. Porównajmy długość zdań:
The natural rights which he retains are all those in which the power to execute is as perfect in the individual as the right itself.
W jego gestii pozostają wszelkie prawa naturalne gdzie jeden człowiek ma pełną zdolność rzeczy dokonać, jak i sam umie owo prawo rozpoznać.

Co bardzo ważne, jak stawiać przecinek tak gęsto, rzecz się i człowiekowi może “pokałapućkać”. Jaki by tutaj wyciągnąć wniosek, o ile wstawić przecinki? Prawa naturalne są zachowane, czy nie? Czy należy może unikać rozeznania?

Thomas Paine: W jego gestii pozostają wszelkie prawa naturalne gdzie jeden człowiek ma pełną zdolność rzeczy dokonać, jak i sam umie owo prawo rozpoznać. Przynależą tu już wymienione prawa do intelektualnej własności oraz wolności myśli; dalej, także prawo do religijnych przekonań. Nie pozostają w gestii pojedynczego człowieka prawa naturalne co do których ma sam wystarczające rozeznanie, lecz niepełną zdolność doprowadzenia rzeczy do skutku.

O ile przecinka nie wstawiać, bo składnia i tak jest jasna, nie ma wątpliwości że człowiek zachowuje wszystkie swoje naturalne prawa. Kataforą dookreślenia mogą być słówka jak ten, ta, to: …właściwie pojmowaną władzę cywilną buduje się na tej kategorii naturalnych praw, która się staje defektywna jak ją pozostawić w gestii wykonawczej jednego człowieka, i stąd nie ma ona jak służyć celom…

Jak ze wspomnieniami Benjamina Franklina, pozostaje ów najprostszy ze sprawdzianów, czyli skopiować tekst do oprogramowania korektorskiego i zobaczyć samodzielnie, czy przecinki jak Rady są potrzebne. Zapraszam i do wspomnień, i do tekstu poniżej.

Tomasz Paine, Prawo człowieka

Mojżeszowa relacja o stworzeniu, czy ją brać za autorytet ponadczasowy, czy jedynie historyczny zapis, załącza kwestię równości człowieka. Wysłowienie nie pozwala na wątpliwość: „A Bóg powiedział: stwórzmy człowieka na nasz obraz. Na obraz Boga stworzył on człowieka; mężczyznę i kobietę”. Wskazuje się tu na różnicę płci, ale żadna inna różnica nie jest nawet sugerowana. O ile nie jest to autorytet boski, jest to autorytet historyczny, a ukazuje iż ludzka równość wcale nie jest jakąś nowoczesną doktryną; to najstarsza w zapisach nauka.

Zaobserwować też należy, wszelkie znane w świecie religie są pobudowane, na ile się do człowieka odnoszą, na człowieka gatunkowej jedności, że wszyscy są w równym stopniu ludźmi. Czy w niebie czy w piekle, jakkolwiek by miał człowiek po śmierci istnieć, jedyne rozróżnienia to zło i dobro. A nawet rządowe przepisy się muszą zasadzie przychylić i jak stopniują, to przestępstwo, a nie osoby.

To jedna z najwspanialszych prawd, o najwyższych zaletach w praktyce. W takim świetle człowieczeństwo rozważając i zachęcając ludzi aby w takim siebie widzieli, prawda ta przybliża mężczyźnie czy kobiecie normy, czy względem Stwórcy, czy względem aktu stworzenia, którego człowiek jest częścią; a tylko gdy człowiek zapomina o swym początku, czy jak niesie modna fraza, o swym świcie i rodzaju, traci wewnętrzny ład. Nie jest to jakieś pomniejsze tylko zło, co teraz rządy we wszystkich częściach Europy wyrządzają, gdzie człowieka jako człowieka rzuca się z dala od Stwórcy, a sztuczną czeluść wypełnia jedną po drugiej barierkami, czy bramkami jakoby, gdzie się go zmusza by postępował. Przytoczę tu z pana Burke katalog barier, jakie między człowiekiem a jego Stwórcą ustanawia. Wcielając się w postać herolda, mówi: „Boimy się Boga — patrzymy z trwogą na królów — z przejęciem spoglądamy na parlament i samorządy — obowiązek kieruje wzrok na sędziów — z rewerencją przyglądamy się kapłanom i z szacunkiem szlachcie”. Pan Burke zapomniał wpisać „rycerstwo”. Zapomniał też zapisać, „Piotr”.

{Oryginał mówi „birth and familyˮ, gdzie „birth of manˮ przekładać by na polski jako zaranie, a „familyˮ, biorąc pod uwagę kontekst oraz fakt iż Tomasz Paine żył bez rodziny, jako rodzaj w taksonomii biologicznej; przypis tłumaczki.}

Nie jest obowiązkiem człowieka jakaś knieja z barierek postawiona, gdzie by raz za razem okazywać kolejny bilet. Powinność człowieka jest jasna i prosta, to nie więcej niż dwie kwestie. Powinność wobec Boga, gdzie trzeba poczucia, nie przymusu; oraz powinność wobec jak on istot, by im nie czynić jak sobie niemiłe. Jeżeli ludzie dobrze sprawują władzę im delegowaną, są szanowani: jeżeli nie, budzą wzgardę; a ci bez delegacji, co sobie stanowiska biorą, o tych świat racjonalny może i nie dbać.

Omówiliśmy dotąd jedynie (a tylko po części) naturalne prawa człowieka. Pora nam teraz rozważyć prawa obywatelskie, oraz wykazać jak jedne z drugich wynikają. Człowiek nie dołącza do społeczności by sobie życie pogorszyć, bądź też praw mieć mniej niż przedtem, ale po to, by jego prawa lepiej były zabezpieczane. Jego prawa naturalne są fundamentem wszelkich jego praw obywatelskich. Jednak ażeby rozgraniczenie między owymi prawami rozpatrzyć starannie, zaznaczyć musimy różnicę w jakości, między prawami naturalnymi a obywatelskimi.

Parę słów wystarczy na wyjaśnienie owej różnicy. Prawa naturalne przysługują człowiekowi z racji jego istnienia. Tego rodzaju są prawa do intelektualnej własności i wolności myśli, a także do samodzielnego działania ku własnemu powodzeniu i poczuciu szczęścia, o ile nie szkodzi to naturalnym prawom innych ludzi. Prawa obywatelskie przysługują człowiekowi z racji społecznej. Każde prawo obywatelskie bazuje na jakimś prawie naturalnym co je człowiek miał przedtem, ale by się owym cieszyć — jego indywidualna zdolność do działania nie jest w każdym wypadku wystarczająca. Tego rodzaju są wszelkie prawa do bezpieczeństwa oraz ochrony.

Po tej krótkiej refleksji łatwo nam będzie rozróżnić między ową klasą praw naturalnych, które człowiek ma w ręku po dołączeniu do społeczeństwa, a tych, które dorzuca do wspólnego zasobu praw gdy do społeczności już należy.

W jego gestii pozostają wszelkie prawa naturalne gdzie jeden człowiek ma pełną zdolność rzeczy dokonać, jak i sam umie owo prawo rozpoznać. Przynależą tu już wymienione prawa do intelektualnej własności oraz wolności myśli; dalej, także prawo do religijnych przekonań. Nie pozostają w gestii jednego człowieka prawa naturalne co do których ma wystarczające rozeznanie, lecz niepełną zdolność doprowadzenia rzeczy do skutku. Sam jeden, nie osiąga celu. Człowiek ma naturalne prawo sądzić o swoich sprawach, a wolności myśli nie poddaje nigdy. Cóż by mu jednak z takiego prawa do własnego zdania przychodziło, gdyby nie miał zdolności do naprawy? Takoż prawo zasądzić odszkodowanie oddaje w gestię społeczeństwa, a godzi się na owo ramię, bo woli taką większą zdolność przy własnym. Społeczeństwo nie robi mu tym prezentu. Każdy swoje prawa posiada i jest na prawie z kapitału uprawnień korzystać.

Przyjdą z tych przesłanek dwa lub trzy wnioski.

Pierwszy, każde prawo obywatelskie buduje na naturalnym; a mówiąc inaczej, jest na naturalnym prawie transakcją.

Drugi, właściwie pojmowaną władzę cywilną buduje się na tej kategorii naturalnych praw, która się staje defektywna jak ją pozostawić w gestii wykonawczej jednego człowieka, i stąd nie ma ona jak służyć celom; ale gdy zebrać owe prawa pod zborne rozważenie, przydają się dla celów każdej w społeczeństwie osoby.

Trzeci, władza powstała ze zbioru praw naturalnych defektywnych względem zdolności jednego człowieka, nie może być stosowana z naruszeniem praw naturalnych co w gestii pojedynczych ludzi pozostają, gdzie zdolność wykonawcza jest pełna, jak i samo uprawnienie.

Tak oto w kilku słowach obadaliśmy stan człowieka, od naturalnej jednostki po część społeczeństwa, a ukazaliśmy, bądź spróbowaliśmy ukazać, jakość praw naturalnych co w gestii pojedynczego człowieka pozostają, oraz tych w transakcji dla praw obywatelskich. Zastosujmy teraz te zasady do ustrojów.

Jak świat spojrzeniem przemierzyć, niezwykle łatwo jest odróżnić rządy zbudowane na społeczeństwie czy też społecznym pakcie od tych, które na takich podstawach nie powstały; ale by rzecz wyraźniej zobaczyć niż jedno zerknięcie pozwala, stosownym będzie dokonać przeglądu paru źródeł z jakich dotąd czerpano pojęcie ustroju i budowano na nich rządy.

Wszystkie da się ująć pod trzema nagłówkami. Pierwszy, Przesąd. Drugi, Władza. Trzeci, Wspólnota interesu w społeczeństwie i prawa człowieka.

Pierwszy był ustrojem kapłaństwa, drugi zdobywców, a trzeci byłby rządem rozumu.

W czasach gdy pewni zręczni ludzie udawali za pośrednictwem wyroczni relacje z bóstwem, z poufałością z jaką dziś kroczą w górę tylnymi schodami europejskich dworów, świat był cały pod rządem przesądu. Konsultowano się z wyroczniami, a cokolwiek zostało owym podyktowane, stawało się prawem; natomiast forma rządu trwała tak długo, jak długo trwał przesąd.

Po nich doszedł do władzy ów ludzki sort zwany zdobywcami, których ustrój, jak ten Wilhelma Zdobywcy, bazował na sile fizycznej, a miecz dostał miano berła.

Rządy tak ustanowione trwają tak długo, jak trwa wspierająca je fizyczna siła; ale żeby mieć w ręku każdy możliwy na swą korzyść mechanizm, ustrój ów załączył do swych prerogatyw oszustwo, a ustanowił sobie idola o nazwie Boskie Prawo; naśladował w tym papiestwo i udawał władzę wieczną zarówno jak docześnie prawomocną, a w sprzeczności z Założycielem chrześcijańskiej religii, przedzierzgnął się następnie w cielca innego kształtu, zwanego Kościół i Państwo. Skrzyżowały się wraz, klucz św. Piotra oraz ów państwowego Skarbu, a oszukane lecz zadziwione multum wielbiło ów wynalazek.

Kiedy rozmyślam nad naturalną godnością człowieka, kiedy mam odczucia (bo Natura nie była mi łaskawa uczucia stępić) o honorze i poczuciu szczęścia co je godność daje, drażnią mnie próby sprawowania nad ludźmi władzy oszustwem i na siłę, jakby byli łotrami i głupcami, a rzadko się mi udaje nie brzydzić tymi, co sobie takie rządy dają narzucić.

Najpierw jest jednak potrzeba dać definicję, co słowo konstytucja oznacza. Nie wystarczy słówko adoptować; musimy nadać mu standardowe znaczenie.

Konstytucja to nie rzecz nazwy, ale faktu. Nie istnieje jako ideał, ale jako rzecz realna; a gdzie się nie da takiej utworzyć żeby ją ludzie mogli widzieć, nie ma żadnej. Konstytucja to rzecz względem rządu uprzednia, a ustrój to konstytucji produkt. Konstytucja kraju nie jest czynem jego rządowych struktur, ale narodu co owe struktury ustanawia.

To zbiór treści gdzie się da odnosić i przytaczać, a cytować i artykuł za artykułem; a który zawiera zasady na jakich należy struktury rządowe ustanowić, a też sposoby by te struktury organizować; określa zakres władzy owych struktur, modus dokonywania do nich wyborów, kadencje izb parlamentarnych, czy jakkolwiek by inaczej takowe gremia nazywać; wyznacza kompetencje struktur wykonawczych, a do niezbędnego szczegółu wszystko co się wiąże z pełną organizacją rządu cywilnego, wraz z zasadami na jakich ma działać i którymi ma być prawnie zobowiązany. Takoż konstytucja jest dla struktur rządowych tym, czym są dla jurysdykcji tworzone później na jej podstawie przepisy prawa. Jurysdykcja prawa nie tworzy, ani go też nie zmienia, ale działa zgodnie z już istniejącymi przepisami: na podobny sposób struktury rządowe są regulowane przez konstytucję.

Czyżby pan Burke był zdolny nam przed oczy przedstawić konstytucję angielską? Jeżeli nie, uczciwie można wnioskować, iż choć wiele było o niej mowy, nic takiego jak konstytucja angielska nie istnieje, ani też nigdy nie istniało, a stąd ludziom jeszcze pozostaje ją uformować.

Ustrój na zasadach konstytucyjnych, gdzie struktury rządowe biorą początek spośród ludności, sam siebie zmienić prawa nie ma. Gdyby mu dać, władza by się stała arbitralna. Rząd by się kształtował wedle własnego upodobania, a gdziekolwiek by takie prawo było, widomie nie ma konstytucji. Uchwała angielskiego parlamentu co nią sobie dał moc zasiadać siedem lat, pokazuje że w Anglii konstytucji nie ma. A mógłby on taką drogą samowładzy zasiadać i wiele dłużej, albo i dożywotnio. Przepis jaki pan Pitt wniósł do Parlamentu parę lat temu, ażeby go reformować, opierał się na takim samym błędnym założeniu. Prawo do reformy ma jedynie naród w sensie oryginalnym, a metodą konstytucyjną byłoby zwołać ogólną, wybraną w tym celu konwencję. Więcej, pomysł by wypaczone gremia same siebie reformowały, to paradoks.

Przejdę od tych wstępnych rozważań zarysować porównanie. Mówiłem już o deklaracji praw; a ponieważ chcę być zwięzły jak możliwe, przystąpię do dalszych treści we francuskiej konstytucji.

Konstytucja Francji mówi, każdy kto płaci podatek w wysokości sześćdziesięciu sous rocznie, per annum, (angielskie 2 szylingi 6 pensów), jest wyborcą. Jaki artykuł mógłby pan Burke w to miejsce porównać? Czy jest coś bardziej ograniczonego jak i kapryśnego, niż kwalifikowanie wyborców w Anglii? Ograniczonego — bo dopuszcza się do głosowania mniej niż jednego człowieka na stu (mówię o zaludnieniu). Kapryśnego — bo jest gdzieniegdzie wyborcą osoba charakteru i najpodlejszego gdyby się spodziewać, co ma na oko nie więcej niż środki na bezpośrednie utrzymanie; a gdzieś indziej człowiek co płaci wysokie podatki, znanego i uczciwego charakteru, czy rolnik na czynszu do trzystu lub czterystu funtów rocznie, którego własność na gospodarstwie jest warta trzy lub cztery razy więcej, głosować nie może. Jak mówi pan Burke przy innej okazji, w tym dziwnym chaosie wszystko jest nienaturalne; a wszelkiego rodzaju głupstwo miesza się z wszelkiego rodzaju wykroczeniem. Tak rozparcelowali kraj Wilhelm Zdobywca i jego potomkowie, a niektóre rejony przekupili tak zwanymi przywilejami, aby mieć inne jego obszary tym bardziej w poddaństwie. Dlatego takie mnóstwo owych przywilejów ma Kornwalia; ludność była wroga wobec rządu ustanowionego podbojem, toteż pozakładano w miastach garnizony i użyto przekupstwa, ażeby region zniewolić. Wszystkie stare przywileje to odznaki podboju, a właśnie z nich bierze się kapryśność systemu wyborczego.

Francuska konstytucja mówi, liczba przedstawicieli z każdego obszaru wyborczego będzie proporcjonalna do liczby podlegających opodatkowaniu mieszkańców lub wyborców. Jaki tutaj zamieści pan Burke artykuł dla porównania? Hrabstwo York, prawie milion dusz, ma dwóch delegatów; a tak samo hrabstwo Rutland, choć nie ma w nim nawet jednej setnej owej liczby. Miasto Old Sarum, gdzie nie ma i trzech domostw, wysyła dwóch delegatów; a miastu Manchester, liczącemu ponad sześćdziesiąt tysięcy dusz, nie daje się wysyłać żadnych. Jest tu jakaś zasada? Da się znaleźć wolność, czy też wyśledzić przejawy mądrości? Nic dziwnego, że pan Burke dał sobie spokój z porównaniem, a podjął się czytelników od tej myśli raczej odwieść, niezborną i nieuporządkowaną kolekcją paradoksalnych ekskursów.

Francuska konstytucja mówi, Zgromadzenie Narodowe będzie wybierane co dwa lata. Jaki tu artykuł pan Burke przyrówna? Taki, że angielski naród wcale nie jest na prawie; rząd jest w tej kwestii zupełnie arbitralny; a mógłby się pan Burke do tego powołać na precedens byłego Parlamentu.

Francuska konstytucja mówi, nie będzie przepisów o łowie; farmer na ziemi gdzie jest dzika zwierzyna (ponieważ żywi się owa z jego ziem), ma prawo brać co da radę; konstytucja ta mówi, nie będzie żadnego monopolu — wszystkie profesje będą wolne i każdy człowiek będzie mieć swobodę podjąć się zajęcia jakie uzna za zdatne mu dać uczciwe utrzymanie, w dowolnym miejscu, miasteczku czy mieście, w całym kraju. Co powie na to pan Burke? W Anglii robi się z dziczyzny własność tych, którzy kosztu jej wyżywienia nie ponoszą; a co do monopoli, pokawałkowany jest nimi cały kraj. Każde miasto na statucie jest samo w sobie arystokratycznym monopolem, a wedle owych na statucie monopoli kwalifikuje się ludzi na wyborców. Czy to jest wolność? Czy to ma pan Burke na myśli, mówiąc „konstytucja”?

Wedle takich statutem gwarantowanych monopoli, człowiek co przybywa z innej części kraju może być ścigany jak zagraniczny wróg. Anglik nie jest wolny od własnego kraju; każda miejscowość na jego drodze stawia jakąś barierę i mówi mu, że nie jest wolnym człowiekiem — nie jest na prawie. Natomiast wewnątrz owych monopoli działają inne. W mieście Bath na przykład, gdzie ludzi bywa od dwudziestu do trzydziestu tysięcy, prawo wyboru przedstawicieli do parlamentu zostało zmonopolizowane przez ludzi trzydziestu jeden. A są wewnątrz takich monopoli jeszcze inne. Człowieka z tego samego miasta, którego rodzice nie mieli mu jak zapewnić fachu, blokuje się w wielu przypadkach i pozbawia naturalnego prawa zawód sobie zdobyć, w czymkolwiek byłby bystry czy skłonny się sprawiać.

Czy to by miały być przykłady dla kraju co się odradza z niewoli, jak Francja? Z pewnością nie, a ja jestem przekonany, że jak się ludzie w Anglii zreflektują, to tak samo jak ludzie we Francji zniszczą te odznaki starożytnego ucisku, te ślady podboju narodu. Gdyby pan Burke miał zdolności podobne tym autora „O bogactwie narodów”, rozumiałby jakie trzeba treści połączyć ażeby uformować konstytucję. Rozumowałby od najmniejszego szczegółu po ogółem zakres władzy. Nie jest to jedynie skutkiem jego uprzedzeń, ale też bałaganiarskiego fasonu jego pomyślunku, że się nie nadaje do tematu o którym pisze. Nawet jego umysł nie jest konstytucjonalny. To umysł wypadkowy, nie jest to umysł wyrobiony. Jednakowoż musi coś powiedzieć, bo tego się od niego oczekuje. Takoż unosi się stylem jak w powietrze balonik, ażeby multum oderwało wzrok od ziemi na której mają grunt i prawo.

Wiele się da z Konstytucji Francuskiej nauczyć. Podbój i tyrania przeniosły się z Wilhelmem Zdobywcą z Normandii zapuścić korzeń w Anglii, a kraj ów nadal wynaturzają ich ślady. Niechże się takoż przykład całej Francji przyczyni do odrodzenia tej wolności, co jedna jej prowincja zniszczyła!

Francuska konstytucja mówi, ażeby przedstawiciele narodu nie byli podatni na korupcję, żaden w Zgromadzeniu Narodowym nie powinien mieć rządowego stanowiska, być czyimś wyznaczonym poplecznikiem, czy rentierem. Co pan Burke wobec tego przedstawi? Szeptem by jego odpowiedź podać, „Kołacze i łów”. O, to właśnie ten rząd łowu i kołaczy niesie więcej szkody niż się ludzie dotąd spostrzegli. Zgromadzenie Narodowe już to odkryło i daje światu przykład. Gdyby się rządowe struktury umówiły celowo kłócić, ażeby kraj poddać strzyży poprzez opodatkowanie, lepiej niż dotąd w Anglii nie miałyby jak tego zrobić.

Wszystko w angielskim ustroju mi wygląda na przeciwieństwo tego czym być powinno i czym się mówi, że jest. Parlament, wybierany tak niedoskonale i kapryśnie, miałby tak czy tak trzymać narodową kiesę jako powiernik narodu; tymczasem zbudowany jest by działać jak człowiek co sam sobie udziela hipoteki, a gdyby zawiódł zaufanie i uchybił w spłacie, sam nad sobą na śledczym posiedzeniu rozsądza. Jeżeli ludzie co głosują na środki to jednocześnie ci, co owe środki po owym głosowaniu otrzymują, a też sami jako gremium zużycie owych środków wobec głosujących rozliczają, to odpowiedzialność ponoszą jedynie przed samymi sobą, a Komedia Pomyłek kończy się pantomimą Cicho Sza. Sprawy nie tknie się ani ministerstwo, ani opozycja. Narodowa kiesa jest jak wspólna szkapa, każdy na nią wsiada. Rzecz jest trochę jak w kłusiku, co ludzie na wsi wołają, „Z kopyta i z buta – trochę ty, potem ja”. We Francji mają w tych sprawach lepszy porządek.[5]

Francuska konstytucja mówi, prawo deklarować wojnę czy zawierać pokój przynależy z narodem. Gdzieżby indziej niż z tymi, co ponoszą koszt?

W Anglii mówią, prawo to przynależy z metaforą co jest na widoku w Tower, za sześć pensów albo szylinga: tymże są owe lwy; a byłoby to krok bliżej do rozumu twierdzić, że z owymi lwami przynależy, bo wszelka metafora nieożywiona to nie więcej niż czapka lub kapelusik. Widomy jest nam wszystkim absurd wielbienia cielca Aarona, czy złotej podobizny Nabuchodonozora; ale dlaczegóż ludzie nadal uprawiają absurd co nim gardzą u innych?

Rozumnie da się stwierdzić, maniera na jaką angielski naród jest reprezentowany nie wskazuje gdzie owo prawo przynależy, czy z Koroną, czy z Parlamentem. Wojna to pospołu żniwobranie, dla wszystkich co mają rękę w podziale i rozchodzie publicznego pieniądza, we wszelkich krajach. To sztuka domowego podboju; a celem jest wzrost wpływów do skarbu; jakoże nie da się owych powiększyć bez nałożenia podatków, szuka się koniecznie pretekstu dla wydatkowania. Przyglądając się historii rządu angielskiego, jego wojen i opodatkowania, osoba postronna, której wzroku nie paczy klasowe uprzedzenie czy odsetki, przyzna iż nie ogłaszano podatków na wojny, ale ogłaszano wojny dla podatków.

Pan Burke należy do angielskich struktur rządowych jako członek Izby Gmin, a choć siebie głosi wojny wrogiem, obraża konstytucję francuską, chociaż ta szuka drogi wojenną orientację rozbić. Sławi angielski rząd jako model pod każdym względem ponad Francją, a powinien by się wpierw zapoznać z uwagami jaki mają o nim Francuzi. Idą oni w zawody na rzecz własnej taktyki, że swobody cząstkowe, jak to się da nimi cieszyć w Anglii, to jedynie dość by cały kraj zniewolić skuteczniej niż rządem despoty, a ponieważ prawdziwym celem każdego despoty jest zysk ze skarbu, natomiast rząd uformowany jak angielski dostaje więcej niż by miał czy z despotyzmu otwarcie, czy w stanie pełnej wolności, jest on na gruncie interesów w opozycji do obydwu. Objaśniają też gotowość co ją widać po rządach jak angielski do wdawania się wojnę, wzmiankując o odmiennych motywach które do formowania takich rządów prowadzą. Pod rządami despotów wojny to skutek pychy; ale gdzie wojna się staje drogą do nałożenia podatków, rząd nabywa doń skłonności tym trwalszej.

Takoż francuska konstytucja, ażeby zaradzić obydwu tym rodzajom zła, odebrała moc deklarowania wojny królom i ministrom, a przyznała ją tam, gdzie przypadać musi koszt.

Kiedy sprawa wojny i pokoju budziła emocje w Zgromadzeniu Narodowym, ludzie w Anglii wyglądali na wojną bardzo zainteresowanych, a bez porównania bardziej gotowych dać jej aplauz. Jako rzecz zasady, kwestia dotyczy jednego kraju tak samo jak drugiego. Wilhelm Zdobywca, jako zdobywca, sam miał moc o wojnie czy pokoju decydować, a jego potomkowie deklarują od owej pory iż ją pod nim nabyli i jest ich prawem.

Aczkolwiek pan Burke zapewnia, iż Parlament podczas angielskiej Rewolucji był na prawie zobowiązać i wziąść pod kontrolę naród oraz potomnych na zawsze, odmawia jednocześnie Parlamentowi czy także narodowi jakiegokolwiek prawa zmieniać to, co nazywa dziedzicznością korony, chyba że jedynie po części albo drogą jakiejś modyfikacji. Zajmując takie stanowisko przerzuca ciężar sprawy wstecz do Normandzkiego Podboju, a prowadząc linię sukcesji w skok od Zdobywcy po dzisiaj, stwarza potrzebę dochodzenia kim oraz jakiego sortu człowiekiem Wilhelm Zdobywca był, skąd przyszedł, oraz jakie było źródło, historia oraz natura jego prerogatyw. Wszystko się musiało gdzieś zacząć, takoż należy sięgnąć umysłem poprzez pomrokę czasu i starożytności, ażeby ów początek odkryć. Niechże więc pan Burke przywiedzie na plan pierwszy swego Wilhelma z Normandii, gdyż to do jego początków odnosi się argument. Niestety, tak się niefortunnie składa, iż wraz z linią królewskiej sukcesji pojawia się w paraleli kierunek drugi, a wskazuje, jeśli dziedziczność korony przebiega po linii podboju, naród postępuje po linii ludzi podbitych, a powinien się od tej nagany ratować.

Ktoś pewnie powie, choć moc deklarowania wojny przychodzi z dziedzictwem podboju, trzyma ją w szachu Parlament, bo ma prawo wstrzymać środki. Zawsze tak będzie, że jak rzecz jest u swego początku błędna, poprawki jej słuszną nie uczynią, a często tyle zrobią z jednej strony szkody, ile z drugiej dobra, i taki jest właśnie tutaj przypadek, gdyż jeśli wojnę wypowiedzieć w pośpiechu jako rzecz słuszną, a gwoli prerogatywy stanowczo ktoś wstrzyma na nią środki, taka zarada staje się złem takim samym albo i gorszym niż choroba. Jedna strona zmusza naród do walki, a druga wiąże mu ręce; ale wynikiem bardziej prawdopodobnym jest, że zawody między polemistami zakończą konszachty co będą parawanikiem dla obydwu.

Należy się co do wojny zastanowić nad trzema sprawami. Pierwsza to prawo wojnę deklarować; druga to wydatki na jej koszt; trzecia to modus by rzecz po ogłoszeniu przeprowadzić. Konstytucja francuska przyznaje prawo tam, gdzie przychodzi ponieść koszt, a wspólnota taka istnieć może tylko w narodzie. Modus by rzecz przeprowadzić oddaje w ręce rządowej egzekutywy. Gdyby tak było we wszystkich krajach, niewiele by nam słyszeć o wojnie.

Zanim przystąpię do przemyśleń nad innymi treściami francuskiej konstytucji, oraz żeby ulżyć trudom argumentacji, przedstawię opowiastkę jaką dostałem od doktora Franklina.

Kiedy Doktor przebywał we Francji jako minister z Ameryki, dostał podczas wojny o niepodległość wiele propozycji z dowolnych krajów oraz od dowolnego rodzaju fantastów, co marzyli sobie pojechać do krainy mlekiem i miodem płynącej, Ameryki; a był pośród nich taki, co się zaoferował być królem. Propozycję przedstawił Doktorowi listownie, teraz ów list jest w rękach M. Beaumarchais z Paryża – a napisał, po pierwsze, skoro Amerykanie zdymisjonowali bądź odesłali [6] swojego Króla, będą chcieli innego. Po drugie, sam był Normanem. Po trzecie, należał do rodziny starszej niż książęta Normandii, a jego pochodzenie było bardziej honorowe, gdyż w jego linii nie było bastardów. Po czwarte, w Anglii już zaistniał precedens by mieć królów z Normandii; a na takowych przesłankach swą ofertę podpierając, naciskał by ją Doktor przesłał do Ameryki. Ponieważ Doktor niczego takiego nie zrobił i nie wysłał mu także odpowiedzi, fantasta napisał drugi list, gdzie nie groził co prawda iż pojedzie i Amerykę podbije, a jedynie zaproponował z wielkim dostojeństwem, iż jeśli jego oferta nie miałaby zostać przyjęta, wyrazić by mu można uznanie sumą wysokości 30 000 funtów, za jego wielkoduszność! Teraz, jako że wszelkie argumenty co się sukcesji tyczą, muszą ową sukcesję łączyć z jakimś początkiem, argumenty pana Burke w tej kwestii okazują jedynie, że nie ma angielskiego początku angielskich królów; a są oni potomkami linii normańskiej, zbudowanej na podboju. Takoż się może ta opowieść przydać jego nauczaniu, ażeby miał wiadomość, w wypadku gdyby angielscy monarchowie naturalnie wymarli, któremu to naturalnemu wymieraniu podlega wszelka śmiertelna istota, królów da się mieć znowu z Normandii, na warunkach bardziej niż te Zdobywcy rozsądnych, a dalej, iż dobry lud Anglii o wiele lepiej by się z rewolucją z 1688 był sprawił, gdyby Norman wielkoduszny jak ów co napisał do Doktora, znał ich pragnienia, a oni wzajem jego. Charakter rycerski, który pan Burke tak bardzo podziwia, z pewnością łatwiej dobija targu niż zatwardziały Holender. Wracając jednakowoż do kwestii konstytucji —

Francuska konstytucja mówi: Nie będzie tytułów szlacheckich; skutkiem tego zarzuca się całą tą klasę dwulicowego chowu, co ją w jednych krajach nazywają „arystokracją”, a w innych „szlachtą”, i par promowany jest do miana CZŁOWIEKA.

Tytuły szlacheckie to tylko przydomki, a każdy przydomek to jakieś miano. Rzecz sama w sobie absolutnie nieszkodliwa, jest oznaką jakiejś w ludzkim charakterze blagi, co go banalizuje. Mężczyznę redukuje do liliputa przy sprawach wielkich, a robi zeń falsyfikat kobiety w rzeczach małych. Mówi o swej gładkiej niebieskiej wstążce jak dziewczyna, a nową kokardkę pokazuje dokoła jak dziecko. Pewien pisarz pewnej starożytności mówi: „Kiedy byłem dzieckiem, myślałem jak dziecko; ale kiedy się stałem mężczyzną, odrzuciłem rzeczy dziecinne”.

We Francji upadła błazenada owych tytułów, bo wysoki był poziom umysłowy. Umysłowość przerosła niemowlęce przyodzienie w hrabiego i księcia, a wymotała się i nabrała ludzkiego hartu. Francja nie tylko do poziomu dorosła, ale i go podniosła. Odrzuciła karła, aby umocnić człowieka. Bezsens słówek małostkowych, jak książę, baron czy hrabia, przestał sprawiać przyjemność. Nawet ludzie co te tytuły mieli, odrzucili bzdurę, a jak wyrośli z krzywicy, pogardzili grzechotką. Po prawdzie, umysł człowieka pragnie ojczystego domu, stąd społeczeństwo nie szanuje faramuszek co umysł od domu dzielą. Tytuły szlacheckie to jak kółka różdżką magika kreślone, ażeby zacieśnić sferę ludzkiego szczęścia. Żyją w Bastylii o murach ze słów, a z dala z zazdrością popatrują na życie człowieka.

Czyż jest jakkolwiek dziwnym, że tytuły te we Francji upadają? Czyż nie dziwi to bardziej, że gdzieś indziej są podtrzymywane? Czymżeż one są? Czego są warte, „co z nich za statura?” Myśląc czy mówiąc o sędzi lub generale, kojarzymy pojęcia stanowiska i charakteru; myślimy o powadze przy jednym, a odwadze przy drugim; ale gdyby użyć tych słówek jedynie jako tytułów, żadne takie skojarzenia się nie pojawiają. W całym Adamowym słownictwie nie ma zwierza jak książę czy hrabia; nie ma też jak łączyć z tymi słowami pojęć o działaniu czy charakterze. Czy by tu myśleć o sile czy słabości, mądrości czy szaleństwie, dziecku, mężczyźnie, jeźdźcu czy koniu — wszystko jest dwuznaczne. Jakimże zatem da się darzyć szacunkiem coś, co niczego nie opisuje, a też niczego nie oznacza? Ludzka wyobraźnia dała kształt i charakter centaurom, satyrom, a i całym klanom wróżek; tytuły szlacheckie zawodzą jednak nawet fantazję, są bez opisu chimerą.

To nie wszystko. Jeżeli kraj jakiś cały jest skory mieć tytuły szlacheckie w niepoważaniu, wszelka ich wartość zanika i nikt ich nie chce mieć. Powszechna opinia jedynie, czyni z tych tytułów coś bądź też nic, albo i coś gorszego niż nic. Nie ma pobudki te tytuły komukolwiek odbierać, bo same ustępują, kiedy je społeczeństwo wraz wyśmiewa. Ta imaginowana doniosłość, co widomie wszędzie w Europie podupadła, szuka już drzwi, w miarę jak postępuje świat rozumu. Był czas gdy najniższa klasa tak zwanej szlachty wyżej była ceniona niż najwyższa jest teraz, a też czas kiedy człowiek w zbroi jadąc konno poprzez ziemie chrześcijan w poszukiwaniu przygód, więc ściągał na się spojrzeń niż obecnie książę. Świat widział jak to błazeństwo upada, a upadało gdy się z niego naśmiewano, natomiast farsa szlacheckich tytułów pójdzie za takim samym losem. Patrioci francuscy w czas odkryli, że ranga i godność muszą sobie znaleźć w społeczeństwie inny grunt. Dawny upadł. Teraz musi być to rzeczywisty grunt charakteru, a nie chimerycznych tytułów; a patrioci owi przynieśli swoje tytuły do ołtarza i złożyli je w ofierze Rozumowi.

Gdyby się z błazeństwem szlacheckich tytułów nie wiązała żadna szkoda, nie byłyby warte oficjalnego i uroczystego obalenia, jakiego dokonało dekretem Narodowe Zgromadzenie; a to wymaga by dalej się zastanowić nad naturą i charakterem arystokracji.

To, co nazywane jest w niektórych krajach arystokracją, a w innych szlachtą, urosło z rządów budowanych na podboju. U swego początku był to porządek wojskowy, a jego celem było wspierać rząd militarystyczny (gdyż wszelkie w warunkach podboju zakładane rządowe struktury były militarystyczne); natomiast by zachować ów militarystyczny porządek dla celu w jakim go ustanowiono, wszelkie młodsze gałęzie aktywnych w podboju rodzin wydziedziczono, na rzecz primogenitury.

Naturę i charakter arystokracji widać właśnie w prawie primogenitury. Idzie ono wbrew wszelkiemu prawu natury, a sama Natura woła o jego zniesienie. Ustanowić by uczciwe prawo rodzinne, i arystokracja pada. Wedle tego prawa arystokracji, gdzie jest w rodzinie sześcioro dzieci, pięcioro jest narażonych na biedę. Arystokracja nie ma nigdy więcej niż jedno dziecko. Resztę się płodzi na użytek. Rzuca kanibalowi na zwierzynę, a nienaturalną przekąskę przygotowuje sam naturalny rodzic.

Wszystko co dla człowieka nienaturalne, mniej lub bardziej wpływa na interesy społeczeństwa, i tu jest podobnie. Potomkowie którym arystokracja schedy odmawia (z wyjątkiem najstarszych), rzuca się ogółem jak sieroty na parafię, żeby o nie dbało społeczeństwo, tyle że większym kosztem. Tworzy się zbędne stanowiska i miejsca, w rządzie oraz sądach, żeby ich na koszt społeczeństwa utrzymywać.

Jakie być mogą rodzicielskie refleksje ojca lub matki, gdy się nad swoim młodszym potomstwem zastanawia? Wedle natury to ich dzieci, wedle prawa małżeńskiego, spadkobiercy; ale wedle porządku arystokratycznego to wyrzutki i sieroty. Z ciała i krwi są po jednej linii potomstwem swych rodziców, a wedle linii drugiej, postępowania, w niczym nie są im pokrewni. Ażeby więc przywrócić rodziców dzieciom, a dzieciom rodziców – między nimi relację, a człowieka wrócić społeczeństwu – natomiast potwora arystokracji obrócić w niwecz, i korzeń i gałąź – francuska konstytucja zniszczyła prawo PRIMOGENITURY. Tu oto potwór spoczywa; a pan Burke, o ile chce, może napisać mu epitafium.

Zastanowiliśmy się dotąd nad arystokracją głównie z jednego punktu widzenia. Przychodzi nam teraz rozważyć inny. Czy się sprawie przypatrywać z frontu, zaplecza, boku, czy innej strony, w domu czy publicznie, to zawsze potwór.

Arystokracja we Francji miała o jeden mniej atrybut niż mają takowi ludzie w poniektórych innych krajach. Nie utworzyła gremium dziedzicznych prawodawców. Nie była „korporacją arystokratów”, jak słyszałem iż Markiz de la Fayette opisuje angielską Izbę Parów. Poddajmy zatem badaniu grunt na jakim francuska konstytucja decyduje przeciwko tworzeniu we Francji Izby jak owa angielska.

Po pierwsze, oraz jak wyżej nadmieniam, arystokracja utrzymuje się z rodzinnej tyranii i niesprawiedliwości.

Po drugie, w arystokracji widać jakąś nienaturalną niezdolność, być dla narodu prawodawcą. Ich pojęcie sprawiedliwości dystrybuowanej jest ułomne już u samego źródła. Rozpoczynają życie depcząc wszystkich młodszych braci i siostry, a też wszelkich krewnych, a są do tego przyuczani i kształceni. Z jakimi pojęciami o sprawiedliwości czy honorze mógłby taki człowiek wejść do ustawodawczej izby, gdy sam pochłonął dziedzictwo wszystkich w rodzinie dzieci, albo może dał im jakąś namiastkę, zwąc ją arogancko darem?

Po trzecie, idea dziedzicznych prawodawców jest niedorzeczna tak samo, jak byłaby idea dziedzicznych sędziów bądź ław przysięgłych; a absurdalna jak dziedzicznych matematyków lub dziedzicznych mędrców; i śmieszna jak dziedzicznych laureatów poezji.

Po czwarte, gremium co nie uznaje żadnej wobec kogokolwiek odpowiedzialności, nie zasługuje na niczyje zaufanie.

Po piąte, arystokracja kontynuuje niecywilizowaną zasadę rządów zbudowanych na podboju, a też podły pomysł robić sobie z człowieka dobytek, a rządzić nim jak mieniem osobistym.

Po szóste, arystokracja ma tendencję gatunek ludzki niszczyć. Widać po uniwersalnej gospodarce przyrody, a przykład Żydów jest tu atestem, że ludzki gatunek ma tendencję podupadać, w każdej ograniczonej liczbie ludzi, jeśli się separują od ogólnej populacji i pomiędzy sobą raz za razem zawierają małżeństwa. Uchybiają w tym i swemu pozornemu celowi, a z upływem czasu stają się zaprzeczeniem tego, co w człowieku szlachetne. Pan Burke mówi o szlachectwie; a niechże pokaże, czym ono jest. Najwspanialsze ludzkie charaktery znane w tym świecie powstały na płaszczyźnie demokratycznej. Arystokracja nie była zdolna dotrzymać demokracji tempa. Tak oto szlacheckość utworzona kurczy się w karła wobec szlachectwa Natury, a w owych niewielu przypadkach (są takie we wszelkich krajach), gdzie jakby cudem natura w arystokracji przetrwała, ludzie owi wytworem gardzą. – Czas już jednak bym przeszedł do nowego tematu.

Konstytucja francuska zniosła dziesięcinę, ów zaczyn permanentnego sarkania między parafianinem a gestorem. Kiedy ziemia jest na dziesięcinie, jej kondycja prawna to jak mienie nieruchome pomiędzy dwiema stronami co dostają — dziesiątą, a druga strona pozostałych dziewięć dziesiątych produktów: w konsekwencji, oraz wedle zasad godziwości, jeżeli owo mienie się da ulepszyć, a tym samym wydajność podwoić, potroić, czy powiększyć wedle innego współczynnika, koszt takiego usprawnienia ponieść powinny w podobnej proporcji strony dzielące się produktem. Nie jest tak jednakowoż w przypadku dziesięciny: farmer ponosi cały koszt, a gestor bierze dziesiątą część polepszenia, wraz z pierwotną jedną dziesiątą, i dostaje tym sposobem wartość dwóch dziesiątych, zamiast jednej. To kolejna kwestia co woła o konstytucję.

Francuska konstytucja obaliła też czy wycofała akt o chrześcijańskiej Tolerancji i Bezkompromisowości, a ustanowiła UNIWERSALNE PRAWO WOLNOŚCI WYZNANIA.

Tolerancja nie jest przeciwieństwem bezkompromisowości, ale jej surogatem. Obie to despotyzm. Jedna zawłaszcza sobie prawo człowiekowi wolności wyznania odmówić, druga prawo mu takową przyznać. Jedna to Papież zbrojny w żar i wiązkę, a druga to Papież sprzedajacy lub udzielający odpustów. Pierwsza to kościół i państwo, a druga to kościół i obrót handlowy.

Tolerancję da się jednak widzieć w świetle znacznie widniejszym. Człowiek nie czci siebie, ale swojego Stwórcę; a swoboda wyznania, do której twierdzi iż ma prawo, nie ma służyć nabożeństwu dla niego samego, ale dla jego Boga. Kojarzymy takoż w tej kwestii z konieczności dwie sprawy: śmiertelnika co cześć oddaje, oraz ISTOTĘ NIEŚMIERTELNĄ co jest czczona. Akt o Tolerancji nie zajmuje takoż miejsca pomiędzy ludźmi, jednym a drugim kościołem, czy jednym a drugim religijnym wyznaniem, ale pomiędzy Bogiem a człowiekiem, pomiędzy istotą co czci, a ISTOTĄ co jest czczona; natomiast akt prawny zawłaszcza autorytet, gdzie tolerując by człowiek cześć oddawał, zarozumiale i bluźnierczo zajmuje pozycję skąd by tolerować, iż sam Wszechmocny może oddawaną mu cześć przyjąć.

Gdyby wnieść do któregoś parlamentu projekt o tytule „Ustawa co toleruje bądź Wszechmocnemu przyznaje swobodę przyjmować cześć od Żyda lub Turka”, bądź „zabrania Wszechmocnemu przyjmować takową cześć”, ludzie aż by podskoczyli i zawołali o bluźnierstwie. Byłaby wrzawa. Opadłaby zasłona i by widać było, iż tolerancja w sprawach religijnych to jedynie domniemanie; a nie tylko dlatego, że pojawia się w owych przepisach nazwanie jak „człowiek”, ale ponieważ skojarzonych pojęć, czciciela oraz bytu czczonego, nie da się odseparować. Kimże więc jesteś, proch próżny i popiół! Jakiekolwiek twoje nazwanie, czy to Król, Biskup, Kościół, czy państwo, Parlament, czy jakieś inne, iż stajesz w swej błahości pomiędzy duszą człowieka a jego Stwórcą? Pilnuj raczej swojego interesu. Jeżeli człowiek nie ma wiary takiej jak ty, dowodzi to, iż ty nie masz takiej jak on, a nie ma ziemskiej mocy by między wami rozstrzygnąć.

Względem religijnych wyznań, jak by dać każdemu sądzić o swojej religii, nie byłoby niczego takiego jak religia w błędzie; ale gdyby mieli ludzie sądzić o religii jeden drugiego, nie byłoby niczego takiego jak religia właściwa; a takoż świat cały ma rację, bądź cały jest w błędzie. Jednakowoż jak pomyśleć o religii samej w sobie, bez względu na jej nazwę, a jako zjawisku co się nakierowuje od ogółu ludzkiego rodzaju do Boskiego obiektu adoracji, religia to człowiek co przynosi swemu Stwórcy owoce swojego serca; a chociaż owoce takie mogą się wzajem różnić, podobnie jak owoce ziemi, przyjmowany jest każdy z wdzięczności dokonywany hołd.

Biskup Durham, bądź biskup Winchester, czy też arcybiskup nad książętami, nie odmówi sobie dziesiętnego snopka pszenicy z powodu takiego, że nie jest to kopka siana, ani kopki siana, bo nie jest snopem pszenicy; ani wieprzka, bo nie jest jednym ani drugim; ale te same osoby, w szacie statutowego kościoła, Stwórcy samemu nie pozwolą przyjąć od człowieka darów religijnego dziękczynienia.

Fraza „kościół i państwo” powtarza się w książce pana Burke jak refren. Nie ma on na myśli żadnego dokładnie kościoła czy określonego państwa, ale kościół i państwo dowolne; a pojęcia używa jako stylistyki ogólnej, na wyraz politycznej doktryny by łączyć kościół z państwem zawsze i w każdym kraju, natomiast gani Zgromadzenie Narodowe za niedopatrzenie tego we Francji. Zadedykujmy temu parę przemyśleń.

W swej naturze, wszelkie religie są ludzkie i łagodne, połączone z zasadami moralności. Nie miałyby jak robić z ludzi nowo nawróconych gorliwców nauką o czymś złośliwym, okrutnym, gnębicielskim, czy niemoralnym. Jak wszystko inne, religie miały swoje początki, a robiły postęp drogą perswazji, napomnienia oraz przykładu. Jakżeż się to więc dzieje, że tracą swe rodzime umiarkowanie, a stają się ponure i nietolerancyjne?

Dzieje się tak z powodu tej tak zalecanej przez pana Burke koneksji. Aliaż kościoła i państwa tworzy rodzaj cielca jak bawół, co zdolny jest jedynie burzyć, a nie daje potomstwa; jego miano to „Kościół stanowiony Prawem”. Jest tworem obcym od samego swego urodzenia, każdej macierzy gdzie by go począć, a każdą z czasem odrzuca i wyniszcza.

Hiszpańska inkwizycja nie wywodzi się z oryginalnego religijnego nauczania, ale od owego bawolego cielca, co wyrósł na aliażu kościoła i państwa. Spalenia w Smithfield rozpętały się właśnie skutkiem takiego innorodnego tworu; a późniejsze odrodzenie się owego dziwnego zwierza w Anglii odświeżyło pośród mieszkańców dawny gniew i niereligijność, co doprowadziło ludzi zwanych kwakrami i dysydentami do wyjazdu do Ameryki. Prześladowania nie są cechą oryginalną żadnej religii, ale silnie się zawsze przejawiają przy każdej religii co jest ustanawiana prawem bądź prawnie wyznaczana. Odejmij owo lobby w legislatywie, a każda religia z powrotem przyjmuje swą pierwotną łagodność. W Ameryce ksiądz katolicki to dobry obywatel, dobry charakter, a też dobry sąsiad; duchowny episkopalny takiegoż jest opisu: a nie wynika to z odmienności owych ludzi, ale z tego, że religia nie jest ustanawiana Ameryce legislatywą.

Francuska konstytucja daje legislatywie wobec egzekutywy pierwszeństwo, prawo stawia przed królem; la loi, le roi. Taki jest też naturalny porządek rzeczy, bo zapis prawny musi zaistnieć, zanim wejdzie w życie.

Zwracając się do Zgromadzenia Narodowego, król we Francji nie mówi „Moje Zgromadzenie”, jak to w Anglii mają frazę „mój Parlament”; nie miałby jak w zgodzie z konstytucją, ani ludzie by tego dobrze nie przyjęli. Taka wypowiedź jest może poprawna w Anglii, gdyż jak nadmieniłem, obydwie izby Parlamentu się wywodzą od korony drogą przywileju czy nadania, a nie z naturalnych praw ludzi, jak to się ma rzecz we Francji z Narodowym Zgromadzeniem, którego nazwa wskazuje na pochodzenie od narodu.

Przewodniczący Zgromadzenia Narodowego nie prosi króla by dał Zgromadzeniu pozwolenie mówić, jak to jest w przypadku angielskiej Izby Gmin. Konstytucyjna godność Narodowego Zgromadzenia nie pozwala się tak korzyć. Mowa to po pierwsze jedno z naturalnych praw człowieka, niezbywalne; korzystanie zeń jest Narodowego Zgromadzenia obowiązkiem, natomiast autorytetem jest po temu naród. Wybrała ich największa społeczność jaką europejskie strony świata do owej pory widziały przy korzystaniu z prawa do głosu. Nie wyrośli na brudzie zmurszałej gminy, nie są też wasalnym przedstawicielstwem arystokracji. Znają właściwą godność swej funkcji i ją zachowują. Ich parlamentarny język, czy jakąś kwestię popierają, czy wyrażają względem niej sprzeciw, jest wolny, dobitny i nieulękły, a zdatny traktować o wszelkich aspektach i okolicznościach sprawy. Gdy się im przedkłada treść bądź temat odnośnie egzekutywy lub jej przewodniczącego (króla), debata odbywa się w duchu ludzkiej godności oraz w języku dżentelmanów; a swą odpowiedź czy odezwę wydają w takim samym stylu. Nie stoją z otwartymi ustami pod ścianą, w pustocie wulgarnej ignorancji, ni się uginają czy płaszczą jak pomniejsze sługi. Prawda, w swej ogładzie i renomie, nie uczy się przymusu, a w każdej geografii życia wspiera kąt prosty w postawie człowieka.

Published by Teresa Pelka

Linguist, specialized in American English and psycholinguistics; inventor of Language Mapping, a generative grammar method; author and translator.

%d bloggers like this: